Anabella – Rozdział V (cz. 4)

Iza słuchała ze ściśniętym sercem, w tragedii pana Szczepana dostrzegając cień własnego dramatu, a w jego wiernej miłości do jedynej w życiu kobiety blade odbicie beznadziejnego, nielogicznego lecz niemożliwego do poskromienia uczucia, które od tylu lat nosiła i pielęgnowała na dnie serca.

„Terapia!” – pomyślała z niesmakiem. – „Co za obrzydliwe słowo! Psychologom wydaje się, że to jest takie proste… Gdyby przeżyli to na własnej skórze, inaczej by śpiewali! Biedny pan Szczepan… Nawet nie wie, jak dobrze go rozumiem!”

Zapadła cisza, oboje milczeli przez kilka długich minut. Nagle z melancholijnego zamyślenia wyrwał ich głośny dźwięk dzwonka przy drzwiach.

– Ktoś do pana przyszedł – powiedziała łagodnie Iza, ucieszona w duchu, że ta okoliczność oderwie myśli staruszka od smutnych wspomnień.

– Otworzę – westchnął pan Szczepan, podnosząc się ciężko z krzesła. – Może to pani Jadzia, moja sąsiadka? Czasami przychodzi do mnie pożyczyć trochę soli…

Dzwonek znów zabrzmiał, tym razem jeszcze bardziej natarczywie.

– No już, już, przecież idę! – zakrzyknął z irytacją starszy pan, przyśpieszając kroku. – Co mi tu dzwoni jak na alarm, pali się czy co?…

Po chwili z przedpokoju dobiegł przytłumiony dźwięk odblokowywanego zamka i otwieranych drzwi, a następnie odgłosy rozmowy z przybyłą osobą. Ponieważ do kuchni docierał tylko szmer niezrozumiałych słów, Iza podniosła się z krzesła, przymknęła jeszcze mocniej drzwi i zabrała się za mycie talerza, a następnie za wygospodarowywanie w lodówce miejsca na garnek z zupą, którą po przestygnięciu miała zamiar schować tam dla pana Szczepana jako obiad na następny dzień.

„Miłość nieodwzajemniona podlega terapii…” – dumała, układając sztućce w szufladzie, którą wysprzątała w tym celu dwa dni wcześniej. – „To może potrwać długo, ale teoretycznie da się z niej wyleczyć. Hmm, ciekawe… Tylko czy moja miłość do Misia jest nieodwzajemniona? Tyle razy mówił mi, że mnie kocha… Co prawda potem zmienił zdanie…”

W jej głowie zaszemrały odległym echem słowa Michała, które sprawiły jej tyle bólu… Daj spokój, Iza. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki

„Nawet jeśli nie jest nieodwzajemniona, to na pewno niespełniona” – myślała dalej, ogarnięta jednocześnie smutkiem i czułością na wspomnienie wpatrzonych w nią błękitnych, ukochanych oczu. – „Za krótko trwało tamto szczęście, żebym zdążyła się nim nacieszyć… Do tego zranił mnie, odtrącił i zmieszał z błotem, więc niby powinno mi być łatwiej, powinnam móc się z tego raz na zawsze wyleczyć. Więc dlaczego nie mogę? Nie wiem… Nie umiem o nim zapomnieć, nie potrafię przestać go kochać. On od zawsze był i nadal jest częścią mnie… Czegokolwiek by nie zrobił, jak dalece by mnie nie olewał, będę go kochać do końca życia, jak pan Szczepan swoją Hanię… i żadna terapia mi nie pomoże. Niestety…”

Głośny dźwięk zatrzaskiwanych w przedpokoju drzwi wejściowych i szuranie kapci powracającego staruszka przerwały jej te smutne myśli.

– Zobacz, Haniu, co ja tu dostałem – powiedział ze zdziwieniem pan Szczepan, wnosząc do kuchni dużą, owiniętą w czarną folię i oklejoną pocztowymi nalepkami paczkę, którą postawił na stole. – Podobno listonosz był z tym rano i dzwonił, ale chyba musiałem mocno spać, bo nic nie słyszałem… Sąsiad z dołu odebrał to dla mnie i teraz mi to przyniósł. Aż nie mogłem uwierzyć, bo kto by mi mógł przysłać paczkę? Nazwisko niby moje…

Pokręcił głową, wpatrując się z niedowierzaniem w naklejkę z własnym nazwiskiem i adresem. Zaciekawiona Iza podeszła do stołu, pochyliła się nad tajemniczą paczką i obejrzała ją ze wszystkich stron.

– Nie ma nazwiska nadawcy? – zdziwiła się. – No, ewidentnie nie ma… Dostał pan przesyłkę anonimowo. Chce pan zajrzeć i sprawdzić, co tam jest?

– A pewnie, zajrzymy – skinął głową wyraźnie zaintrygowany staruszek. – Już nie wiem, od ilu lat żadnej paczki nie dostałem, ciekawość mnie bierze, od kogo to może być. Z rodziny ze starszych to już nikt nie żyje, a młodsi to nawet mnie nie znają, starego odludka…

– Poczta Lublin – odczytała napis na pieczątce Iza. – To ktoś stąd, panie Szczepciu, zajrzyjmy, może to nic ważnego… przesyłka z jakiegoś urzędu albo materiały promocyjne? Sama nie wiem… trzeba to rozpakować i już.

– Rozpakuj, dziecko – zgodził się pan Szczepan.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział V (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz