Anabella – Rozdział XI (cz. 7)

Poddenerwowana tą niezręczną sytuacją Iza, choć czuła wyrzuty sumienia, że tak szybko musiała spławić Martę, skupiła teraz całą uwagę na obsłudze swojego priorytetowego zamówienia. Obawiając się, czy kawa zbytnio nie wystygła, podeszła pośpiesznie do stolika, przy którym szef właśnie zbierał porozkładane dokumenty i układał je na stosik przy swoim łokciu.

– Dobrze, tak się umawiamy – mówił spokojnie. – Skonsultuję to jeszcze z moim prawnikiem i jeśli nie będzie miał uwag, jutro przed dwudziestą podwiozę to do pana już podpisane.

– W porządku – odparł Krawczyk, chowając do wewnętrznej kieszeni marynarki elegancki długopis. – W ostateczności może być na środę rano, aż tak się nie pali…

– Szefie, kawa – wtrąciła nieśmiało Iza.

– A właśnie – uśmiechnął się szef. – Bardzo proszę, kawka… Życzy pan sobie cukier?

– Nie, dziękuję, panie Michale – pokręcił głową Krawczyk. – Z ciasteczkiem nie słodzę.

Iza drgnęła, gdyż na dźwięk wypowiedzianego przez niego imienia jak błysk światła olśniło ją wspomnienie, którego od paru minut bezskutecznie szukała w pamięci. Przed oczami jej duszy wyświetliła się wizja dwóch studentów wychodzących szybkim krokiem zza załomu korytarza… Tych, na których wpadła dwa tygodnie wcześniej, idąc do automatu z kawą. Jednym z nich był Michał, a drugim… właśnie Radek! Tak, to przecież stąd znała jego twarz!

„To był on!” – przebiegło jej przez głowę. – „Kolega Misia!”

Serce zabiło jej jak dzwon, trzymana w rękach taca zadrżała i przechyliła się, a jej zawartość ze szklanym hukiem rozbryznęła się na stoliku, podłodze i jasnym garniturze Krawczyka… Nieszczęsna porcja tiramisu zakreśliła w powietrzu łuk i wylądowała na jego ramieniu, zaś kilka zabłąkanych kropli kawy prysnęło też na czarną koszulę szefa.

Obaj mężczyźni natychmiast zerwali się z krzeseł i odskoczyli od stolika, z którego rzęsistymi strumieniami popłynęła wylana kawa. Zapadła cisza, bowiem wszyscy troje na kilka sekund znieruchomieli, a jedynym dynamicznym obiektem, pomijając kapiącą kawę, była porcja tiramisu, która, przykleiwszy się z początku do ramienia Krawczyka, spłynęła teraz powoli po klapie jego marynarki i z głuchym plaśnięciem opadła na podłogę. Szef patrzył na to z kamiennym, nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

„Boże!” – pomyślała przerażona swym wyczynem Iza, natychmiast zapominając o Radku. – „Co ja narobiłam…”

– Bardzo pana przepraszam – wydukała, sięgając szybko po serwetnik, który wraz z odłożonymi na bok dokumentami jakimś cudem ocalał z kawowej powodzi, i nerwowym gestem wyrywając z niego plik serwetek. – Już to wycieram…

Nie ważąc się nawet spojrzeć na szefa, którego złowrogie milczenie świadczyło samo za siebie, rzuciła się do swej beznadziejnej misji, czyli do wycierania resztek tiramisu z marynarki osłupiałego Krawczyka, który nadal stał bez ruchu w tej samej pozycji, w której odskoczył od stołu, lekko pochylony do przodu i z rozpostartymi na boki rękami.

– Dobra, pani już da spokój, co? – warknął teraz ostrym tonem, odzyskując wreszcie głos i odsuwając się od Izy. – Chyba już wystarczająco pani nabroiła… Proszę mnie nie dotykać!

Zdruzgotana Iza posłusznie opuściła ręce. Zza baru nadbiegła tymczasem Wiktoria, której uwadze nie umknęła ta dramatyczna scena, niosąc rolkę ręcznika papierowego. Obie z Izą, nie wymieniając ze sobą ani słowa, rzuciły się do czyszczenia stolika i podłogi ze spływającej wciąż po blacie kawy.

– Pan wybaczy, panie Sebastianie – odezwał się tymczasem szef jakimś dziwnym, nienaturalnym głosem, który jeszcze bardziej przeraził schyloną nad podłogą Izę. – Proszę przyjąć uniżone przeprosiny za tę niezręczność. To początkująca kelnerka, z zasady takie rzeczy nam się nie zdarzają… Niemniej firma jest ubezpieczona na takie okoliczności, w związku z czym niezwłocznie pokryjemy koszt zniszczenia pana ubrania.

– Nie ma o czym mówić – mruknął Krawczyk, oglądając teraz z niesmakiem swoje pochlapane kawą buty. – Mam tylko nadzieję, że wyciągnie pan odpowiednie konsekwencje wobec swojego nie-kom-pe-tent-ne-go pracownika.

Słowo „niekompetentnego” zostało wymówione z naciskiem, niemal wyskandowane.

– O to proszę się nie martwić – zapewnił go poważnym tonem szef. – Moi pracownicy zawsze dostają to, na co zasługują.

Wiktoria podniosła głowę znad rozlanej kawy i posłała Izie pełne współczucia spojrzenie. Krawczyk tymczasem popatrzył krytycznym wzrokiem na swoje zatopione w kawie kluczyki od samochodu, które Iza szybko osuszyła papierowym ręcznikiem i podała mu z przepraszającą miną, po czym ostentacyjnie urażonym gestem wziął je z jej rąk i zwrócił się do swojego rozmówcy.

– Czyli do jutra? – zapytał chłodno, podając mu rękę.

– Tak, będę u pana jutro przed dwudziestą – skinął uprzejmie głową szef. – Pozwoli pan… odprowadzę pana na parking.

Obaj przeszli między stolikami i udali się w stronę wyjścia.

(c.d.n.)

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział XI (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz