Anabella – Rozdział LII (cz. 2)

„To był symboliczny moment” – dumała, na wpół bezwiednie śledząc wzrokiem małe białe obłoczki przecinane skrzydłami samolotu. – „Koniec. Tym razem już naprawdę nie mogę mieć nadziei… Przeszliśmy obok siebie, jakbyśmy byli tylko znajomymi z widzenia. I tak będzie już zawsze, nie ma sensu łudzić się, że coś się zmieni. On za kilka dni się zaręcza… za półtora roku ślub, potem dzieci, rodzinne życie młodych państwa Krzemińskich… Mela przy każdej okazji będzie mi o nich opowiadać, a ja będę się starała jak najlepiej radzić sobie z cierpieniem. Tak jak Majk… On ten etap przeszedł już dawno, a jednak ciągle co jakiś czas dopada go kryzys. Tak będzie i ze mną. Powoli uodpornię się, nauczę się z tym żyć… już teraz poniekąd się nauczyłam… chociaż to i tak będzie wracać…”

Musiała jednak przyznać sama przed sobą, że dziś była na innym etapie niż choćby rok temu. Gdyby taka scena jak wczoraj zdarzyła się rok wcześniej, chyba skręciłaby się z rozpaczy! Nie cieszyłaby jej podróż samolotem, nie piłaby z takim smakiem kawy, nie rozmyślałaby o tym zdarzeniu z takim dystansem i spokojem… Tak, spokojem. Albowiem pomimo smutku, jaki wypełniał głębinę jej duszy, tę tajemną przestrzeń, w której kryła przed światem swoje beznadziejne uczucie, Iza była dziś spokojna i pełna nowej nadziei.

Owa nadzieja nie wiązała się już z osobistym szczęściem, bo tego, jak widać, los nie zechciał jej dać, lecz z planem na przyszłość, który nosiła w głowie już od dawna, a który teraz skrystalizował się i nabrał kluczowego znaczenia. Był to prosty plan… misja bycia potrzebną ludziom i niesienia im pomocy, gdziekolwiek się znajdzie… rozpieszczania gromadki siostrzeńców, bycia dla nich najlepszą i najukochańszą ciocią, taką, która zawsze będzie miała dla nich uśmiech na ustach i kieszenie pełne cukierków. Misja pocieszania smutnych i wspierania cierpiących. Prosty i jasny plan czynienia dobra. I teraz to na tym musiała skupić całą swoją energię.

„Wystarczy mi siły” – pomyślała z mocą, odstawiając kubek po wypitej kawie na stoliczek przy swoim siedzeniu. – „Pokazała mi to jasno ta akcja z Marciniakową. Uwierzyłam w siebie, zrozumiałam, że mogę być kimś, kto ma coś do powiedzenia i kto nie da sobie w kaszę napluć. Wszystko dzięki temu, że opanowałam demony, które mnie niszczyły. Może nie zwalczyłam ich do końca, ale mam nad nimi wystarczającą kontrolę. Pomogła mi nasza terapia, Michasiu… Zrozumiałam, że kiedy oddaję komuś swoją energię do działania, sama nabieram jej dwukrotnie więcej. To ty mnie tego nauczyłeś, szefie.”

Uśmiechnęła się z sympatią na wspomnienie Majka i jego nieustannych próśb o przytulenie go czy pogłaskanie po włosach… próśb raz wesołych, innym razem dramatycznych, raz wypowiedzianych wprost, innym razem tylko zasugerowanych… próśb, które za każdym razem spełniała z radością, bowiem owa żartobliwa wymiana energii jej samej również sprawiała przyjemność. Pomyślała też o Kacprze, który jako pierwszy spośród lubelskich przyjaciół zaoferował jej tę formę czerpania mocy z bliskości drugiego człowieka, a który dziś siedział sam zamknięty w celi aresztu, przygnębiony i niepewny jutra. Tak, to było ciężkie doświadczenie… Ale przecież to się kiedyś skończy! Kacper wyjdzie na wolność, a ona pomoże mu we wszystkim, będzie dla niego jak prawdziwa siostra. Dla Majka też.

„Jestem ci potrzebna” – myślała z twarzą na nowo jaśniejącą jak słońce. – „A ty jesteś potrzebny mnie. W naszej terapii jest moc, jakiej nikt się nie domyśla… moc leczenia ciężkich ran na duszy…”

Z łagodnym uśmiechem sięgnęła po torebkę, która leżała przy jej nogach na podłodze samolotu, nieśpiesznym gestem wyszperała z niej portfel, otworzyła go i z jednej z przegródek zamykanych na małe zamki błyskawiczne wyciągnęła mocno zwiędły, na wpół już zasuszony kwiat. Była to pomarańczowa frezja, którą dzień wcześniej wyjęła ze zwiędłej wiązanki przeznaczonej do wyrzucenia do śmieci, by zachować ją sobie na pamiątkę.

„Rany duszy leczy się metodą naturalną” – pomyślała w żartobliwym tonie. – „Dotykiem, dobrym słowem i pachnącymi ziołami.”

Podniosła rękę z frezją i przymykając oczy, wciągnęła w nozdrza delikatny zapach, który nadal wydawała z siebie zwiędła roślina, a który obok kwiatowej nuty miał w sobie coś jeszcze… coś, czego nie umiała nazwać, lecz co sprawiło, że wszelkie smutki odfrunęły od niej jak stado spłoszonych ptaków, a w ich miejsce pojawił się błogi spokój i poczucie, że wszystko będzie dobrze.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Tom I

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Tom II

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XXIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Tom III

Rozdział XXIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XXXI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XXXII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XXXIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXXIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXXV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XXXVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXXVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15) (16)

Rozdział XXXVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XXXIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XL (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XLI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XLII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Tom IV

Rozdział XLIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XLIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15) (16)

Rozdział XLV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XLVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XLVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XLVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XLIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział L (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział LI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział LII (1)

Dalsze części:

Rozdział LII (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział LIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział LIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział LV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział LVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz