Anabella – Rozdział I (cz. 2)

Ileż razy w tamtym czasie obie siadały przy stole nad dokumentami, z których same niewiele rozumiały… Ile razy odmawiały sobie kolacji, żeby zebrać pieniądze przeznaczone na choćby częściową spłatę kolejnej raty, w obawie, by bank nie wypowiedział im kredytu… Ile razy Amelia, chcąc oszczędzić wstydu młodszej siostrze, zagryzała zęby i szła do tych czy innych sąsiadów prosić o niewielką pożyczkę… Iza westchnęła ciężko na to wspomnienie.

„Dzielna Mela” – myślała z czułością, opierając skroń na zagłówku siedzenia i wpatrując się w migające za oknem kolorowe korony drzew. – „Na niej zawsze można polegać jak na Zawiszy. Ale przekona się, że młodsza siostra potrafi się odwdzięczyć. Jeszcze trochę, Melciu, i zobaczysz… obiecuję ci to, moja kochana. Mama byłaby z ciebie taka dumna!”

Przymknęła oczy, przytłoczona smutnymi obrazami z przeszłości.

Będziecie musiały dać sobie radę same, dziewczynki – zaszemrały jej w pamięci słowa umierającej matki, wypowiedziane słabym głosem w ostatni wieczór, który obie spędziły przy niej w szpitalu. – Na szczęście jesteście już dorosłe, a ja modlę się, żeby i dobrzy ludzie wam pomogli

Modlitwa biednej matki została wysłuchana, choć nie od razu. Przy okazji pogrzebu, o którym poinformowani zostali wszyscy członkowie rodziny ze strony zarówno matki, jak i ojca, dziewczyny po raz pierwszy spotkały ciotkę Klaudynę, rodzoną siostrę pani Wodnickiej. Choć ciotka była ze zmarłą skłócona od wczesnej młodości, w obliczu majestatu śmierci zdecydowała się przyjechać wraz ze swym mężem, by towarzyszyć siostrze w jej ostatniej ziemskiej drodze.

W kościele i na cmentarzu ciotka zachowywała wobec Amelii i Izy neutralne nastawienie ocieplone nawet dozą życzliwego współczucia, jednak kiedy po pogrzebie zobaczyła skromne warunki, w jakich żyły siostrzenice, jej zachowanie zmieniło się radykalnie, przeradzając się w wyniosły dystans. Amelia, która z ciotką rozmawiała tego dnia o wiele więcej niż sparaliżowana z rozpaczy Iza, wywnioskowała z jej zdawkowych uwag, iż kobieta spodziewała się uczestnictwa w podziale domniemanego majątku pani Wodnickiej. Skonstatowawszy ku swemu niezadowoleniu jego całkowity brak, nie tylko poczuła rozczarowanie, ale do tego wystraszyła się wizji, że sama miałaby jeszcze, nie daj Boże, wspomóc finansowo ubogie siostrzenice. Jak łatwo się domyślić, po ciotce Klaudynie i jej mężu już tego samego dnia nie pozostał żaden ślad, nawet w postaci numeru telefonu czy jakiejkolwiek innej formy potencjalnego kontaktu. Z rodziny ojca, z którą relacje pani Wodnickiej (od początku ponoć nienajlepsze) zupełnie wygasły po jego śmierci, na pogrzeb nie przyjechał nikt.

Jak to w takich razach bywa, największą doraźną pomoc Amelia i Iza otrzymały ze strony osób postronnych, sąsiadów i przyjaciół. Zwłaszcza tuż po pogrzebie na kilka tygodni rozkwitła sąsiedzka życzliwość, a wraz z nią otworzyły się serca i kieszenie, co pozwoliło dziewczynom choć trochę pozbierać się psychicznie i finansowo po utracie matki. Co prawda po kilkunastu tygodniach minęła pierwsza fala współczucia i siostry Wodnickie znów mogły liczyć niemal wyłącznie na siebie, jednak to szerokie międzysąsiedzkie i przyjacielskie wsparcie udzielone im na samym początku było nie do przecenienia.

Naturalną koleją rzeczy tłum przyjaciół szybko zaczął się przerzedzać. Po maturze i wakacjach niemal wszyscy koledzy i koleżanki Izy, w tym jej najlepsza przyjaciółka Agnieszka, wyjechali na studia lub do pracy, nie dostrzegając dla siebie perspektyw w prowincjonalnym Korytkowie. Kilka lat wcześniej to samo zrobiło zresztą szkolne środowisko Amelii i tylko nieliczni wrócili w rodzinne strony. Wśród osób, które pozostały u boku Amelii i Izy, a które zimą można już było zliczyć na palcach jednej ręki, znajdowała się Dorota, wieloletnia przyjaciółka starszej z dziewczyn, która została w Korytkowie z racji konieczności opieki nad swym niedołężnym ojcem, oraz zawsze życzliwa ich rodzinie sąsiadka Andrzejczakowa. W tym skromnym gronie znalazł się również Robert Stawecki – mieszkający w sąsiedniej Małowoli starszy kolega z liceum Amelii i jej nieśmiały wielbiciel.

To właśnie w jego osobie zrealizowało się to, o co modliła się przed śmiercią matka, zatroskana o przyszłość swych pozostawionych na pastwę losu córek. O ile Dorota czy stara Andrzejczakowa pomagali Amelii finansowo, pożyczając jej w podbramkowych sytuacjach pieniądze (które dziewczyna zawsze oddawała w terminie), lecz przytłoczeni własnymi obowiązkami nie mogli w tę pomoc zaangażować zbyt wiele czasu i wysiłku, o tyle Robert zawsze znalazł choć godzinę czy dwie na to, by po pracy podjechać i pomóc dziewczynom w koniecznych pracach fizycznych. Pracował na słabo płatnym stanowisku młodszego mechanika w warsztacie samochodowym, który mieścił się w oddalonej o cztery kilometry Małowoli, pracę często kończył po osiemnastej, dlatego przyjeżdżał do Korytkowa dopiero wieczorem, jednak nigdy nie odmówił Amelii pomocy i po kilku miesiącach jego stare seicento zaparkowane pod sklepem sióstr Wodnickich stało się znanym wszystkim sąsiadom elementem korytkowskiego krajobrazu.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednia część:

Rozdział I (1)

Dalsze części:

Rozdział I (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz