Anabella – Rozdział V (cz. 11)

– A nie mówiłem pani tego, pani Izo? – westchnął pan Stanisław, przyglądając się ze współczuciem zapłakanej wciąż twarzy dziewczyny. – Sama pani widzi. Typowa wyzyskiwaczka. Nie dość, że marnie płaci za tyle godzin pracy, to jeszcze i na tym oszuka! A takich jest mnóstwo… Mogłaby pani zgłosić to na policji, tylko czy oni w ogóle się tym zajmą? – pokręcił z powątpiewaniem głową.

– Oczywiście, że nie – uśmiechnęła się blado Iza, próbując drżącą ręką podnieść do ust widelec ze spaghetti, które odgrzała dla siebie i gospodarza na obiad. – Nawet głupio by mi było zawracać im głowę o jakieś marne trzysta złotych, chociaż dla mnie to wielki majątek… Jak zresztą udowodnię, że mi nie zapłaciła? Nie mam na to świadków, więc jej słowo byłoby przeciwko mojemu, nic by to nie dało, panie Stasiu…

– Dobrze, że już pani się przynajmniej trochę uspokoiła – pokiwał głową gospodarz.

– Już mi lepiej – westchnęła Iza, odkładając widelec na talerz. – Ale jeść jakoś nie mogę… Chyba dam spokój i odgrzeję to sobie jeszcze raz na kolację. Jeszcze nie mogę do końca dojść po siebie, przez to wszystko omal nie wpadłam pod samochód i gdyby jakiś człowiek nie złapał mnie za ramię…

Urwała i aż podskoczyła, gdyż w przedpokoju rozległo się potężne trzaśnięcie drzwiami, a następnie rumor butów z impetem zrzucanych z nóg i wkopywanych do kąta, co jednoznacznie świadczyło o tym, że do domu wrócił Kacper.

– No, jestem! Macie jakieś żarcie? – rzucił tenże, wpadając do kuchni jak po ogień i ściągając w locie sweter, który niedbałym gestem posłał na jedno z krzeseł. – O, jakieś fajne kluchy z mięsem widzę…

– To nie żadne kluchy, tylko spaghetti – sprostował pan Stanisław, patrząc na niego z urazą. – Kultury wreszcie byś trochę nabrał, Kacper, wstydu mi nie robił, ja ci już od dawna mówię…

– A, weź się stryj… co, już się czepiasz? – obruszył się Kacper. – Nie mam czasu na żadną kulturę, głodny jestem jak wilk, godzinę w korku staliśmy, a wcześniej taki zachrzan na budowie, że nawet nie było kiedy zjeść! Już myślałem, że dzisiaj do domu nie dojadę, śnieg sypie, wszędzie jakieś blokady… A tobie co, młoda? – zdziwił się, zauważywszy spłakaną twarz siedzącej cicho przy stole Izy. Pochylił się nad nią zaniepokojony. – No, co ty?… Beczysz? Nie wygłupiaj się… Co się stało?

– Nic, Kacper, nic takiego – szepnęła, czując, że na jego słowa z rozżalenia znów zaczynają szczypać ją oczy. – Poczekaj, odgrzeję ci trochę tego spaghetti…

Wstała z krzesła i otarłszy ukradkiem spływającą jej już po policzku łzę, podeszła do kuchenki gazowej, gdzie zabrała się za przerzucanie z garnka na patelnię porcji spaghetti przeznaczonej dla Kacpra. Ten zamilkł zdezorientowany i stanął nieruchomo na środku kuchni, przyglądając jej się ze szczerym niepokojem, po czym nachylił się poufnie do pana Stanisława.

– Co jej jest? – zapytał półgłosem, wskazując ruchem podbródka na odwróconą do nich plecami dziewczynę. – Stryj coś wie?

Gospodarz również zerknął na Izę, dał Kacprowi znak, by pochylił się do niego jeszcze mocniej i przez kilka chwil tłumaczył mu coś na ucho konspiracyjnym szeptem.

– Cooo?! – wykrzyknął Kacper, po czym wyprostował się gwałtownie i walnął pięścią w stół, aż Iza podskoczyła i wypuściła z ręki drewnianą łyżkę, którą mieszała spaghetti na patelni. – Oszwabiła ją ta wstrętna zdzira?!

– Kacper, uspokój się! – zawołał gospodarz, zrywając się z miejsca i chwytając wzburzonego bratanka za ramię. – Przymknij gębę! Co się tak wydzierasz, szczylu, mało zawału nie dostałem…

Kacper zirytowanym gestem wyrwał mu ramię i podszedł szybko do dziewczyny, która w milczeniu schyliła się, by podnieść z podłogi upuszczoną łyżkę.

– Iza, mów, to prawda?! – zapytał swym tubalnym głosem, łapiąc ją za oba ramiona, żeby spojrzeć jej w oczy. – Stryj nie łże? Na trzy stówy cię orżnęła?!

– Kacper, przestań – westchnęła Iza. – Puść mnie i nie krzycz tak, proszę…

– Na trzy stówy?! – powtórzył nalegająco Kacper.

– No tak – pokiwała głową, usiłując uwolnić się z jego uścisku. – Na trzy stówy, zapłaciła mi trochę ponad połowę. Ale po co ty się…

– Zabiję!!! – ryknął gromko Kacper, puszczając Izę i sięgając szybko po swój sweter, który w sekundę zarzucił na siebie przez głowę. – Uduszę czarownicę, rozerwę na kawałki!!!

– Kacper, daj spokój – przestraszyła się nie na żarty Iza.

Oboje z gospodarzem wymienili zaniepokojone spojrzenia.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Dalsze części:

Rozdział V (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)


Dodaj komentarz