Anabella – Rozdział XI (cz. 10)

– Ale przecież to nie żarty, szef teraz będzie musiał wypłacić mu odszkodowanie z ubezpieczenia firmy – przypomniała mu, nadal nie mogąc opanować zdziwienia wobec tak luźnego podejścia do sprawy. – Przez to składki potem rosną, a taki garnitur pewnie kosztuje ze dwa tysiące…

– Myślę, że poniżej czterech nasz mistrz nie schodzi – stwierdził beztrosko szef, krzyżując ręce na piersiach. – Pięć do sześciu to u niego norma, do tego koszula z najwyższej półki… No, nie patrz na mnie z takim strachem w oczach, Iza. Jak będzie trzeba, uruchomimy ubezpieczyciela i zapłacimy mu, ile chce. Ale to chyba nie będzie konieczne, sam mówił, że nie chce odszkodowania, takich kretyńskich garniturków ma całą szafę, zresztą niewykluczone, że i ten uda się odratować… Wyjdziemy z tego jakoś, nie ma czym się przejmować. Niemniej to był dobry numer na jeden raz, ale nie rób już tego więcej, okej? – zastrzegł, spoglądając na nią wymownie.

– Nigdy! – obiecała gorąco Iza. – Zagapiłam się, to był ułamek sekundy… i teraz już wiem, jak trzeba być skupionym przy obsługiwaniu klientów. Ale… – zawahała się, zerkając na niego z zakłopotaniem. – Jakąś karę na pewno muszę ponieść. Szef powiedział przecież panu Krawczykowi, że wyciągnie wobec mnie konsekwencje…

– Powiedziałem mu, że moi pracownicy dostają zawsze to, na co zasługują – sprostował szef, wzruszając lekko ramionami. – I tak jest. A jeśli on ma na ten temat inne wyobrażenia niż ja, to już jego problem. No, ale dobrze… Była zbrodnia, musi być kara, z tym się zgadzam. Dlatego za pokutę przyjdziesz w tym tygodniu do pracy jeden raz więcej – zaśmiał się lekko. – Uwzględnijcie z Basią dodatkowy dzień w grafiku i sprawa zamknięta.

– Dobrze, szefie – szepnęła z ulgą Iza, która spodziewała się raczej karnego potrącenia dużej kwoty z pensji i przynajmniej czasowego usunięcia ze stanowiska kelnerki. – To żadna kara… Dziękuję.

– W porządku – uśmiechnął się. – Gdybyś wylała tę kawę na kogoś, kogo lubię, byłbym pewnie mniej wyrozumiały… Można powiedzieć, że miałaś dzisiaj wyjątkowe szczęście.

– Wszyscy mówią, że wyjątkowego pecha…

– I niech dalej tak sobie myślą – zaznaczył, pochylając się nieco w jej stronę. – Ale do rzeczy. Skoro już jesteś na dywaniku u tego krwiożerczego szefa-potwora i wszyscy tam za drzwiami modlą się za ciebie, mamy chwilę, żeby porozmawiać o czym innym.

Iza spojrzała na niego zdziwiona.

– Noszę się z tym od początku, ale nigdy nie ma czasu ani okazji – ciągnął swobodnie, sięgając po stojącą obok biurka butelkę z wodą mineralną i wyciągając z szafki dwie szklanki. – Sama widzisz, jakie mamy nieustanne urwanie głowy. Poza tym pracujesz u mnie, więc obowiązuje nas… i ciebie, i mnie… szablon relacji zawodowych, w którym nie ma za bardzo miejsca na prywatne pogaduszki. Mam nadzieję, że Basia wyłożyła ci zasady – zerknął pytająco na dziewczynę, która pokiwała głową twierdząco. – Zazwyczaj od nich nie odstępuję, już kilka razy boleśnie przejechałem się na spoufalaniu się z pracownikami i staram się tego unikać. Jednak w tym przypadku nie zapomniałem, że poznaliśmy się w innych okolicznościach niż zawodowe… Napijesz się wody? – przerwał sobie, napełniając jedną ze szklanek i podsuwając ją z uśmiechem Izie.

– Dziękuję – szepnęła, biorąc posłusznie szklankę do ręki.

– Od czasu zatrudnienia cię w firmie nie wspominałem o tym – mówił dalej szef, nalewając wody również sobie i zakręcając butelkę. – Ale to nie znaczy, że nie chciałem… po prostu nie było jak. Dzisiaj jest wreszcie okazja to nadrobić. Chodzi mi o naszego dziadka Szczepana – mrugnął do niej porozumiewawczo, pociągając łyka ze szklanki. – Ostatnim razem zaczęłaś o nim mówić… Nie było czasu rozwijać tematu, ale zapamiętałem, że zaglądasz czasami do niego, a on nadal ma coś nie tak z tym swoim serduchem. Opowiesz mi o tym coś więcej?

– Oczywiście – uśmiechnęła się, mile zaskoczona tym zainteresowaniem sprawami staruszka, o którym, jak sądziła, przez ostatnie tygodnie szef już zupełnie zapomniał.

Opowiedziała mu w skrócie o bieżącej sytuacji pana Szczepana, szczególną uwagą darząc jego pogarszający się ostatnio stan zdrowia i niemożliwą do przełamania niechęć wobec zalecanych przez lekarza badań na oddziale szpitalnym.

– Nie wiem już, jak mu to wytłumaczyć – westchnęła. – Uparł się, że jego noga nie przestąpi progu szpitala, i trzyma się tego kurczowo. Mówi, że woli umrzeć, niż dać się hospitalizować. Ja go rozumiem, bo wiem, że w przeszłości miał bardzo złe doświadczenia ze szpitalami, ale tu przecież chodzi tylko o badania, daliby mu lepiej celowane leki… On nocami ma okropne duszności, i tak pewnie nie o wszystkim mi mówi, ale przecież widzę, że jest blady i ma straszne cienie pod oczami. Boję się, żeby, nie daj Boże, jakaś astma się do tego nie przyplątała, albo jeszcze coś gorszego… – pokręciła z zafrasowaniem głową.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Dalsze części:

Rozdział XI (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz