Anabella – Rozdział IV (cz. 1)

– A niechże się stryj raz ode mnie odczepi, co?! Kazania mi tu będzie prawił, stary zgred!

Donośny ryk Kacpra dobiegający gdzieś z okolic kuchni gwałtownie wyrwał Izę ze snu. Z trudem rozwarłszy powieki, gorączkowym gestem sięgnęła po leżący na biurku obok łóżka telefon, żeby sprawdzić godzinę. Była dopiero piąta czterdzieści. Z ulgą odłożyła aparat i opadła z powrotem na poduszkę.

– A ty mi tu ryja nie drzyj, gówniarzu! – odpowiedział mu z poirytowaniem ściszony głos pana Stanisława. – Dziewczyna śpi jeszcze, do szóstej cisza nocna, a ten się wydziera jak jakiś opętaniec… Już wystarczy, żeś wczoraj teatr zrobił na pół kamienicy! Znowu przez ciebie wstyd mi będzie sąsiadom w oczy spojrzeć!

– I co się stryj burzy? – głos Kacpra zabrzmiał nieco łagodniej, a jednocześnie jakby bliżej, co znaczyło, że obaj panowie przeszli z kuchni do przedpokoju. – Nie mieliśmy gdzie pójść z Jolką… zaraz, Jolka to była czy Baśka? – zastanowił się. – E, nieważne, podobne były… No mówię, nie mieliśmy gdzie się podziać, bo ona mieszka na stancji w jednym pokoju z koleżankami, no to sam stryj rozumie, że to by było tak trochę nie teges… Mnie by tam akurat nie przeszkadzało, ale ona strasznie wstydliwa, wie stryj, jak to kobiety. Więc zaprosiłem ją do siebie, żeby potem nie było, że nie jestem człowiek honoru!

Rozbudzona już Iza uśmiechnęła się z pobłażaniem i leniwym gestem przetarła zaspane oczy.

– Kacper, ale sąsiedzi… – jęknął pan Stanisław.

– E, sąsiedzi! – zaśmiał się lekceważąco Kacper, który, sądząc po odgłosach dobiegających z przedpokoju, zakładał właśnie buty i kurtkę. – A stryj myśli, że oni sami nigdy tego nie robili? Jak zazdroszczą, to ich problem, niech sobie zatyczki do uszu kupią…

– Kacper, słuchaj – głos pana Stanisława przybrał nutę pojednawczej perswazji. – Przecież prosiłem cię tyle razy… Nawet mniejsza o sąsiadów, bo jak w lecie balowałeś z tymi kobitkami przy otwartym oknie, to już cała kamienica zdążyła się przyzwyczaić. Ale pani Iza? Taka porządna dziewczyna, pracowita, grzeczna, z żadnymi chłopakami się nie włóczy… jak ty jej tak możesz pod samym nosem? Przecież przez ścianę wszystko słychać, że też ty wstydu nie masz! A ja ci powtarzam po dobroci, że jeśli mi ją stąd wykurzysz, to już nigdy nie wpuszczę cię do domu… i w ogóle pogniewam się na ciebie do końca życia. Zapamiętaj to sobie, szczylu, ja nie żartuję!

– Czekaj, stryj… bo co? Młoda coś mówiła? – zainteresował się Kacper, jakby nieco zbity z tropu. – Skarżyła się na mnie?

– Nie, bo jeszcze z nią nie rozmawiałem – westchnął gospodarz. – Ale słyszałem, jak wróciła wczoraj późno do domu i poszła się kapać, a wyście właśnie wtedy najgłośniej koncertowali. Myślisz, że przyjemnie jej było tego słuchać? Ty przy niej takich rzeczy nie rób, Kacper, ja cię proszę…

– Stryj się nie martwi – Kacper również zniżył głos. – Ona wcale mi nie zazdrości, ma do tego jakąś… inwersję czy awersję… coś takiego. No, nie lubi tego sportu i tyle. Ale dobra, spoko – dodał pojednawczo. – Już nie będę tu Jolki ani Baśki przyprowadzał, załatwię na to jakieś inne lokum… Też bym nie chciał, żeby młoda sobie stąd poszła, super dziewczyna, a jakie świetne żarcie robi! Jak mi przedwczoraj na kolację tego omleta na boczusiu usmażyła, to normalnie niebo w gębie…

– Sam widzisz – odparł pan Stanisław z wyraźną satysfakcją w głosie. – Kobieca ręka w domu to wielki skarb, nie spodziewałem się, że mi się na stancję trafi taka miła studentka. A ona teraz zaczęła zarabiać, nazbiera pieniędzy, to się boję, że i stancję zechce zmienić na lepszą… i ty ją jeszcze do tego popychasz takimi wygłupami! Poza tym posłuchaj, Kacper – dodał tonem mentora. – Ty też byś się w końcu ogarnął… Wstydu za grosz nie masz, zachowujesz jak jakieś zwierzę, takie rzeczy mszczą się potem, sam zobaczysz. Ja rozumiem, że młody chłopak jesteś, masz swoje męskie potrzeby, ale przy ludziach to mógłbyś się trochę pohamować. Zwykła przyzwoitość by tego wymagała. W lecie przecież codziennie tu z inną przychodziłeś, teraz pewnie to samo, a ja ci już tyle razy mówiłem, że…

– Dobra, stryj już nie truje! – przerwał mu niecierpliwie Kacper. – Nie stryja interes, z kim co robię i po ile razy. Dorosły jestem, a stryj to ani mój ojciec, ani ksiądz proboszcz, żeby mi kazania prawić! Iza przecież się za to nie obrazi – dodał jakby mniej pewnym siebie tonem. – W razie czego pogadam z nią, stryj nie pęka. Jak trzeba, to i przeproszę… a co, nie ma sprawy, honorowy człowiek jestem! No, a teraz trzymaj się, stary capie, lecę, bo jeszcze się spóźnię do roboty!

Po chwili z przedpokoju dobiegło głośne trzaśnięcie drzwi wejściowych, westchnienie pana Stanisława i oddalające się szuranie jego filcowych kapci. Iza pokręciła z uśmiechem głową, wysunęła się spod kołdry i drżąc z zimna, gdyż w pokoju zrobiło się od wczoraj dziwnie chłodno, zaczęła się szybko ubierać.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Dalsze części:

Rozdział IV (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz