Anabella – Rozdział I (cz. 8)

Jeszcze tej samej nocy, po powrocie do domu, ogarnęły ją wątpliwości i wyrzuty sumienia, a dziwny niepokój aż do rana nie przestawał dręczyć jej duszy. Miała poczucie, jakby straciła ważną część siebie, jakby popełniła wielki błąd… i grzech. Czy nie powinna była jeszcze trochę poczekać? Czy nie spaliła jakiegoś ważnego etapu w rozwoju ich uczuć i związku? Czy nie zaprzepaściła w ten sposób czegoś, czego już nigdy nie da się odzyskać? Kochała go całą swoją istotą i tylko z nim mogła być tak blisko, ale…

Kolejny dzień na szczęście przyniósł ukojenie. Bliskość Michała i bezgraniczna czułość, jaką okazywał jej na każdym kroku, rozwiały złe myśli i na nowo wyniosły ją do wrót raju, a świadomość, że teraz już całkowicie należała do niego, połączyła ją z nim tak silnie jak małżeńska przysięga. Czy to zresztą tak wiele zmieniało? Wszak obiecali sobie już dawno, że zawsze będą razem…

Dzień jego odjazdu do Siedlec przed rozpoczęciem klasy maturalnej był pochmurny i spowity mgłą, jakby sama Matka Natura solidaryzowała się z parą zakochanych w smutną godzinę rozstania. Tak dokładnie pamiętała blask, jakim w tej mgle jaśniały jego błękitne oczy! I ten zapach jego perfum, od którego już chyba nigdy nie zdoła się uwolnić… Trzymaj się, Izulka, będziemy w kontakcie. Odjeżdżający autobus, za którym patrzyła do samego końca, aż zniknął za zamglonym zakrętem… i ten nieprzyjemny ścisk serca, z którym wracała z przystanku do domu. Czy już wtedy instynktownie czuła, że wszystko się skończyło?

Nazajutrz rozpoczął się rok szkolny, ważny rok przygotowania do matury. Rytm życia Izy znów wyznaczały telefony od Michała. Znów, jak na wiosnę, jego głos był balsamem dla jej stęsknionej duszy, a jego słowa jak promyki słońca rozświetlały ponure, jesienne dni spędzane w szkole i w zatłoczonych autobusach, którymi wracała późnym popołudniem do domu w Korytkowie. Coś jednak stopniowo się zmieniało…

Z tygodnia na tydzień jego telefony stawały się coraz rzadsze, szybciej kończył rozmowę, mniej w niej było czułych słów, a niekiedy nawet w jego głosie wyczuwała nutę zniecierpliwienia. Nie mówił już, że ją kocha, przestał nazywać ją Izulką, wreszcie zupełnie zamilkł, a kiedy ona w akcie desperacji sama próbowała do niego dzwonić, albo zbywał ją półsłówkami i rozłączał się po kilkunastu sekundach, zasłaniając się brakiem czasu, albo – coraz częściej – nie odbierał wcale.

W ciągu zaledwie kilku tygodni szczęście Izy zgasło jak zdmuchnięta świeca. Dziś już tylko jak przez mgłę pamiętała te koszmarne październikowe dni, kiedy wracała do domu i jak chore zwierzątko chowała się w pokoju przed zaniepokojonymi spojrzeniami matki i siostry, a nocami moczyła poduszkę gorzkimi łzami rozpaczy. Jej twarz oblekła szara mgła, a krwawiące serce ledwie biło pod ciążącym na nim stutonowym głazem. Od utraty zmysłów ratowała ją myśl, że Michał przyjedzie do rodziców na Wszystkich Świętych, że zobaczy go i porozmawiają w cztery oczy, że może wtedy koszmar się skończy, że może jakimś cudem zdoła odczarować złe fatum… Owszem, przyjechał, ale tylko na jeden dzień i nie chciał się z nią widzieć. Wtedy zrozumiała już na pewno, że to koniec.

W uszach zabrzmiały jej urywki tamtej strasznej rozmowy z Agnieszką. Ale ty jesteś naiwna, Izka! Myślałaś, że on cię kocha? Przecież jemu od początku chodziło tylko o to, żeby cię zaliczyć! Przez cały czas cię zdradzał, nie wiedziałaś o tym? Spotykał się w Siedlcach z innymi dziewczynami, kiedy ty jak głupia czekałaś na jego telefony. I co się dziwisz? Nie jesteś pierwsza ani ostatnia. Ochłoń wreszcie!

Nie umiała ochłonąć. I nie umiała w to uwierzyć. Przecież Michał naprawdę ją kochał, czuła to w każdym jego dotyku, słyszała w jego głosie… Umiałby aż tak udawać?

A co ty myślisz? Jaki problem powiedzieć każdej to, co chce usłyszeć? Wyćwiczył już sobie technikę przez parę lat… Zatkała sobie wtedy uszy, żeby już dłużej tego nie słuchać. No, Izka, spokojnie – mówiła łagodniej Agnieszka, przytulając ją i gładząc ze współczuciem po włosach. – Przepraszam, że musiałam ci to powiedzieć… Ale przecież zawsze lepiej jest znać prawdę. Zobaczysz, wyjdziesz z tego, poradzisz sobie. Moje ty biedactwo

To był jednak dopiero początek koszmaru. Odrętwiała z rozpaczy dziewczyna, pochłonięta rozdrapywaniem swych sercowych ran, nie dostrzegła czarnych chmur, które w myśl przysłowia o nieszczęściach chodzących parami gromadziły się jak czarne kruki nad jej rodzinnym domem. Do końca życia nie zapomni tamtych cichych, poważnych słów Amelii, która pewnego późnego wieczoru przyszła do jej pokoju z prośbą o rozmowę i nie zapalając światła, usiadła obok niej na łóżku. Izunia, posłuchaj, z mamą jest coś nie tak… Boję się o nią, jakaś słaba jest i chyba coś ją boli. Widziałaś, jakie ma cienie pod oczami?

Choroba matki zaczęła się ujawniać właśnie wtedy, w listopadzie. Z początku powoli, ale potem coraz szybciej i wyraźniej, z przerażającymi symptomami, które pojawiły się i narosły w ciągu zaledwie kilkunastu dni. Lekarz z bardzo poważną miną zlecił kompleksowe badania, zobowiązując córki do natychmiastowego odciążenia matki we wszystkich domowych obowiązkach. Iza zawaliła wtedy dwa tygodnie szkoły, owe straszne dwa tygodnie, kiedy to stały się z Amelią strwożonymi świadkami świszczącego oddechu matki i odpluwania krwi, a wreszcie nagłego ataku duszności, po którym pani Wodnicka została odwieziona na sygnale na izbę przyjęć radzyńskiego szpitala. Diagnoza, która została tam postawiona w pierwszych dniach grudnia, zwaliła dziewczyny z nóg. Złośliwy nowotwór płuc, faza terminalna. Rokowania słabe, maksymalnie kilka miesięcy życia. Zero szans na wyleczenie.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7)

Dalsze części:

Rozdział I (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz