Anabella – Rozdział V (cz. 5)

Iza sięgnęła do szuflady po nożyczki i zabrała się za rozpakowywanie przesyłki. Pod czarną folią znajdowało się średnich rozmiarów tekturowe pudełko z wiekiem zaklejonym szarą taśmą. Odkleiła ją ostrożnie, spojrzała porozumiewawczo na pana Szczepana i otworzyła pudełko. Oboje popatrzyli po sobie w zdumieniu – w środku znajdowała się pachnąca nowością para męskich, skórzanych butów zimowych z grubą, porządną podeszwą. Na wierzchu leżała niewielka, biała karteczka, na której widniało kilka odręcznie nakreślonych słów. Staruszek sięgnął po nią odruchowo, z kieszeni na piersi wyjął okulary, założył je sobie na nos i w najwyższym zaintrygowaniu pochylił się nad bilecikiem.

Z pozdrowieniami od jełopa – odczytał powoli, po czym podniósł na Izę zdezorientowane i jakby spłoszone spojrzenie.

Dziewczyna, choć równie zaskoczona jak on, roześmiała się serdecznie, doceniając wyborną jakość tego żartu. Jak przez mgłę przypomniała sobie scenę rozbierania zmarzniętego pana Szczepana z butów i spodni, pochylonego nad nim mężczyznę z vana i moment, kiedy ów, zdjąwszy staruszkowi z nogi ocalałego, zabłoconego buta, oglądał go dokładnie ze wszystkich stron. Teraz domyśliła się, że chodziło mu o to, aby sprawdzić i zapamiętać jego rozmiar… Jej serce wypełniło znajome ciepło, jakie odczuwała zawsze, gdy spotykała się z bezinteresowną, ludzką życzliwością.

– I widzi pan, panie Szczepciu? – pokiwała głową, wyjmując buty z pudełka. – Nie tylko ja o panu myślę… Dostał pan bardzo dobre, markowe buty, pełna skóra z futrzaną wyściółką, będzie panu cieplutko przez całą zimę. Lepiej nie można było tego wykombinować, proszę, jak się wszystko dobrze złożyło… Numer się zgadza, podejrzewam, że będą pasować, ale tak czy inaczej trzeba zmierzyć. Niech pan usiądzie tutaj i sprawdzi, czy będzie panu w nich wygodnie.

– Ale jak to tak?… – szepnął zdezorientowany staruszek, siadając posłusznie na wskazanym krześle. – Buty mi kupił? Po tym wszystkim…

– Jak pan widzi – uśmiechnęła się ciepło Iza. – I to w dodatku świetne buty, z najwyższej półki, będzie pan je miał na lata. No, niech pan zakłada! Dostał pan prezent, to trzeba się cieszyć, a nie martwić! – dodała wesoło na widok jego skonfundowanej miny.

– Znowu mi wstyd – westchnął pan Szczepan, ściągając z nogi kapcia i przymierzając buta. – A to mi młokos dał nauczkę na stare lata! Teraz już nigdy na nikogo nie krzyknę, ani nie nazwę jełopem, sam zresztą nie rozumiem, co mnie wtedy napadło… O, zobacz, pasuje, chociaż chyba z pół numeru za duży, bo palec mi tu nie sięga – dodał, wymacując na bucie miejsce, w którym znalazł się jego duży palec u nogi.

– Niech pan wstanie – poleciła mu Iza, która w skupieniu przyglądała się przymiarce. – Buty trzeba mierzyć na stojąco, tak jak się chodzi… No i widzi pan? Tak jest dobrze. A trochę luzu nie zaszkodzi, będzie pan miał na wypadek, gdyby był duży mróz i trzeba było założyć grubszą skarpetę. Na zimę zresztą w ogóle za ciasne buty są niedobre, jak na moje oko, to ten pan trafił w dziesiątkę. Niech pan jeszcze założy drugiego i sprawdzi, jak się panu chodzi.

– Ale skąd on wiedział, jak się nazywam? – zastanawiał się pan Szczepan, posapując lekko przy zakładaniu drugiego buta. – Że adres znał, to wiadomo, ale nazwisko? Przecież nie wypytywał sąsiadów, bo by mi powiedzieli…

– A pamięta pan, jak dokumenty wysypały się panu ze spodni na podłogę? – przypomniała mu Iza. – Ten pan je przecież zbierał, pewnie spojrzał na dowód osobisty i zapamiętał pana nazwisko. To nic trudnego. Ja zresztą myślę, że on już wtedy miał pomysł, żeby odkupić panu buty, widocznie czuł się odpowiedzialny za to, że pan stracił tamte. W każdym razie to miło z jego strony, że o tym pomyślał.

– A ja go tak tą laską po plecach… – pokręcił głową pan Szczepan. – Wstyd, Haniu, wstyd! Dobrze, że mnie wtedy złapałaś za rękę, bo bym mu jeszcze jaką krzywdę zrobił. A teraz nawet nie wiadomo, jak mu podziękować…

– Prawda – przyznała Iza. – Nie podał nazwiska ani adresu, więc już go nie znajdziemy, a podziękować rzeczywiście by wypadało… No, ale na to nic nie poradzimy, panie Szczepciu. Skoro nie chciał podpisywać się pod prezentem, to musi pan to uszanować. I jak tam? Wygodnie się panu chodzi? – uśmiechnęła się, obserwując pana Szczepana, który założywszy drugiego buta, zrobił właśnie kilka kroków wzdłuż kuchni. – Jutro pan sobie wyjdzie na spacer, śniegu tyle napadało, że takie buty będą w sam raz. Ja jutro do pana nie zajrzę, bo cały dzień mam urwanie głowy, ale cieszę się, że chociaż na dwór będzie pan mógł wyjść bez przeszkód…

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4)

Dalsze części:

Rozdział V (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz