Anabella – Rozdział V (cz. 1)

„Zamkowa sześć” – powtórzyła w myśli Iza, sprawdzając numer na ścianie budynku, i skinęła głową z satysfakcją. – „Zgadza się, to tu”.

Po wejściu do bramy kamienicy, zgodnie ze wskazówkami otrzymanymi od pana Szczepana, natychmiast skierowała się na prawo, w stronę wiodącej na górę klatki schodowej, w głębi której, tuż za schodami, rzeczywiście znajdował się pokaźny, opatrzony dużym szyldem zakład szewski.

– Dzień dobry – uśmiechnęła się, wchodząc do środka. – Mam buty do bardzo pilnej naprawy. Na szczęście zdążyłam przed zamknięciem.

– A tak, w sobotę tylko do dwunastej – odparł ubrany w wyświechtany fartuch mężczyzna, sięgając po przyniesione przez nią buty. – A co to mi pani przyniosła? Letnie buty, i to z takimi dziurami?… Podeszwa pęknięta na pół, tu powycierane prawie na wylot… hmm…

– Da się coś z tym zrobić? – zapytała z lekkim zaniepokojeniem Iza. – To buty takiego starszego pana, ma tylko te, a na nowe go nie stać. Udałoby się jakoś je naprawić? Bardzo nam na tym zależy.

– Wie pani – odparł oględnie szewc. – Jakoś tam naprawić to się zawsze da, pytanie tylko, czy się opłaca… Tanio nie wyjdzie za tyle roboty, więc nie wiem, czy by pani lepiej nie wyszło nowe kupić. Nie żebym odmawiał, ale rozumie pani… to trochę zakosztuje, bo tu podeszwę trzeba by w całości wymienić… o, w drugim też. I po wierzchu łaty ponaklejać. To już chyba lepiej nawet używane taniej kupić, ale całe, bez dziur…

„Porozmawiam z Marciniakową” – postanowiła w duchu Iza. – „Co prawda zwykle jak bierze buty, to tylko damskie, ale może i męskiego coś by znalazła…”

– I co pani o tym myśli?

– Cóż… dziękuję panu, na razie chyba się nie zdecyduję – westchnęła, pakując buty z powrotem do reklamówki, w której je przyniosła.

„No cóż, trudno” – pomyślała po opuszczeniu warsztatu. – „Facet ma rację, wie, co mówi, tu nawet nie ma czego ratować…”

Kierując się w stronę wyjścia na ulicę, odruchowo rzuciła okiem w głąb głównego korytarza, gdzie uwagę zwracał duży, jasno oświetlony szyld zawieszony en face nad kamiennymi schodkami wiodącymi w dół do podziemia:

ANABELLA

Klub Restauracja

czynna 12.00 – 2.00

Omiotła szyld obojętnym spojrzeniem i już miała skierować się w stronę bramy, kiedy jej wzrok przykuło ogłoszenie wiszące na ścianie przy schodach. Jego nagłówek z daleka krzyczał drukowanymi, wytłuszczonymi literami: PRACA! Zatrzymała się instynktownie i podeszła bliżej, by przeczytać tekst anonsu: Zatrudnimy dodatkowych kelnerów, kucharzy i ochroniarzy w okresie sylwestrowym w dniach 28-31 grudnia br. Praca tymczasowa na umowę zlecenie. Szczegółowe informacje w restauracji „Anabella”.

„E, to tylko czasowo, na Sylwestra” – pomyślała, z miejsca tracąc zainteresowanie. – „To nie dla mnie, tym bardziej, że ani ze mnie kelnerka, ani kucharka… a już na pewno nie ochroniarz!” – uśmiechnęła się do siebie, wychodząc na ulicę. – „Chociaż to prawda, że powinnam rozejrzeć się za inną pracą, Marciniakowa jest mimo wszystko niepewna. Może po Nowym Roku coś pomyślę?… Na razie muszę ją poprosić o jakieś okazyjne buty dla pana Szczepcia, może załatwi mi coś niedrogiego. Te jego stare łapcie mogłabym właściwie od razu wywalić do kosza, skoro nawet szewc nie chce się bawić w ich naprawianie… A może pan Stasio miałby u siebie coś niepotrzebnego?” – olśniła ją nagła myśl. – „Przecież gdyby miał jakieś stare buty w lepszym stanie niż te i jeszcze numer by się w miarę zgadzał, to by nam załatwiało sprawę. Muszę koniecznie go o to zapytać!”

Po opuszczeniu kamienicy przy Zamkowej Iza skierowała się z powrotem w stronę domu pana Szczepana. Kiedy dochodziła już do ulicy, gdzie mieszkał, jej zamyślony wzrok padł na mijany po drodze kościół pod wezwaniem Nawrócenia Świętego Pawła, którego monumentalna ściana górująca nad ulicą już wcześniej przyciągnęła jej uwagę.

„Może by tak wejść do tego kościoła i pomodlić się za duszę stryjenki Ziuty?” – przebiegło jej przez myśl. – „Mamę i tatę wspomnieć przy okazji… Chyba jakoś z drugiej strony tam się wchodzi, musiałabym poszukać… Ech, teraz mało czasu, pan Szczepan na mnie czeka… może lepiej jutro tu zajrzę? Choć w sumie i teraz pięć minut by mnie nie zbawiło…”

Zawahała się, zwolniła kroku, ale po chwili pokręciła tylko głową i z westchnieniem ruszyła chodnikiem dalej.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Dalsze części:

Rozdział V (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


One Comments

  • Katarzyna Demańska

    17 lipca 2020

    Tę część dedykuję Kamilowi – mojemu Czytelnikowi i młodemu Przyjacielowi – który dziś obchodzi 20 urodziny :))

    Reply

Dodaj komentarz