Anabella – Rozdział IV (cz. 4)

– Ja to drugie zwaliłam kompletnie – westchnęła Marta, kiedy po skończonych zajęciach wychodziły z uczelni na ulicę. – Mam nadzieję, że w pierwszym lepiej mi poszło i wyciągnę jakoś na tróję… A powiedz mi, Izka, w żeńskim od mou to się dodawało po prostu „e”?

– Nie – odparła rzeczowo Iza. – Żeński jest nieregularny, molle, tak samo jak od fou.

– No i widzisz, ty to masz wszystko w głowie, a ja mogę uczyć się trzy dni non stop i zawsze coś pomieszam – machnęła z rezygnacją ręką Marta. – Za dużo tego było naraz… Lecisz teraz jeszcze do pracy?

– Aha. Jak zawsze w piątek siedzę do wieczora.

– Podziwiam cię – pokiwała głową z uznaniem. – Jak ty to robisz, że w ogóle wyrabiasz się na zakrętach przy takim harmonogramie? Jeszcze jakiegoś kolejnego dziadka na głowę sobie wzięłaś… A do tego ten Kacper! – zaśmiała się. – Musisz opowiedzieć mi w poniedziałek dalszy ciąg, tak się już wkręciłam, że nie mogę doczekać się kolejnych odcinków! W ogóle to powinnaś kiedyś mi go pokazać, tak chociaż z daleka, to musi być niebanalny gość!

– A owszem, niebanalny – zgodziła się Iza. – Jak trafi się jakaś okazja, to ci go przedstawię, może zresztą wpadniesz do mnie na stancję w przyszłym tygodniu? Pouczymy się razem do tego testu z gramery, a potem zjemy sobie kolację z panem Stasiem i z Kacprem i zobaczysz, jaki to jest gangster. Tylko uprzedzam, że na niego trzeba uważać, a ty szczególnie, bo on jest łasy na blondyny! Co prawda woli takie z dużą rufą, więc ty teoretycznie się nie załapujesz, ale i tak lepiej dmuchać na zimne. Zwłaszcza, że on nie jest wybredny, nawet na mnie raz chciał się skusić, chociaż nie jestem w jego typie…

– Oj, Izka, przestań, bo mi przepona strzeli! – zaśmiewała się Marta. – Wariatko… Skąd ty bierzesz takie odlotowe znajomości?

– Nie mam pojęcia, same mi się trafiają – odparła wesoło Iza. – I w dodatku wszystkim tym panom muszę robić kanapki, obiady gotować… znaczy, no niby nie muszę, ale taki już mamy układ z panem Stasiem, że on kupuje większość produktów, a ja coś z tego pichcę i nikt stratny nie jest. Kacper też zawsze się podepnie, a teraz jeszcze ten pan Szczepan mi wyskoczył… No, ale to w sumie żaden kłopot, i tak nudziłabym się w weekend. Marcik, słuchaj, skręcam już tu i lecę do roboty… trzymaj się, miłego weekendu!

Pożegnawszy się z Martą, Iza przyspieszyła kroku, gdyż zbliżała się godzina rozpoczęcia pracy w komisie, a Marciniakowa była przewrażliwiona na punkcie punktualności i nie tolerowała spóźnień.

– No, jest wreszcie – rzuciła ze swojego zasnutego dymem papierosowym kantorka, kiedy dziewczyna, zbiegłszy do komisu po betonowych schodkach, pośpiesznie rozbierała się i odwieszała kurtkę. – I dobrze, bo ja zaraz muszę wyjść. Wracam na dziewiętnastą trzydzieści zamknąć interes, do tej pory wszystko mi tu na poniedziałek przygotuje.

– Tak jest, proszę pani – skinęła głową Iza, zmieniając zimowe buty na wygodne pantofle, które przyniosła sobie do pracy zaraz pierwszego dnia, nauczona doświadczeniem z Korytkowa.

– Papiery z wczoraj zostały do zrobienia – oznajmiła właścicielka, opierając się o futrynę drzwi prowadzących do swojego kantorka i zaciągając się papierosem. – I jeszcze z dzisiaj dwie faktury są.

– Zajmę się tym – obiecała Iza, zerkając z lekkim zaniepokojeniem na spiętrzoną na ladzie stertę dokumentów. – Ale… od wczoraj aż tyle się tego nazbierało?

– A, bo jeszcze jakieś stare wyjęłam, z lipca i sierpnia – machnęła lekceważąco ręką Marciniakowa. – Też trzeba je poopisywać, a potem poukładać datami w klaserze. Rok kalendarzowy się kończy, trzeba to pouzupełniać, żeby porządek był. Zrobi to wieczorem, jak zamknie komis, a jak nie zdąży, to reszta w poniedziałek.

– Dobrze, proszę pani – westchnęła Iza. – To wprawdzie nie powinno być moje zadanie, bo w lipcu jeszcze tu nie pracowałam, ale…

– Nie gada, tylko słucha, co mówię – przerwała jej oschle Marciniakowa, cofając się na chwilę do kantorka, żeby zgasić papierosa w popielniczce, i sięgając po swój płaszcz. – To ja decyduję, jakie kto ma zadanie, a jak będzie mi się stawiać, to po pensji polecę. No! Teraz wychodzę i wracam zamknąć lokal o dziewiętnastej trzydzieści. Jakby Piskorska przyszła o tę bluzkę pytać, to powie jej, że towar będzie dopiero we wtorek. Nic nie poradzę, nie dało się przyśpieszyć.

– Przekażę jej, proszę pani.

– I szybę w drzwiach umyje, bo już obsmarowana, jak nie wiem co… ale to już jak klientów nie będzie. O, właśnie ktoś idzie – dodała ściszonym głosem, widząc w wychodzącym na schody okienku elegancko obute nogi zmierzającej do komisu klientki. – Niech namawia na te nowe swetry, tylko za dużo ich tam nie przecenia, pięć złotych na sztuce maksymalnie…

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział IV (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz