Anabella – Rozdział III (cz. 5)

– A jedź do diabła, palancie jeden! – mruknął za nim staruszek, wspierając się na lasce, dzięki czemu Iza mogła wreszcie przestać go podtrzymywać.

– Nie powinien pan tak mówić na tego pana – powiedziała z wyrzutem. – On chciał panu pomóc, uwolnił panu nogę, a mógłby tego nie robić po tym, jak pan go tak mocno uderzył po plecach… No trudno. Niech pan oprze się na lasce i trzyma tę nogę w górze, tu jest strasznie zimno i mokro…

Zostawszy teraz zupełnie sama ze zblazowanym staruszkiem bez buta na pustej ulicy i w padającym coraz mocniej deszczu, zastanawiała się gorączkowo, co dalej powinna zrobić. Pozostawienie tego człowieka samemu sobie w takich okolicznościach było nie do pomyślenia, jednak jej możliwości pomocy również były ograniczone. Wezwanie taksówki nie wchodziło w grę, nie chciała bowiem naciągać starszego człowieka na taki wydatek, a sama miała przy sobie tylko szesnaście złotych, które stanowiły cały jej majątek i prawdopodobnie musiały wystarczyć aż do poniedziałku. Telefon z wyczerpaną kartą umożliwiającą jedynie odbieranie połączeń mógłby się przydać co najwyżej do wezwania służb publicznych – lecz, jak słusznie wspomniał kierowca vana, czy miała wystarczający powód do tego, aby to robić? Do tego czuła, że właśnie zaczynają przemakać jej buty i robi jej się zimno w końcówki palców, a na przeziębienie nie mogła sobie przecież w żadnym wypadku pozwolić…

– I co teraz zrobimy? – zapytała z rezygnacją. – Powie mi pan chociaż, gdzie pan mieszka?

– Tu niedaleko – odparł tym razem potulnie starszy pan, wskazując jej laską przeciwległą przecznicę. – Skręca się za rogiem i potem jeszcze kawałek w dół. Na Bernardyńskiej pod dziewiątką. Mieszkanie cztery.

– Ach, to dwa kroki stąd! – ucieszyła się Iza. – Myślałam, że gdzieś daleko…

– Podprowadzisz mnie, dziecino? – poprosił staruszek.

– Oczywiście, proszę pana – uśmiechnęła się, ujmując go spontanicznym gestem pod ramię. – Niech pan się o mnie oprze, a z drugiej strony niech pan podpiera się laską i może jakoś przejdziemy. Niech pan postara się jak najmniej dotykać chodnika tą nogą bez buta – instruowała go z przejęciem. – Musimy biec jak najszybciej, żeby pan się nie przeziębił, jest tylko kilka stopni na plusie, a nie wiem, czy już nawet nie spadło do zera, bo zimno potwornie…

Starszy człowiek posłusznie wykonywał po kolei jej polecenia. Pozwolił poprowadzić się kilkanaście kroków do przodu, jednak po pokonaniu tego dystansu zatrzymał się nagle i oparł o laskę, ciężko oddychając.

– Co się panu stało? – zaniepokoiła się Iza.

– A nic, dziecino… to tylko serce trochę mi dokucza – wykrztusił staruszek. – Już czas na leki, muszę je wziąć jak najszybciej…

Iza aż zdrętwiała.

– Może wezwę pogotowie? – zapytała z przestrachem.

– Ani o tym myśl! – rzucił ostrym tonem starszy pan. – Nie chcę mieć nic wspólnego z konowałami z pogotowia! Idziemy do domu, wezmę leki i wszystko się uspokoi… Tylko powoli… nie mogę tak biegać, już mi ten jełop dzisiaj wystarczająco napsuł krwi…

Iza poczuła, że ze zdenerwowania zaczynają jej się trząść ręce. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby problematyczny dziadek dostał na środku ulicy zawału serca! Postanowiła jednak za wszelką cenę zachować zimną krew. Zagryzła wargi i powolutku, najostrożniej, jak tylko mogła, prowadziła swojego towarzysza skrajem chodnika w stronę docelowej przecznicy, starając się trzymać dystans od wąskiej jezdni, po której od czasu do czasu przejeżdżało pojedyncze auto, rozchlapując spod kół strugi zimnej, brudnej wody. Tempo, w jakim się przemieszczali, zapowiadało trudną przeprawę, tym bardziej, że staruszek zdawał się coraz wolniej stawiać kolejne kroki.

„Pięknie” – pomyślała z niepokojem przemieszanym z rezygnacją. – „Zanim dowleczemy się do niego do domu, oboje dostaniemy zapalenia płuc…”

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4)

Dalsze części:

Rozdział III (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz