Anabella – Rozdział VII (cz. 2)

– Jak ja się za tobą stęskniłem, Haniu… – pokręcił głową pan Szczepan, ocierając mankietem zwilgotniałe ze wzruszenia oczy.

Oczy te były mocno zaczerwienione i jak zwykle podkrążone, jednak zmiana, jaka zaszła w nich oraz w całej posturze staruszka od czasu wyjazdu Izy z Lublina na święta, uderzyła dziewczynę już od progu. Od razu zauważyła, że mocno schudł, policzki lekko mu się zapadły, a oczodoły oblekły się szaro-czarnym cieniem, którego wcześniej w aż takim natężeniu nigdy u niego nie widziała. Gołym okiem można było dostrzec, że przez te niespełna trzy tygodnie, kiedy go nie widziała, wyraźnie podupadł na siłach i na zdrowiu.

– Ja też tęskniłam, panie Szczepciu – zapewniła go łagodnie, przysiadając się do niego na wersalkę i wsuwając rękę pod jego ramię. – W Wigilię dużo o panu myślałam… i w pociągu, jak wracałam do Lublina… Niech pan mi opowie, co pan robił przez ten czas. Wszystko było w porządku?

– A pewnie, pewnie – uśmiechnął się leciutko staruszek. – Pani Jadzia miła kobieta… zadbała o mnie po królewsku, nawet z jej wnukiem trochę sobie porozmawiałem… tak o wszystkim, o świecie, o polityce… nie nudziłem się… bardzo dobrze było.

– Ale ze zdrówkiem to chyba trochę gorzej, prawda? – zagadnęła ostrożnie Iza. – Tak pan jakoś blado wygląda… Nie bolało pana serce? Brał pan leki, jak trzeba?

– Brałem, dziecinko, brałem… – westchnął pan Szczepan, odwracając oczy. – Nawet lekarz u mnie był, zapisał mi nowe, bo tamte już się kończyły. Wszystko jest dobrze, a że gorzej wyglądam, to cóż… wiek, po prostu wiek…

– Nowe leki? – podchwyciła Iza. – Oj, to dobrze! Pokaże mi je pan? Ma pan do nich rozpiskę dawkowania?

Idąc za wskazaniami staruszka, z szuflady komody wyjęła koszyczek, w którym przed wyjazdem poukładała mu leki na serce wraz ze wskazówkami dotyczącymi dawkowania. Rzeczywiście, znajdowały się tam nowe opakowania zupełnie innych medykamentów; tylko jeden z leków, jak zdołała się zorientować, był podtrzymany, resztę lekarz zmienił.

– To jakieś leki nowej generacji – wyjaśnił jej pan Szczepan. – Doktor powiedział, że lepiej działają… i szybciej. No, ja tam dużej różnicy nie widzę… Ale biorę tak, jak kazał.

– To dobrze, panie Szczepciu, to bardzo dobrze – zapewniła go Iza, przeglądając z uwagą rozpiskę. – Sporo pan tego ma… A tu doktor napisał na dole, że trzeba dodatkowe badania…

– A dajże spokój z badaniami, dziecko! – żachnął się staruszek, poruszając się niespokojnie na swoim miejscu. – Wszyscy tylko tymi badaniami zawracają mi głowę… Nic nie będę robił, doktor dopiero co mnie przebadał i to wystarczy.

– Spokojnie, już dobrze – uśmiechnęła się Iza, odkładając koszyczek z lekami na stół i znów siadając obok niego. – Będzie tak, jak pan chce, przecież nikt pana do niczego nie zmusi. Zaraz zajrzymy do kuchni, muszę koniecznie sprawdzić, czy ma pan w lodówce wszystko, co trzeba. Dzisiaj może panu jakieś zakupy zrobię, bo jutro nie będę mogła zajrzeć, przez cały dzień mam zajęcia… Wstanie pan i pójdziemy razem? No to już. Ja sobie porządzę w kuchni, a w tym czasie jeszcze sobie porozmawiamy. Opowie mi pan, jak było na Wigilii u pani Jadzi, a potem ja poopowiadam panu o mojej siostrze i szwagrze… Hop, wstajemy! Kapcie na nogi i maszerujemy do kuchni!

Niemal trzy godziny spędzone u pana Szczepana na porządkowaniu po kolei kuchni, łazienki i pokoju minęły nie wiedzieć kiedy wśród nieprzerwanej, wesołej rozmowy, a choć mizerny wygląd staruszka napełniał Izę podskórnym niepokojem, jego dobry humor i szczera radość, jaką okazywał w związku z jej odwiedzinami, udzieliły się również jej.

„Muszę naprawdę częściej go odwiedzać” – myślała po wyjściu z jego mieszkania, schodząc ciemną klatką schodową na parter. – „Tak się dzisiaj ucieszył, to jest takie miłe… Skoro już tak się złożyło, że spotkaliśmy się w takich dziwnych okolicznościach, to przecież…”

– A… czekałam tu na panienkę!

Konspiracyjny kobiecy głos dobiegający z głębi ciemnego korytarza, który właśnie mijała w drodze do drzwi wyjściowych z budynku, sprawił, że Iza aż podskoczyła z przestrachu, zachłysnęła się powietrzem i przystanęła, a serce momentalnie podbiegło jej do gardła. Z półmroku rozświetlonego jedynie skośnymi smugami padającymi ze słabej żarówki, która paliła się na korytarzu na pierwszym piętrze, wyłoniła się powoli znajoma postać pani Jadzi, sąsiadki pana Szczepana. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, czując, jak od ustępującej adrenaliny uginają się pod nią nogi.

– Dobry wieczór – wyksztusiła, starając się nadać swemu głosowi naturalny i uprzejmy ton.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1)

Dalsze części:

Rozdział VII (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz