Anabella – Rozdział IV (cz. 2)

– Niech pan założy kapcie – zakomenderowała Iza na widok staruszka wchodzącego do kuchni w piżamie i na bosaka. – Przecież prosiłam. Przeziębi się pan.

– Dobrze – pokiwał posłusznie głową starszy pan, wycofując się od progu.

– Tylko niech pan się pośpieszy – rzuciła za nim, wyciągając zręcznymi ruchami zakupy z plastikowej reklamówki. – Mam tylko pół godziny… o, już nawet nie, dwadzieścia minut… Zaraz będę musiała wyjść.

Powykładawszy na stół zakupione rzeczy, zajrzała do lodówki i przeraziła się na widok bałaganu, jaki tam panował, nie mówiąc już o podejrzanym zapachu, który wydobywał się z nieusuniętych resztek starego jedzenia.

„Kurczę, dzisiaj nie zdążę mu tego posprzątać i umyć” – pomyślała, zgarniając szybko z jednej półki papierek ze zjełczałym masłem i zeschnięte na kość kawałki nadpleśniałych kabanosów. – „Jutro trzeba by przyjść i ogarnąć mu to, przecież z tej lodówki jedzie na kilometr, jak tak można żyć…”

– A coś ty mi tu naznosiła, dziecino? – zdumiał się staruszek, wczłapując do kuchni z nogami obutymi już w wysłużone kapcie.

– Będzie pan miał zakupy na cały weekend – oznajmiła z uśmiechem Iza, segregując na środku stołu wyjęte z reklamówki produkty. – Chleb, masło, trochę wędliny… Zaraz możemy zrobić jakieś kanapki, bo założę się, że jeszcze pan nie jadł śniadania. O, tutaj mięso z kurczaka, postaram się wpaść jutro, to coś panu ugotuję, jakąś zupę, może sos do ziemniaków się zrobi… Ziemniaki, makaron, herbata, kakao… a tu trochę warzyw i owoców. Śmietana i kefir… jajka…

– Ale, dziecko… – szepnął zaskoczony staruszek. – Tyle mi tego nakupiłaś, a ja nawet nie mam ci z czego oddać, emeryturę będę miał dopiero…

– Nic pan nie musi oddawać – przerwała mu uspokajającym tonem Iza. – To nie były moje pieniądze. To od tego pana, co nam wczoraj pomagał… Dał mi stówkę i prosił, żeby zrobić panu za to zakupy. O, tu jest jeszcze osiemnaście złotych i sześćdziesiąt parę groszy reszty – dodała, kładąc pieniądze na półeczce zawieszonej nad stołem. – Zostawię to tutaj, a teraz szybko robimy te kanapki, bo zaraz muszę lecieć… Wstawiłam już wodę na herbatę. A może woli pan kakao?

Staruszek pokręcił głową i bezradnie opadł na krzesło. Na jego twarzy, obok zdumienia, odmalowało się podobne zawstydzenie jak wczoraj. Iza, która w międzyczasie umyła ręce i rozłożywszy na talerzu dwie kromki chleba, zabrała się za smarowanie ich masłem, zerknęła na niego uważnie i zauważyła, że lekko drżą mu dłonie.

– Dobrze pan się dzisiaj czuje? – zapytała troskliwie, odkładając nóż i schylając się nad nim z niepokojem. – Brał pan już leki?

– Jeszcze nie – odparł cicho starszy pan. – Po śniadaniu wezmę… dobrze się czuję, tak, nic się nie martw. Ale ten… on… dla mnie zostawił tyle pieniędzy?

— Aha – uśmiechnęła się uspokojona, wracając do smarowania kanapek masłem. – Widzi pan? Nie trzeba było tak się na niego gniewać, a już tym bardziej go bić, to był przecież jakiś bardzo miły człowiek.

– Wstyd mi, Hanusiu – westchnął staruszek, a jego oczy niespodziewanie zwilgotniały. – Myślałem, że to taki zwykły cwaniak, jak to teraz młodzi… bezczelny i samolubny, taki co to nie on… taki, co nie patrzy na nic, tylko pcha się na chodnik tym autem i po ludziach chlapie jak ostatni jełop… Ale pomyliłem się i głupio mi teraz. A ty też taka miła jesteś… tak mi wczoraj pomogliście oboje, że aż mi się ciepło na sercu zrobiło… i nawet mi tego buta aż tak bardzo nie żal.

– A właśnie, buty! – przypomniała sobie Iza, zabierając się za obieranie zielonego ogórka. – Musimy szybko coś wymyślić, żeby miał pan w czym chodzić. Mówił mi pan wczoraj, że ma pan jakieś inne, letnie i dziurawe… Może dałoby się je naprawić i jakby pan wziął grube skarpety, to jeszcze by pan w nich pochodził parę dni? A ja pracuję w komisie odzieżowym, zapytam dzisiaj szefową i może ściągniemy dla pana coś niedrogiego… ona ma świetne źródła używanych, ale bardzo jakościowych rzeczy. Jaki pan ma numer buta?

– Czterdzieści dwa – odparł z westchnieniem staruszek. – Tylko że pieniędzy nie mam za dużo, bo to teraz koniec miesiąca, a emerytura dopiero pierwszego…

– Spokojnie, coś wymyślimy – zapewniła go Iza, układając plasterki ogórka na kanapkach i rozglądając się za solniczką. – Może załatwię dla pana jakieś raty, pogadam z szefową… a na razie zaniosę panu te stare buty do szewca, to przecież aż tak dużo nie kosztuje. Jeśli to nie będzie bardzo skomplikowana naprawa, to nawet te pieniądze, co zostały z zakupów, mogą wystarczyć. Jest tu gdzieś w okolicy jakiś szewc?

– A jest, Haniu, jest – pokiwał głową starszy człowiek, wpatrując się w nią lekko zaczerwienionymi oczami. – Tu niedaleko, na Zamkowej… właśnie w tej kamienicy, pod którą wczoraj byliśmy, tylko od drugiej strony trzeba zajść, tam jest główne wejście… Zamkowa sześć. Po prawej jest klatka schodowa, ale nie trzeba wchodzić na górę, bo szewc jest na parterze. Taki duży zakład… tylko że nie pamiętam, do której są czynni.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1)

Dalsze części:

Rozdział IV (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz