Anabella – Rozdział XIV ( cz. 10)

– Okej, przytrzymaj mu tylko głowę – powiedział do Izy Chudy, który, pochylony nad leżącym bezwładnie na fotelu Majkiem, szykował się właśnie do dźwignięcia go w górę. – A ty, Antek, otworzysz nam drzwi i pomożesz mi załadować go do auta… No… uwaga… raz! Bierzemy go!

– Odwal się, Chudy – warknął niemrawo Majk, wyrywając mu się niespodziewanie z uścisku i siadając o własnych siłach na fotelu. – Pogrzało cię? Nic mi nie jest, trochę tylko mnie przyćmiło… Prawie nic nie wypiłem.

– Spoko, szefie – odparł stoicko Chudy, puszczając do rozbawionego Antka porozumiewawcze oko. – Przecież wiem… Ale i tak odwieziemy szefa do domu, już późno się robi. Sam szef wstanie czy pomóc trochę?

– Sam wstanę, frajerze – oznajmił dumnie Majk, gramoląc się w fotelu. – Jestem trzeźwy jak świnia, rękę mam jak, kurde… chirurg…

Przy ostatnim słowie podniósł się do pionu, jednak natychmiast złapał się za głowę i zatoczył się na biurko, potrącając stojącą przy fotelu pustą butelkę po brandy, która z hukiem potoczyła się po podłodze w kąt. Iza cichutko podążyła za nią, podniosła ją i odstawiła na bezpieczne miejsce za szafką na klasery, podczas gdy Chudy silnym ramieniem podtrzymał lecącego już na podłogę Majka, postawił go z powrotem na nogi i na wpół bezwolnego poprowadził w stronę wyjścia.

– Dobra, szefie, jedziemy do domu – powiedział stanowczo, sięgając na jedno ze stojących pod ścianą krzeseł po leżącą tam jego skórzaną kurtkę. – Da szef kluczyki od opla i robimy desant do łóżka, czas trochę się przespać.

– Nic mi nie jest, frajerze – zaprotestował niewyraźnie Majk, pozwalając jednak założyć sobie kurtkę i poprowadzić się bez oporu w stronę drzwi. – To tylko parę szklaneczek… Pestka. Kluczyki mam w którejś kieszeni, wymacaj sobie, w której…

– Iza, co on się tak nawalił? – zapytał półgłosem Antek, kiedy oboje szli za Chudym i Majkiem w stronę kuchni, gdzie znajdowało się tylne wyjście z podziemia prowadzące na podwórze kamienicy. – Widziałem go niecałą godzinę temu, trochę sobie pociągał, ale z umiarem i wyglądał normalnie… Nie mów, że w pół godziny wyżłopał całą tę nową brandy, którą mu przyniosłem?

– Niestety – potwierdziła smutno Iza, patrząc od tyłu ze ściśniętym sercem na chybotliwy, nieskoordynowany chód Majka. – Wypił wszystko, do ostatniej kropelki. Próbowałam mu to zabrać, ale nie pozwolił… Pił szklankę po szklance, gadał całkiem normalnie i nagle tak go zgasiło. Prawie że z minuty na minutę.

– On tak właśnie ma – pokiwał głową Antek. – Łeb ma twardy, ale jak przegnie, to go rozwala w pięć minut. To nie pierwszy raz… Co prawda rzadko mu się to zdarza, ale zdarza się niestety… Słuchaj, Iza, pojechałabyś z nimi? – poprosił. – Wiem, że jesteś już po godzinach, ale ja nie mogę, ktoś musi za niego ogarnąć teren, mamy jeszcze ponad dwie godziny do zamknięcia lokalu… Chudy będzie prowadził, ale musi być z nim ktoś jeszcze i pilnować szefa w drodze, nie wiadomo, co mu odwali. Pojedziesz?

– Pojadę – zgodziła się natychmiast. – Nie ma sprawy, byle Chudy potem odstawił mnie tutaj z powrotem. Nie wiem, czy z innego punktu miasta będę umiała sama trafić do domu po nocy…

– Nie, no jasne, że cię odstawi, musi tu przecież wrócić. Tylko szefa trzeba zapakować do wyra… jak już zaśnie, to będzie kimał jak dziecko. Moglibyśmy położyć go na kozetce w gabinecie, ale widać, że zaraz go ostro rozbierze, lepiej, jak już będzie w domu, pośpi sobie spokojnie do rana… Ciekawe, co mu dzisiaj odbiło, że aż tak zakirał? Nie było powodu… Dobra, nieważne, leć się ubrać, Iza, i przyjdź przez kuchnię na górę. My z Chudym w międzyczasie zapakujemy go i czekamy na ciebie przy samochodzie.

– Okej – skinęła głową i bez zastanowienia pobiegła do szatni kelnerek.

„Zwariował, żeby aż tak się urąbać…” – myślała z niepokojem, zakładając szybko buty i płaszcz. – „Najgorsze, że to trochę moja wina, skoro musiał spruć się brandy, żeby porozmawiać ze mną o tych podobieństwach… W sumie dotąd zachowywałam się tak, że faktycznie nie dało się ze mną gadać… ale skąd miałam wiedzieć, że to dla niego takie ważne? Jutro i tak nie będzie nic pamiętał, tego się trzymajmy, ja zresztą jestem w pracy dopiero w piątek, więc sprawa ucichnie i rozmyje się do tego czasu. A jednak tak mi go szkoda… taki fajny facet! I taką ma w życiu beznadzieję, takie żałosne bagno… zupełnie jak ja.”

Westchnęła, wyciągnęła z kieszeni czapkę i szalik i zakładając je w locie, pobiegła do kuchni, gdzie młoda kucharka Eliza wydawała właśnie Gosi i Klaudii jakieś spóźnione zamówienia. Wszystkie trzy zerknęły z zaciekawieniem na wychodzącą pośpiesznie tylnym wyjściem Izę i wymieniły zdezorientowane spojrzenia.

(c.d.n.)

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Dalsze części:

Rozdział XIV (11) (12)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)


Dodaj komentarz