Anabella – Rozdział III (cz. 1)

„Jutro piątek, jeśli przelew nie przyjdzie, trzeba będzie jakoś przetrwać do poniedziałku” – kalkulowała Iza, wpatrując się w mokry chodnik pod nogami. – „Szesnaście złotych to mało, ale da się przeżyć… Może kupię trochę warzyw u tej pani na rogu? Do tego chleb i jakąś herbatę, bo już się kończy. Szamponu zostało jeszcze trochę na samym dnie, do poniedziałku albo i wtorku wystarczy. Telefon też już trzeba by doładować… chociaż nie, z tym poczekam, nie jest aż tak potrzebny, ważne, że mogę odbierać połączenia. Gorzej, że niewiele będę miała na zrzutkę jedzenia z panem Stasiem… Ale może Kacper coś dołoży, skoro taki z niego człowiek honoru?” – uśmiechnęła się do siebie. – „Je przecież za dziesięciu… A niech to, znowu zaczyna siąpić! Już chyba bym wolała, żeby spadł śnieg!”

Otuliła się szczelniej kapturem, poprawiła plecak, który swoim zwyczajem nosiła na jednym ramieniu, i przyśpieszyła kroku. Skąpana w siąpiącym zimnym deszczu ulica była niemal pusta, zbliżała się dwudziesta druga. Był już koniec listopada, w powietrzu czuło się przenikliwe zimno, które zwiastowało rychły spadek temperatur poniżej zera, a być może nawet opady śniegu.

Wracała od Marty, u której zasiedziała się trochę za długo, gdyż razem powtarzały słówka do mającego się odbyć nazajutrz kolokwium z francuskiej leksyki. Wysiadłszy z trolejbusu, przemykała szybkim krokiem przez ścisłe centrum miasta, skąd miała na tyle niedaleko do stancji, że postanowiła pokonać dystans na piechotę, choć przenikliwe zimno i padający deszcz bynajmniej nie uprzyjemniały jej przechadzki.

„Do dziesiątego jakoś przejadę na tym, co przyśle mi Mela” – myślała, starannie omijając wielką kałużę, która zebrała się u wejścia w jedną z bocznych uliczek. – „A potem już dostanę pierwszą wypłatę, ureguluję u pana Stasia czynsz za grudzień i wystarczy mi spokojnie na życie do dwudziestego pierwszego. Przy dobrym gospodarowaniu może nawet zostanie mi coś na świąteczne prezenty? Tak bym chciała zawieźć Melci chociaż pudełko dobrych czekoladek… Ależ zimny ten deszcz! Byle tylko się nie przeziębić, bo na lekarstwa to już naprawdę kasy nie mam… Późno już, czas lecieć szybko do domu, wykąpać się i spać!”

Ponieważ Marta poczęstowała ją kolacją, jedynym jej marzeniem była teraz ciepła kąpiel i zasłużony sen w wygodnym łóżku, zwłaszcza że piątek zapowiadał się pracowicie. Miała nadzieję, że Kacper będzie już w domu, najlepiej byłoby, gdyby już spał, gdyż często wracał bardzo późno (w weekendy zdarzało mu się to nawet o trzeciej nad ranem), a ponieważ nie potrafił zachowywać się cicho, jego nocne powroty zazwyczaj wybudzały Izę i pana Stanisława z najlepszego snu. Skutkowało to oczywiście awanturami, jakie gospodarz rankiem regularnie urządzał bratankowi, starając się wyedukować go w zakresie przestrzegania ciszy nocnej, jednak jak dotąd wysiłki te okazały się w stu procentach bezskuteczne.

Od dwóch tygodni Iza pracowała w trybie ustalonym podczas pierwszej rozmowy z Marciniakową, co sprawiało, że w trakcie tygodnia plan dnia miała napięty aż do wieczora. Nie narzekała jednak, zważywszy, że weekendy w całości miała wolne. Zaprawiona w ciężkiej pracy i wielokrotnie doświadczona przez los dziewczyna bez buntu znosiła opryskliwy charakter szefowej, która, przekonawszy się, że młoda pracownica rzeczywiście dobrze zna się na rzeczy, bez skrępowania zrzucała na nią coraz więcej obowiązków, w tym tak odpowiedzialne zadania jak rozliczanie kasy fiskalnej i prowadzenie dokumentacji finansowej. Prawdziwym dopustem Bożym okazały się stałe klientki w wieku Marciniakowej, które regularnie przychodziły do komisu w dni świeżej dostawy, czyli w poniedziałek, środę i piątek, aby przejrzeć nowy towar. Były to panie z gatunku tych, które im mniej kupują, z tym większą pogardą i wyższością odnoszą się do sprzedawcy, jednak od dawna już uodporniona na takich klientów Iza obsługiwała je z zaangażowaniem i anielską cierpliwością.

Dopiero dziesiątego grudnia miała dostać pierwszą wypłatę, a ponieważ przywiezione z Korytkowa pieniądze już jej się kończyły, zmuszona była poprosić Amelię o kolejne wsparcie, przysięgając sobie w duchu, że to już ostatni raz i że kiedy na święta pojedzie do domu, zawiezie dla niej i Roberta jakiś fajny prezent zakupiony ze swej pierwszej pensji. Amelia obiecała wysłać jej przelewem bankowym dwieście złotych, jednak pieniądze mogły nie zdążyć przyjść przed poniedziałkiem, w związku z czym Iza szykowała się na weekend drastycznych oszczędności. Mimo to humor jej dopisywał, nauka z Martą, która w sprawach związanych ze studiami traktowała ją jak ekspertkę, upłynęła w miłej i wesołej atmosferze, a do czekającego ją nazajutrz kolokwium podchodziła zupełnie bezstresowo, gdyż zakres wymaganego materiału plasował się znacznie poniżej jej umiejętności.

Był to zresztą bardzo istotny aspekt dobrego samopoczucia, jakie towarzyszyło jej w ostatnich tygodniach. W listopadzie na uczelni odbyła się pierwsza sesja poważniejszych sprawdzianów z większości przedmiotów i próbę tę Iza przeszła śpiewająco. Ze wszystkich testów i kolokwiów otrzymała bardzo dobre oceny, co nie tylko wyleczyło ją z resztek obaw i kompleksów po dwuletniej przerwie w nauce, ale dodatkowo zapewniło jej opinię prymuski i wzbudziło podświadomy szacunek koleżanek. Koleżanek – gdyż kolegów na roku miała tylko dwóch. Wiedziała o nich tylko tyle, że nazywali się Kuba i Zbyszek, ale ponieważ obaj zapisali się do innej grupy, nie miała z nimi prawie żadnego kontaktu i na większości zajęć przebywała w stricte damskim towarzystwie. Choć na kierunkach filologicznych ogólnie dominowały dziewczyny, jej rok był pod tym względem wyjątkowy, gdyż, jak zdążyła już zauważyć, na wyższych latach romanistyki chłopaków było zdecydowanie więcej.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Dalsze części:

Rozdział III (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz