Anabella – Rozdział V (cz. 3)

– Potem przyszedł drugi lekarz – podjął smutno pan Szczepan. – Wszedł tak powoli… z taką dziwną miną… i powiedział, że jej też nie udało się uratować. Z początku nie zrozumiałem tych słów, nie wiedziałem, co do mnie mówi, jakby mnie kto ogłuszył. Zresztą w ogóle nie pamiętam, co się ze mną działo przez pierwsze dni, mam tylko jakieś niewyraźne migawki z pogrzebu, nic więcej. Chyba wyłem tam i krzyczałem, dawali mi jakieś leki na uspokojenie…

Znów na chwilę zapadła cisza. Iza nie poruszała się, przyglądając mu się z głębokim współczuciem.

– Po pogrzebie wzięli mnie do siebie na parę dni kuzyn i jego żona – zabrzmiał znów jego cichy głos. – Ale z tego też mało co pamiętam… Przypominam sobie dopiero wieczór, kiedy wróciłem już tu, do domu… sam… Wszystko było tak, jak ona zostawiła. Jej ubrania, szlafrok… kosmetyki i wsuwki do włosów w łazience… Chodziłem po mieszkaniu, patrzyłem na to, a potem usiadłem i płakałem. Nie wiem, ile godzin, w każdym razie bardzo długo. Ciągle nie mogłem uwierzyć, że ją straciłem…

– Wiem, jak to jest, panie Szczepciu – wyszeptała ze ściśniętym sercem Iza. – Ja też niecałe trzy lata temu straciłam mamę. Chorowała krótko, tylko kilka miesięcy… Człowiek, którego kochamy i który nagle odchodzi, zostawia po sobie wielką pustkę.

Pan Szczepan pokiwał powoli głową.

– Tak – westchnął. – Jeszcze do tej pory to czasami wraca do mnie w koszmarach, chociaż już nie tak mocno jak wtedy. Pewnie pamięć nie ta, a i człowiek już powoli szykuje się na śmierć, więc łatwiej o tym myśleć. A ty tak bardzo mi ją przypominasz, dziecko… Kiedy cię zobaczyłem wtedy na ulicy, to aż mi się w głowie zakręciło. Jakbym ją żywą zobaczył…

– Musiał pan ją bardzo mocno kochać – zauważyła łagodnie Iza. – Skoro tyle lat przeżył pan sam… Chyba że się mylę? – zreflektowała się, zerkając na niego z niepokojem. – Przepraszam, nie chciałam być wścibska i pytać o takie rzeczy…

– Nic nie szkodzi, Haniu – uśmiechnął się smutno pan Szczepan. – Dobrze pomyślałaś, bo od tamtej pory rzeczywiście byłem sam. Co prawda po paru latach pozbierałem się i wyszedłem z żałoby, nawet chciałem się ożenić po raz drugi… nie miałem przecież jeszcze czterdziestu lat. Chcesz wiedzieć, jak to było?

– Jeśli to nie jest zbyt trudny temat dla pana… – odparła zachowawczo ogarnięta palącą ciekawością Iza.

– Nie – pokręcił głową. – O tym nawet łatwiej mi mówić niż o tamtym. Sześć czy siedem lat po śmierci Hani spotkałem bardzo miłą i dobrą dziewczynę. Miała na imię Joasia. Bardzo ją polubiłem, do tego z wzajemnością, zaczęliśmy się spotykać i przez jakiś czas myślałem, że mogłaby zająć miejsce Hani. Nawet chciałem jej się oświadczyć i wiem, że by mnie przyjęła, pewnie na swój sposób bylibyśmy szczęśliwi… Ale nie zdecydowałem się.

– Dlaczego? – szepnęła Iza.

– Widzisz… nie chciałem jej oszukać – wyjaśnił pan Szczepan. – Była ładna i miała dobre serce, zasługiwała na kogoś, kto by ją pokochał dla niej samej… Bo ja nie umiałem. Bez przerwy porównywałem ją do Hani, denerwowało mnie wszystko, co było w niej inne, a chociaż nie mówiłem jej tego, ona i tak to wyczuwała. I któregoś dnia sama powiedziała mi, że to nie ma sensu… że lepiej będzie, jak się rozstaniemy, bo ona nie potrafi być tą drugą… Może to i dobrze – pokiwał melancholijnie głową. – Skrzywdziłbym ją tylko, bo nie umiałem zapomnieć o mojej Hanusi… Taka miłość jest możliwa tylko raz. Jeden raz na całe życie…

Serce Izy zabiło gwałtownie, gdyż na te słowa przed oczami mignęła jej twarz Michała i jasny blask jego fosforyzująco błękitnych oczu…

– Tak – szepnęła cichutko.

– Krótko ze mną była, ale już żadna inna nie mogłaby mi jej zastąpić – ciągnął smutno staruszek. – Jeden kolega, co był psychologiem… mądry człowiek, dzisiaj już nie żyje… powiedział mi, że gdybym przeżył z nią więcej niż tych kilka szczęśliwych lat, to może łatwiej byłoby mi się pogodzić ze stratą. Albo gdybym kochał ją bez wzajemności… Wtedy, jak mówił, nie zamknąłbym się tak w sobie, pomogłaby mi dobrze przemyślana terapia, nawet gdyby miała potrwać kilka lat. I w końcu znów pokochałbym kogoś całym sercem, mógłbym być szczęśliwy… Ale mój przypadek był beznadziejny. Hania była moją jedyną i w pełni odwzajemnioną miłością, kochała mnie tak samo jak ja ją, a Bóg zabrał mi ją w najpiękniejszym momencie naszego wspólnego życia. Zabrał ją właśnie wtedy, kiedy kochałem ją najmocniej… I na to nie ma żadnej terapii… żadnej.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2)

Dalsze części:

Rozdział V (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz