Anabella – Rozdział VII (cz. 9)

Panująca w kościele cisza aż dzwoniła w uszach, mimo że w ławkach siedziało lub klęczało kilkanaście osób oczekujących na nabożeństwo, które miało się rozpocząć za niespełna kwadrans. Wnętrze tonęło jeszcze w głębokim półmroku, tylko ołtarz był lekko oświetlony światłem kilku punktowych lampek. Iza, która znalazła w tym miejscu po raz pierwszy w życiu, od samego progu wyczuła w nim dziwnie kojącą, przyjazną atmosferę, podskórne poczucie bezpieczeństwa, które skojarzyło jej się mgliście z niedawno przywołaną na pamięć wizją tulącego ją w ramionach ojca… Tak, to był ten sam spokój, ta sama miłość, której tak jej teraz brakowało…

„Tato…” – dobiegł z dna jej duszy cichy dziecięcy głosik, podobny do jej własnego głosu sprzed lat.

Znów przeszyło ją wspomnienie niedawnych odwiedzin na grobie rodziców i tajemniczej kobiety, z którą rozmawiała na cmentarzu. Wszak to również z jej powodu tu przyszła… Czy to nie stąd wzięło się to niejasne skojarzenie z ojcem?

Dziewczyna zadrżała, wsunęła się ostrożnie do jednej z ławek niedaleko wejścia, uklękła i ukryła twarz w dłoniach. I wtedy pod jej zaciśniętymi powiekami wyświetliła się twarz ojca… jego twarz widziana w przeddzień tragicznej śmierci. Obraz tej twarzy musiał pozostać gdzieś w podświadomości ośmioletniej wówczas dziewczynki, lecz dopiero teraz Iza widziała ją jak żywą, ze wszystkimi szczegółami… twarz przemęczonego człowieka, któremu same zamykały się oczy i który dzień później nieszczęśliwie przysnął za kierownicą… lecz który uśmiechał się do niej i do Amelii, kiedy razem jedli kolację w korytkowskiej kuchni…

„Tato…” – powtórzyła w myślach. – „Byłeś wtedy taki zmęczony…”

Ojciec z jej wizji pokiwał smutno głową, jakby dawał jej odpowiedź. Iza przeniosła spojrzenie jedzącego kolację dziecka na matkę, która siedziała obok niego. Miała wtedy piękną i spokojną twarz… Załatwię to jutro, Klarciu – zabrzmiał z oddali głos ojca. – Przyjadę z pracy i zabiorę się za to, obiecuję

„Ach, tato” – westchnęła z żalem Iza. – „Nie pamiętam, o co chodziło, pewnie o jakiś drobiazg w gospodarstwie. Obiecałeś mamie, że to załatwisz, ale nigdy już nie dotrzymałeś obietnicy… Jak ulotne są takie codzienne chwile, jak bardzo trzeba się nimi cieszyć…”

Teraz przed jej oczami jak żywa stanęła twarz matki. Najpierw ta sama, piękna i młoda, jak w przeddzień śmierci ojca, lecz potem powoli zmieniająca się i starzejąca, aż po ów ostatni jej obraz, jaki Iza zachowała w pamięci – wychudzona i blada, z podkrążonymi oczami, spoczywająca ciężko na białej szpitalnej poduszce…

„Mamo” – pomyślała z odnowionym znów w sercu bólem. – „Ty też…”

Jednak powoli ogarnął ją spokój i poczucie, jakby rodzice znów byli blisko, jakby w jakiś niewytłumaczalny sposób wspierali ją w tym, co robiła na co dzień… jak również w tym, z czym dzisiaj tu przyszła… a może zwłaszcza w tym!

„Pani Ziuta…” – myślała mętnie, siłą woli wygaszając w pamięci obraz twarzy matki, by skupić się na swoim zadaniu. – „Nie znam jej, nigdy jej nie widziałam, ale muszę się za nią pomodlić… za jej biedną duszę, która straszy w piecu… Ech, nie, bez przesady… co też mi do głowy przychodzi!” – skarciła samą siebie. – „Dusze nie straszą w piecach, to tylko głupi pomysł Kacpra! Ale miałam się pomodlić i powinnam… a jednak jakoś nie mogę się skupić… Panie Boże, zlituj się nad duszą pani Ziuty… Hmm… tata miał wtedy taką ładną, niebieską koszulę… Podwinął sobie rękawy, żeby nie pobrudzić mankietów, pamiętam! A mama miała bluzkę w kwiatki i włosy związane z tyłu… Ech, znowu! Muszę się skupić… pani Ziuta… nie, nie mogę, nie wiem, dlaczego, ale nie mogę się za nią modlić!”

Tuż obok niej rozległ się cichy szmer, jakby ktoś wchodził do ławki. Podniosła głowę i otworzyła oczy. Po przeciwnej stronie tej samej ławki klękała właśnie z trudem jakaś starsza pani. Zerknęła odruchowo w stronę Izy, po czym weszła głębiej do ławki i opadła na klęcznik, drugą ręką ustawiając przy ławce swoją laskę. Iza znów przymknęła oczy, starając się skupić na modlitwie za duszę kobiety, której nie znała, ale która w jakiś sposób była obecna w jej życiu… Odmówiwszy z wysiłkiem w jej intencji standardową modlitwę za zmarłych, znów wróciła myślami do rodziców, jednak obraz, jaki wcześniej z taką precyzją wyświetlił się w jej pamięci, przybladł teraz i rozmył się jak we mgle.

Przy ołtarzu rozpoczęły się przygotowania do nabożeństwa. Iza westchnęła, podniosła się z klęczek i cichutko wyszła z ławki, odprowadzana spojrzeniem modlącej się obok starszej pani, która ni stąd, ni zowąd posłała jej życzliwy uśmiech. Iza odwzajemniła go, po czym starając się stąpać ostrożnie, by stukaniem obcasów nie zaburzać panującej wokół ciszy, opuściła kościół z dziwacznym poczuciem nie do końca spełnionego obowiązku.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8)

Dalsze części:

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)


Dodaj komentarz