Anabella – Rozdział XIII (cz. 12)

Gęsty śnieg padający za oknem korytkowskiego salonu przypominał o tym, że zima jeszcze się nie skończyła, choć słoneczna pogoda kilku wcześniejszych dni pozwalała poczuć już atmosferę zbliżającej się wiosny.

– Nie ma się co dziwić, to dopiero połowa lutego – westchnęła Amelia, dolewając Robertowi kompotu. – Ale jednak szkoda, bo już tak fajnie było, miałam cichą nadzieję, że wiosna zacznie się wcześniej… a tu znów napadało i dalej sypie. Jutro będziesz miał robotę z odgarnianiem śniegu na cały ranek.

– Trudno, zrobi się – odparł stoicko Robert, wycierając usta w serwetkę. – Byle Iza nie miała kłopotów z dojazdem do Radzynia. Nie wiem, jak wygląda stan dróg, ale jak pług się spóźni, to autobus nie przejedzie… Dziękuję za obiad, kochanie, wszystko było przepyszne.

– Akurat mięso dzisiaj Izunia doprawiała – sprostowała Amelia, posyłając siostrze przez stół pełen uznania uśmiech. – Jest rewelacyjne, zostanie nam jeszcze na jutro, w sam raz dla nas dwojga… Ale z tym autobusem to masz rację, Robik. Może odwiózłbyś ją do Radzynia samochodem?

– Przy zasypanej drodze ciężko będzie – zauważył Robert. – Chociaż w razie czego oczywiście możemy próbować, tylko trzeba by wyjechać wcześnie rano, żeby zostawić sobie czas na ewentualne komplikacje.

– Poradzę sobie, nie martwcie się, kochani – zapewniła ich łagodnie Iza. – Jeśli spóźnię się na ten przedpołudniowy pociąg, to poczekam sobie na stacji w Radzyniu, o osiemnastej z minutami jest jeszcze jeden. Dojadę późno, ale to nic wielkiego, byle być w Lublinie na poniedziałek rano.

– Szkoda, że nie możesz zostać trochę dłużej – odparła z żalem Amelia. – Ale rozumiem, zajęcia się zaczną, no i praca… Cieszę się, że dobrze ci się tam układa. A co do tego kredytu, to tak, jak mówiliśmy, o wszystkim będziemy cię informować na bieżąco. Pierwsze rozmowy w banku mamy już za sobą, z Andrzejczakową właściwie wszystko dogadane, teraz trzeba to tylko pociągnąć do końca.

– Prawdopodobnie następnym razem przyjedziesz już na powiększone włości – uśmiechnął się Robert.

– Widząc wasze tempo rozwoju, to na pewno – pokiwała żartobliwie głową Iza. – A jak przyjadę na wakacje, to już pewnie pół nowego lokalu będzie stało w stanie surowym… jakiś trzypiętrowy pawilon handlowy albo hala usługowa.

– A może jednak restauracja? – zaśmiała się przekornie Amelia. – Kształci nam się specjalistka w branży gastronomicznej, więc może naprawdę rozszerzymy teren działalności? Ja wtedy wcale nie żartowałam, Iza… Wrócisz ze studiów i założysz nam tutaj francuską restaurację dla gości hotelowych od Krzemińskich. Ty wiesz, jaki to mógłby być biznes?

Na dźwięk nazwiska Michała Izie jak zwykle mocniej zabiło serce. Sięgnęła po szklankę z kompotem i z najobojętniejszą miną na świecie zanurzyła w nim usta.

– No właśnie – podchwycił Robert. – Krzemińscy budują hotel z myślą o karierze syna, to my moglibyśmy ustawić interes pod naszą małą siostrzyczkę. Pomyśl tylko, Iza, taka nastrojowa knajpka z francuskim jedzeniem i francuską muzyką… Ty to przecież kochasz. Za cztery lata z hakiem skończysz pełne studia, wróciłabyś do Korytkowa i mogłabyś pociągnąć taki biznesik à la franfran… jak to się mówi?

A la française – dokończyła Iza.

Co prawda przybrała przy tym powątpiewającą minę, niemniej w duchu olśniła ją ta utopijna lecz jakże kusząca wizja własnego interesu tuż naprzeciwko hotelu prowadzonego przez Michała. Współpraca z sąsiadem, nieunikniona w takiej sytuacji, otwierałaby przed nią nowe możliwości… świetliste perspektywy, nie tylko zawodowe…

– No – skinął głową Robert. – Nie umiem tego tak ładnie wymówić jak ty, ale dokładnie o to chodzi. Ty tego nie wykluczaj, mała, bo powiem ci, że ja to nawet całkiem realnie widzę…

– Ja też! – dodała z entuzjazmem Amelia. – Cztery lata to sporo, przez ten czas możemy na spokojnie zagospodarować tę działkę, przyjrzymy się, jak działa hotel, rozeznamy teren… Wszystko jest kwestią finansów, a sama wiesz, że z tym jest coraz lepiej.

– Wiem, Melciu – pokiwała sceptycznie głową Iza. – I bardzo wam dziękuję, że myślicie o mnie, naprawdę miło tak pomarzyć… ale proszę, bądźmy realistami. Na razie bierzecie kredyt na samą ziemię, a co dopiero myśleć o jej zabudowie i rozkręcaniu interesu. Ja mam za sobą tylko jeden semestr studiów, a w gastronomii pracuję od niespełna półtora miesiąca, toż to żadna ze mnie specjalistka… I w ogóle nie wiadomo, co będzie, cztery lata to ogrom czasu… Chyba jeszcze za wcześnie snuć aż takie plany.

– Nie, no jasne, że na razie nie ma o czym mówić – przyznał spokojnie Robert. – Ale jakiś wstępny plan zawsze warto mieć. Mówię ci tylko, żebyś tego nie wykluczała, a my oczywiście będziemy zastanawiać się nad różnymi opcjami, nie tylko nad taką. W każdym razie byłaby to pewna perspektywa…

– Byłaby – zgodziła się dyplomatycznie Iza. – I niczego nie będę wykluczać, obiecuję. Ale na razie zostawmy to, Robciu. Wy musicie myśleć teraz przede wszystkim o sobie, a ja… ja i tak dam sobie radę – dodała wesoło. – Znacie mnie przecież i wiecie, że twarda ze mnie sztuka. Prawda, Melciu?

– O tak! – zaśmiała się Amelia, spoglądając z czułością na siostrę. – Moja mała, dzielna Izunia… No nic, porozmawiamy sobie o tym jeszcze nieraz, a teraz biegnij się pakować, bo dzisiaj idziesz wcześniej spać, już ja cię przypilnuję!

„Jak trudno jest udawać, że on mnie już nie obchodzi…” – myślała ze smutkiem Iza, leżąc w łóżku i wpatrując się w ciemny sufit, gdy wszystkie światła w domu już pogasły. – „Wystarczy, że usłyszę o nim jedno słowo, a w środku zrywa mi się nawałnica z piorunami. I nikomu o tym nie mogę powiedzieć, nawet Melci… Zwłaszcza jej. Nie chcę, żeby się o mnie martwiła, nie chcę, żeby tłumaczyła mi, jak nieodpowiednim wyborem jest Misio… Pewnie nawet miałaby rację, ale co z tego? Lepiej, żeby oboje z Robciem myśleli, że jestem sama z wyboru… dla kariery, pieniędzy, rozwoju… czegokolwiek. To będą w stanie przyjąć, bo moich beznadziejnych uczuć dla Misia nie umieliby zrozumieć. Tego w ogóle nikt nie jest w stanie pojąć… może jeden pan Szczepcio. Ale z nim też o tym nie pogadam, bo co ja mu będę zawracać głowę swoimi sercowymi problemami? Jeszcze będzie się tym gryzł niepotrzebnie… Ech, trudno. Bogu dzięki, że nic już przynajmniej nie słychać na temat tej córki biznesmena z Grójca. Mam nadzieję, że sprawa definitywnie upadła…”

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Dalsze części:

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)


Dodaj komentarz