Anabella – Rozdział VI (cz. 8)

„Nie przyjechał” – myślała smutno Iza, idąc wolnym krokiem wzdłuż polnej drogi prowadzącej w stronę lasu. – „Krzemińscy byli w kościele sami, gdyby był w Korytkowie, poszedłby z nimi, zawsze przecież chodził… Teraz, na dwa dni przed Sylwestrem, już raczej tu nie zajrzy, gdyby miał odwiedzić rodziców, to zrobiłby to w święta. Może zresztą odwiedził ich na jeden dzień i znowu gdzieś pojechał? Nieważne… Na co ja robię sobie nadzieję? Głupia jestem i tyle…”

Ponieważ Amelia i Robert wrócili już ze swojego rekreacyjnego wyjazdu w najznakomitszych humorach i znów w pełni przejęli obsługę sklepu, dając Izie wolne, dziewczyna wybrała się na spacer po bliskich jej sercu miejscach. Choć krótki dzień chylił się już ku końcowi, nie było dużego mrozu, a ostatnie promienie popołudniowego słońca oświetlały ciepło białe połacie pól. Idąc powoli wzdłuż drogi, Iza dotarła na łąkę pod lasem, która dziś pokryta była śniegiem, lecz w jej pamięci wciąż pachniała kolorowymi kwiatami i rozbrzmiewała cichym brzęczeniem owadów…

„Niepotrzebnie tak się nastawiłam” – westchnęła, mijając znajome, na zawsze zapisane w jej sercu miejsce. – „Zawsze kiedy marzę o spotkaniu, nic z tego wychodzi. Jeśli go widuję, to tylko przypadkiem… jak wtedy w Lublinie, kiedy szłam po kawę… i jak kiedyś na schodkach poczty, tutaj w Korytkowie… Ech! Ta łąka… nasza łąka! Jaka ja wtedy byłam nieziemsko szczęśliwa! Aż nie mogę w to uwierzyć, jakby mi się śniło. A jednak to wydarzyło się naprawdę… przeżyłam to… Mój Boże! Czy istnieje jakakolwiek szansa, że to szczęście jeszcze kiedyś wróci?…”

Minąwszy niezapomnianą łąkę, dziewczyna skręciła w zasypaną śniegiem drogę wiodącą wzdłuż lasu na położony w dolinie korytkowski cmentarz. Podczas swojego świątecznego pobytu w domu odwiedziła go już kilka razy, by pomodlić się i pomedytować nad grobem, który znała od lat jako miejsce wiecznego spoczynku ojca, a który dziś krył ciała obojga jej rodziców. Cementowy pomnik, który pani Wodnicka wystawiła na grobie męża w czasach względnej rodzinnej prosperity, zmarniał i skruszył się w wielu miejscach, lecz dzięki dbałości obu córek zawsze był uprzątnięty i przyozdobiony kwiatami – sztucznymi w zimie, świeżymi w pozostałych porach roku.

Iza przystanęła u jego stóp i wśród ciszy, przerywanej tylko odległym krakaniem gawronów i lekkim hałasem wydawanym przez nagie gałęzie drzew kołysane na wietrze, odmówiła w skupieniu modlitwę za zmarłych. Następnie poprawiła z troską przewróconą przez wiatr doniczkę ze sztucznymi chryzantemami w kolorze herbacianym, które kupiły z Amelią jako ozdobę na Zaduszki i które nadal wyglądały ładnie i świeżo, choć leżały tu od końca października, po czym zapatrzyła się, jak to miała w zwyczaju, w niewyraźne podobizny rodziców na porcelanowych, półokrągłych tabliczkach przyklejonych do nagrobka obok informacji z ich nazwiskami.

Piotr Wodnicki – przeczytała po raz tysięczny znajomy od dzieciństwa napis, słabo już czytelny w zapadającym szybko półmroku późnego grudniowego popołudnia. – Żył lat trzydzieści siedem. A potem drugi napis, wyryty tą samą czcionką, lecz o jedenaście lat świeższy. – Klara Wodnicka. Żyła lat czterdzieści sześć.

„Byliście jeszcze tacy młodzi…” – mówiła smutno w myślach do rodziców. – „Oboje mogliście nadal żyć, jeszcze wiele lat! Jakie to niesprawiedliwe, że musieliście odejść tak wcześnie! Nie mogliście nawet być na ślubie Melci… Gdybyście widzieli, jak ślicznie wyglądała! Gdybyście mogli…”

Przerwała, gdyż za jej plecami rozległo się ciche skrzypienie śniegu. Odwróciła się gwałtownie, zaniepokojona, dopiero teraz uświadamiając sobie, że oto była sama na cmentarzu, który coraz bardziej ogarniał postępujący szybko zmierzch… Serce mocno jej zabiło na widok ciemnej postaci zmierzającej w jej stronę cmentarną alejką, jednak w następnej chwili poczuła ulgę, bowiem zbliżającą się osobą była tylko jakaś przygarbiona kobiecina w długim płaszczu i wełnianej chuście, która zasłaniała jej twarz, najwidoczniej chroniąc ją od mrozu. Iza, która z widzenia kojarzyła wszystkich sąsiadów z Korytkowa, nie znała tej kobiety ani z sylwetki, ani ze sposobu poruszania się, uznała zatem, że musiała to być osoba z innej okolicznej miejscowości. Uspokojona, odwróciła się z powrotem w stronę grobu.

„Kiedyś, jak już będę miała pieniądze, postawię wam tu przynajmniej porządny pomnik” – ciągnęła w myślach. – „Marzy mi się taki z białego marmuru, z czarno-srebrnym, prostym krzyżem i takimi samymi napisami… I jakieś lepsze zdjęcia się zamówi, bo na tych niewiele widać, a przecież w albumie u Melci jest kilka, z których można by wyciągnąć znacznie więcej… Poza tym…”

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7)

Dalsze części:

Rozdział VI (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)


Dodaj komentarz