Anabella – Rozdział XIII (cz. 7)

Ponieważ zamknęła za sobą drzwi prowadzące do pokoju, do kuchni nie dobiegał żaden, nawet najlżejszy szmer toczącej się tam rozmowy, a panująca wokół cisza wręcz dzwoniła jej w uszach. Wpatrzona tępo w ciemne okno Iza na kilkanaście minut popadła w dziwny stan odrealnienia, w którym wolna od wszelkich racjonalnych myśli zdawała się obserwować samą siebie z zewnątrz, jakby ta dziewczyna, której słabe odbicie widziała w okiennej szybie, nie była nią lecz kimś zupełnie innym…

Ech, nie! To była ciągle ona… Ona, lecz jakaś inna, choć niby ta sama… Coś się w niej zmieniło, coś nieuchwytnego, może wyraz oczu, których prawie nie widać w tym niewyraźnym odbiciu, może sposób trzymania głowy, może jakaś niewidzialna, wewnętrzna energia bijąca z jej sylwetki?…

Jakiś cichy szept szumi w jej uszach, choć nie rozpoznaje, z czyich ust pochodzi. Izabella… Czy to jej matka?… A może ojciec?… Ten szept wydaje się płynąć z dalekiej historii jej dzieciństwa. Izabella… Teraz to już inny głos, Iza rozpoznaje surowy ton nauczyciela od matematyki, który nigdy nie zdrabniał imion swoich uczniów… Izulka… ach!… to czuły szept Michała! Ten jedyny, niezapomniany, wytęskniony… Jest przy niej, czuje jego obecność, czuje korzenny zapach jego perfum. Jego postać pojawia się powoli w odbiciu na ciemnej szybie, wyłania się jak z mgły, pochyla się nad nią… Dobiega ją fala zapachu jakże drogiego jej sercu… Lecz nie. To nie są jego perfumy, to coś innego, choć równie znajomego… Co? Ach… eau de Cologne

– Wszystko w porządku, elfiku?

Cichy głos Majka wyrwał ją z transu niczym donośny dźwięk trąby jerychońskiej. Podniosła szybko głowę i poderwała się z krzesła, starając się naprędce przybrać jak najbardziej naturalny wygląd.

– Tak, szefie. Właśnie przygotowałam leki…

– Ja już muszę lecieć – podjął neutralnym głosem Majk, również wyprostowując się i przybierając swobodną pozę z ręką opartą o brzeg stołu. – Telefon mi się urywa, biegnę działać, a ty zostań i zajmij się naszym dziadkiem. Posiedzisz z nim jeszcze trochę, prawda?

– Oczywiście – uśmiechnęła się, odzyskując już w pełni równowagę. – Zaraz podam mu leki i zrobimy jakąś kolację. 

– Jest trochę rozklejony, ale z serduchem chyba wszystko w porządku – ciągnął spokojnie Majk. – Gdyby coś trzeba było… nie tylko dzisiaj, ale w ogóle… to dzwoń do mnie w jego sprawie o każdej porze dnia i nocy. Dostałaś od Basi mój numer?

Iza pokręciła głową przecząco.

– Błąd – zauważył surowo, sięgając po leżący na środku stołu długopis i rozglądając się za kartką. – Masz tu jakiś papier? Ech, czekaj… – sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął portfel, a z niego białą, tekturową wizytówkę, na której szybko nakreślił numer telefonu. – Napiszę ci na tym, żebyś w razie czego miała pod ręką też służbowy, jest wydrukowany pod adresem firmy… Ten drugi to mój prywatny, na wizytówce go nie ma – wyjaśnił, wręczając jej tekturkę. – Służbowy czasami dla świętego spokoju wyciszam, ale tego nie wyłączam nigdy. Nie zawsze widzimy się w pracy, więc gdyby trzeba było coś pomóc przy Szczepanie, wal do mnie jak w dym.

– Dobrze – odparła Iza, biorąc wizytówkę z jego ręki. – Dziękuję.

– Wspaniale się nim zaopiekowałaś – pochwalił ją Majk, rozglądając się po kuchni. – Wszędzie wysprzątane na błysk, poukładane, a przecież pamiętam, jaką tu miał stajnię Augiasza… Widać, że poświęcasz mu dużo czasu, a przecież masz na głowie jeszcze studia i pracę. Chyba posiadłaś jakąś czarodziejską sztuczkę pomnażania czasu – zażartował. – Sprzedasz mi na to patent?

– Chyba nie muszę – parsknęła śmiechem Iza. – Szef potrafi rozciągać dobę tak samo dobrze jak ja… albo i lepiej. A ja pana Szczepcia po prostu bardzo lubię – dodała poważniej. – Gdyby nie to, nie bywałabym u niego tak często.

– To się rozumie – pokiwał głową. – Ja też polubiłem starego frajera… No, ale czas na mnie – oznajmił z powagą, ruszając w stronę wyjścia. – Trzymaj się i zadbaj o naszego seniora, pewnie niedługo powinien iść w kimkę.

– Tak jest, szefie.

Spojrzał na nią pobłażliwie i pokręcił głową.

– Uparte z ciebie stworzenie… Jeszcze sobie o tym pogadamy, ale to już innym razem, teraz muszę lecieć. Tak czy inaczej dzięki, Iza – dodał, odwracając się jeszcze na chwilę w drzwiach. – Gdyby nie ty, pewnie nigdy nie zdecydowałbym się do niego zajrzeć. A nie żałuję, bo męczyło mnie to już od dawna…

Iza wyszła za nim do przedpokoju, gdzie założył swoją skórzaną kurtkę, wyciągnął na chwilę telefon, zerkając z niezadowoleniem na gęsto pokryty powiadomieniami pulpit na wyświetlaczu, po czym spojrzał na nią i uśmiechnął się.

– Pa, niegrzeczny elfiku – mrugnął do niej żartobliwie.

Wyjął z kieszeni czapkę i naciągnął ją sobie na głowę, po czym skinąwszy jej na pożegnanie ręką, otworzył drzwi wyjściowe i szybko zniknął w głębi ciemnej klatki schodowej.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział XIII (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)


Dodaj komentarz