Anabella – Rozdział III (cz. 7)

Mężczyzna drgnął, poirytowanym gestem przerwał zainicjowane już połączenie, opuścił dłoń z telefonem i po raz pierwszy spojrzał na nią uważniej. Spod przemoczonego kaptura patrzyły na niego wielkie, lśniące w świetle latarni oczy młodziutkiej dziewczyny o bardzo szczupłej, wręcz wychudzonej twarzy i bladych ustach – tak bladych, że niemal zlewały się w jedno z przeźroczystą karnacją jej policzków. Na jego twarzy pojawił się lekki, nieco pobłażliwy uśmiech.

– Okej, nocny elfie, niech ci będzie – rzucił ugodowo, wygaszając wyświetlacz telefonu i chowając aparat do kieszeni. – Lecimy z nim piorunem na Bernardyńską. Ale uprzedzam, przy pierwszym poważniejszym sygnale, że coś jest nie tak, dzwonię natychmiast i nie mam zamiaru…

– Jestem, szefie! – rzucił zdyszanym głosem młody człowiek, który właśnie podbiegł do niego z głębi ulicy. W tle majaczyła sylwetka kolejnego, bardzo wysokiego i szczupłego mężczyzny. – Chudy też jest. Da szef kluczyki?

– Trzymaj – kierowca vana wyjął szybko z kieszeni i podał mu kluczyki samochodowe. – Zajmij się wszystkim, Antonio, ja muszę odprowadzić do domu tego dziadka… Znieście towar i wprowadź go na stan w komputerze, sprawdzałem zgodność faktury, ilość się zgadza, ale niech któraś z kucharek zerknie jeszcze na jakość mięsa. Obiecałem chłopu, że od razu dam znać, czy w poniedziałek bierzemy następną dostawę. Zameldujesz mi, co i jak, kiedy wrócę. Za góra pół godziny powinienem być z powrotem.

– Tak jest, szefie – skinął głową chłopak, zerkając z zaciekawieniem na staruszka bez jednego buta. – A jakby coś trzeba było pomóc…

– Antek, zjeżdżaj, nie mam czasu! – przerwał mu surowym tonem mężczyzna, na co jego rozmówca skinął posłusznie głową i zdematerializował się w ułamku sekundy. – Dobra, zabieramy tego świrusa i lecimy – dodał, zwracając się do Izy. – Trzymaj to, mała – podał jej laskę staruszka, którą stanowczym gestem wyszarpnął mu z dłoni. – I prowadź, jak znasz adres, a ja zajmę się logistyką. Szkoda czasu na to jego dreptanie, nie będę się tu patyczkował ze starym frajerem… Uwaga, łap się, dziadku, i trzymaj mocno. Będzie transport jak na wojnie!

To mówiąc, ustawił się tyłem przed przytępionym, ogarniętym inercją staruszkiem, po czym, ugiąwszy kolana, zarzucił sobie jego ręce na ramiona i podniósł go w taki sposób, że ten wylądował mu na plecach z nogami zwisającymi nad ziemią. Szybkim krokiem ruszyli w stronę Bernardyńskiej, chłostani strugami coraz intensywniej padającego deszczu, i po niespełna trzech minutach wylądowali pod bramą kamienicy numer dziewięć.

– Tędy! – zawołała Iza, uchylając mocniej masywne skrzydło bramy, żeby jej towarzysz mógł wygodnie przenieść przez nią swój ciężar.

Wbiegli na niewielki, ciemny i mokry dziedziniec, z którego do budynku prowadziły dwa przeciwległe wejścia. Świadoma tego, że mężczyzna niosący na plecach staruszka wykonuje przy tym ogromny wysiłek, Iza rozglądała się gorączkowo w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki, która jak najszybciej naprowadziłaby ją na właściwą drogę. Jednak drzwi nie były w żaden sposób oznaczone i szukanie mieszkania numer cztery mogło się odbyć jedynie metodą prób i błędów, na co w tej sytuacji trudno było sobie pozwolić. Dziewczyna spojrzała na staruszka, którego twarz ledwie rysowała się w bladym świetle padającym z kilku okien kamienicy.

– Na którym piętrze pan mieszka?

– Na pierwszym – wydusił starszy pan. – Po prawej…

Skręcili natychmiast we wskazaną stronę. Iza rzuciła się pierwsza, by otworzyć i przytrzymać drzwi wejściowe na klatkę, za którymi panowały egipskie ciemności. Rozgorączkowanym gestem badała dłonią ściany wokół drzwi w poszukiwaniu włącznika światła.

– Gdzie tu się zapala światło? – zapytała staruszka.

– Nie ma – odparł słabym głosem. – Żarówka zepsuta… dopiero na pierwszym piętrze.

– Poczekaj, młoda – rzucił mężczyzna z vana. – Mam latarkę przy kluczach, wyjmij mi je z kurtki, lewa boczna kieszeń.

Iza posłuchała, usiłując rozeznać cokolwiek w całkowitej ciemności. Na szczęście jej wzrok nieco już się przystosował i w wątłej strużce światła padającego przez niewielkie okienko nad drzwiami widziała przytłoczoną ciężarem sylwetkę mężczyzny. Na kilka ułamków sekundy skupiła się na określeniu, która z jego kieszeni jest lewa, a która prawa, po czym, ustaliwszy to, bezbłędnie sięgnęła we wskazane miejsce. Rzeczywiście, natychmiast natrafiła na pęk kluczy, które wyciągnęła mu z kieszeni. Pod palcami wyczuła niewielki, podłużny przedmiot, który musiał być rzeczoną latarką.

– Masz? – odezwał się znów tamten. – Trzeba nacisnąć, tam jest taki…

Urwał, bowiem w tym samym momencie Iza uruchomiła latarkę, która zimnym, ledowym światłem oświetliła sfatygowany korytarz i drewniane schody wiodące w górę.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział III (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz