Anabella – Rozdział XI (cz. 4)

– Super! Napisz mi tu swój numer telefonu – wyciągnęła z plecaka notes i długopis – a ja wyślę ci smsa z adresem i innymi wskazówkami, okej?

– Jasne – Iza szybko nakreśliła we wskazanym miejscu swoje imię i numer telefonu i spojrzała z uwagą na dziewczynę. – A powiedz mi, Lodziu… jeśli mogę zapytać oczywiście. Super wyglądasz, więc mam nadzieję, że z twoim zdrowiem już wszystko w porządku?

– W jak najlepszym – zapewniła ją Lodzia. – To nie było nic groźnego, po prostu zrobiło mi się strasznie słabo i zemdlałam.

– Wszyscy wtedy bardzo się o ciebie martwili – ciągnęła Iza. – Ja też… A jak twój mąż przyjechał i od razu zabrał cię do szpitala, to aż mi się zimno zrobiło. Zresztą po nim też było widać, że bardzo się przejął.

– O tak – pokiwała głową Lodzia. – Biedny oprych, tym razem naprawdę najadł się strachu… A żałuj, że nie widziałaś, jaką scenę odstawił w szpitalu! Zrobił aferę na cały oddział, aż mi głupio było. Zażądał natychmiastowego wykonania mi kompleksowych badań… No a potem oczywiście wszyscy się z niego nabijali! – zaśmiała się. – Bo przyczyna mojego problemu okazała się banalnie prosta i lekarz dyżurny zdiagnozował mnie od ręki jednym badaniem.

– A co ci było? – zaciekawiła się Iza.

Lodzia uśmiechnęła się delikatnie, a jej piękne oczy zalśniły w półmroku korytarza jasnym blaskiem.

– Jestem w ciąży – odpowiedziała cicho.

– Ach! – Izę na chwilę aż zatkało. – Więc to dlatego… Ojej, Lodziu, gratulacje! – dodała, spontanicznym gestem chwytając ją za rękę i ściskając serdecznie.

– Dziękuję – szepnęła, odwzajemniając jej uścisk.

Iza przypatrywała się przez chwilę jej prześwietlonej łagodną czułością twarzy i poczuła, jak jej serce ogarnia wzruszenie. Widok tej baśniowo ślicznej dziewczyny, z wyglądu tak młodziutkiej, że sama wydawała się być jeszcze dzieckiem, napełnił jej duszę tym samym światłem nadziei, jakie kiedyś widziała bijące z oczu swojej siostry, gdy wśród trudów i cierni codziennego życia rozkwitała jej szczęśliwa, spełniona miłość. To właśnie tamto światło, które promieniało z oczu Amelii i Roberta, w niewytłumaczalny sposób rozświetliło wówczas i jej myśli, pozwalając jej przetrwać najtrudniejsze chwile po pamiętnej próbie samobójczej… Dziś podobny blask widziała w oczach Lodzi i – znów nie wiedzieć czemu – pomyślała nagle o młodym panu Szczepanie i jego ukochanej Hani.

„Prawdziwa miłość nie tylko jest możliwa, ale naprawdę istnieje” – przebiegło jej przez myśl. – „Nawet na tym smutnym świecie… Oni wszyscy są na to dowodem!”

– Miałam wielką rewolucję hormonalną w organizmie i dlatego tak mi było słabo – wyjaśniła Lodzia. – Kręciło mi się w głowie i strasznie chciało mi się spać, po powrocie z tych badań w szpitalu jeszcze przez tydzień nie mogłam się pozbierać… Ale potem przeszło jak ręką odjął i teraz jest super, wręcz energia mnie rozpiera! – zaśmiała się, odrzucając wdzięcznym gestem na plecy swój imponująco długi warkocz.

– Twój mąż na pewno bardzo się cieszy? – domyśliła się Iza.

– Jest przeszczęśliwy – przyznała wesoło Lodzia. – Chodzi napuszony jak paw i już zdążył zwołać z tej okazji dwie imprezy, na których, jak podkreślił, musiał pić podwójnie, a nawet potrójnie za całą rodzinę. Całe szczęście, że to było tylko piwo… Jedna impreza była u nas, a w tamtą niedzielę byliśmy z szerszą paczką przyjaciół na mieście, w knajpie u jego najlepszego kumpla. Pomijam rodzinne obiadki u moich i jego rodziców, gdzie szachraj zawsze bryluje i przypisuje sobie wszystkie zasługi, więc tym razem nie było inaczej – roześmiała się. – No, ale teraz przyszedł też czas na małe świętowanie z moją własną, studencką paczką, podwójna okazja, bo zakończenie sesji po pierwszym semestrze to przecież nie byle co. Pomyślałam, że najlepiej będzie zrobić to jeszcze przed feriami, Pablo sam mnie zresztą na to namawiał…

– Pablo? – podchwyciła Iza. – On naprawdę ma tak na imię? Jest cudzoziemcem?

– Nie, skąd! – parsknęła śmiechem Lodzia. – To tylko przezwisko! Naprawdę ma na imię Paweł i jest Polakiem z krwi i kości, rodowitym lublinianinem. Ale ksywka Pablo tak do niego przylgnęła, że rzadko kto nazywa go inaczej… Oho, zdaje się, że twój wykładowca już idzie? – zniżyła głos, wskazując na zmierzającego w istocie w stronę sali profesora od literatury francuskiej.

– Aha, muszę lecieć – pokiwała głową Iza.

– To na razie – uśmiechnęła się Lodzia. – Bardzo się cieszę, że się poznałyśmy, wieczorem wyślę ci smsa z moim adresem domowym i rezerwuj sobie na sztywno wtorek po południu!

– Jasne! Trzymaj się, Lodziu… i jeszcze raz gratuluję! – odparła Iza, ściskając życzliwie dłoń dziewczyny, po czym, jeszcze raz wymieniwszy z nią porozumiewawcze uśmiechy, pobiegła za wykładowcą do sali.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział XI (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz