Anabella – Rozdział XXV (cz. 1)

Jasne słońce sobotniego przedpołudnia wpadało szerokim strumieniem do wysprzątanego na błysk pokoju pana Szczepana. Zmęczona dwugodzinnymi porządkami Iza zaparzyła herbatę i właśnie ustawiała dwie filiżanki na przysuniętym do fotela staruszka niskim stoliku.

– Tylko ostrożnie, panie Szczepciu, bo gorące – ostrzegła. – No, niech pan mówi dalej… Pojechał pan sam do tego notariusza?

– A pojechałem, Haniu, pojechałem – skinął głową, sięgając po swoją filiżankę i z przyjemnością upijając łyka herbaty. – Pół dnia mi zeszło, bo miałem podjechać autobusem i potem dojść kawałek, ale pomyliłem się i wysiadłem na złym przystanku… no to musiałem wracać… a potem szukać pół godziny tego adresu, bo w tamtej dzielnicy wszystko się od moich czasów pozmieniało!

– Nie powinien pan aż tak się męczyć – zestrofowała go łagodnie Iza. – Z pana sercem to mógł być za duży wysiłek. Trzeba było poczekać na mnie, powiedziałby pan, że chce jechać do notariusza, to zamówiłabym taksówkę i pojechałabym z panem.

– A nie, Hanusiu, z tobą to nie – pokręcił głową jakby spłoszony pan Szczepan. – Ja sam musiałem… z tobą nie. Tamte dwa razy to Michaś mnie podwoził samochodem, ale on teraz taki zapracowany… uprzedzał, że w tym tygodniu chwili czasu nie ma, no to się nie napraszałem. Ale co tam… może i stary jestem, ale jeszcze sobie radzę – jego przeźroczysto bladą twarz rozjaśnił uśmiech. – A z tobą to wolę tutaj sobie pogawędzić, nacieszyć się tobą…

Iza odwzajemniła mu uśmiech i sama również upiła łyka herbaty. Nie smakowała jej zbytnio, była za słaba, by posiadać prawdziwy herbaciany aromat, jednak ze względu na zalecenia kardiologa dla staruszka nie mogła parzyć mocniejszej.

U pana Szczepana nie była ani razu od wtorku, a wiedziała od Majka, że on sam nie zaglądał do niego jeszcze dłużej, w związku z czym dziś zapukała do jego mieszkania z lekkim niepokojem. Na szczęście staruszek, choć znów był bledszy niż wcześniej, a jego oczy jeszcze mocniej podkrążone, tryskał humorem i zapewniał ją o swoim wyjątkowo dobrym samopoczuciu. Jedyną rzeczą, która przyprawiła ją o chwilowe opadnięcie rąk, był panujący w całym domu, a zwłaszcza w kuchni, potworny bałagan, nad którego usunięciem musiała intensywnie popracować przez pełne dwie godziny. Teraz jednak mieszkanie lśniło już czystością, a towarzyszący jej przy sprzątaniu kolejnych pomieszczeń pan Szczepan, został usadzony w swoim ulubionym fotelu z kolanami nakrytymi lekkim kocykiem.

– No cóż, najważniejsze, że wyprawa się udała – stwierdziła oględnie Iza. – Mam nadzieję, że załatwił pan sobie z tym notariuszem wszystko tak, jak pan chciał?

– Załatwiłem – przytaknął z satysfakcją. – Uporządkowaliśmy wreszcie dokumenty, wszystko zrobił mi tak, jak prosiłem, i nawet pieniędzy za to nie chciał, bo mówił, że z Michasiem między sobą się policzą. Ech… – pokręcił głową. – Toć ja bym zapłacił, ile trzeba, byle tylko trochę mi na kredyt rozpisał… uzbierałbym powoli, bo to dla mnie gardłowa sprawa…

– Ale skoro chcą się rozliczyć sami, to niech się rozliczają – zauważyła Iza, w duchu doceniając ten kolejny cichy gest Majka. – Pan w to nie wnika, panie Szczepciu. Może mają jakiś układ, że liczą się na przysługi, a nie na pieniądze? Pan załatwił swoje i z tego trzeba się cieszyć, a rozliczenia niech pan zostawi młodym, skoro chcą to regulować między sobą.

Pan Szczepan odstawił filiżankę na stolik i pokiwał powoli głową.

– Może i tak – odparł bez przekonania. – Wolałbym sam zapłacić, ale wtedy ten pan musiałby trochę poczekać na całość, a Michaś to taki w gorącej wodzie kąpany… tylko powiedziałem mu dwa słowa, a już wszystko załatwił. Ale może i dobrze, bo to nigdy nie wiadomo, kiedy starego człowieka Pan Bóg z tego świata odwoła, a przecież w dobrej sprawie to robimy… Teraz to i umierać łatwiej będzie, spokojniej… bo to już pewnie niedługo zapuka do mnie kostucha, czas przecież najwyższy.

– Ejże, panie Szczepciu, co też pan opowiada! – żachnęła się Iza. – Jaka znowu kostucha? Pięknie pan wygląda, poza tym sercem żadnych chorób, umysł sprawny jak u młodego, a z sercem też przecież coraz lepiej, skoro tak pan sobie hasa autobusami po mieście… Pożyje pan jeszcze długo i szczęśliwie, o to spokojna głowa.

– A co mi tam po życiu, Haniu… – machnął melancholijnie ręką staruszek. – Ja już nie mam na tym świecie nic do zrobienia. Jedyne, co bym jeszcze trochę chciał, to zobaczyć twoje szczęście… Bo toć przecież już dorosła kobitka jesteś, zaraz jakiegoś dobrego chłopaka sobie znajdziesz, wyjdziesz za mąż, rodzinę założysz…

Iza uśmiechnęła się smutno i w milczeniu pokręciła głową.

– A tak, tak, ja to wiem – zapewnił ją pan Szczepan. – Taka dziewczyna jak ty długo sama nie pobędzie… Ja to aż się dziwię, że już teraz kolejki się do ciebie nie poustawiały, te lekkoduchy pewnie jeszcze nie wiedzą, coś ty za skarb. Tu zresztą mądrego mężczyzny trzeba, żeby się na tobie poznał… i uszanował tak, jak na to zasługujesz… Wiesz? – zniżył konspiracyjnie głos. – Ja tak sobie nawet pomyślałem, że gdybyś ty i… – urwał znacząco, zerkając na nią na wpół podstępnie, na wpół badawczo, po czym zbity z tropu jej niechętną miną, westchnął i znów machnął ręką. – Ale co tam, czy ja stara przekupa jestem, żeby ludzi swatać? Pan Bóg i tak poprowadzi człowieka taką drogą, że co ma być, to będzie… Ja tak tylko sobie myślę, że gdybym tego twojego szczęścia dożył, to sam byłbym taki szczęśliwy, że już by mnie tu nic na tym świecie dłużej nie trzymało. A do wieczności to bym już i teraz z radością poszedł… do mojej Hanusi, co tam na mnie tyle lat czeka…

Zerknął na stojące na komodzie zdjęcie Hani, uśmiechnął się do niej tkliwie, po czym znów przeniósł wzrok na Izę. Jej twarz, o nieobecnym wyrazie, oblekła się teraz owym dziwnym smutkiem, który staruszek widywał u niej czasami, a którego przyczyn ani nie mógł się domyślić, ani nie śmiał pytać, by jej do siebie nie zrazić. Nie mógł wiedzieć, że oto przed oczami jej duszy wyświetliła się jak żywa przedwczorajsza scena sprzed uczelni – widok oddalającej się i znikającej za rogiem sylwetki Michała… jej ukochanego Michała… jedynego na świecie, lecz obojętnego i jakby symbolicznie odwróconego do niej plecami.

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Tom I

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Tom II

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XXIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Dalsze części:

Rozdział XXV (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz