Anabella – Rozdział XXVII (cz. 5)

– Najcenniejszym towarem jest czas – ciągnął Majk, który teraz jakby odżył i nabrał nowej energii w gestach i w głosie. – Za chwilę siadamy z Izą do harmonogramu prac, musimy działać według ścisłego planu, bo inaczej nic z tego nie będzie. Basiu, wy z dziewczynami ustalicie sobie wszystko we własnym gronie, okej? W kuchni bez zmian – spojrzał na stojące w milczeniu kucharki, które odetchnęły z ulgą i pokiwały głowami. – Dostawy z wczoraj muszą wystarczyć na dziś, po południu zróbcie rozpiskę, czego może zabraknąć, i na rano zamówimy telefonicznie transport z zewnątrz. Antek, piwo wczoraj przyjechało?

– Przyjechało, szefie – potwierdził Antek. – Tymek z Jackiem przywieźli… a jakby co, to mogę ich poprosić, żeby wzięli u nas parę dniówek. Mamy kontakt, gadałem z nimi wczoraj i mówili, że w maju są luźniejsi.

– Okej, załatw to – zgodził się szef. – Każde ręce do pracy będą teraz cenne. Jednego z nich możemy częściowo oddelegować do akcji w kiblu, najlepiej tego Tymka… Jacek zajmie się pod twoim nadzorem bieżącą logistyką. Jeden samochód musimy mieć stale pod ręką, ale drugi będzie do dyspozycji. W czwartek mamy dostawę do odebrania, Ćwikliński uprzedzał, że ma zepsute auto i jest uziemiony, obiecałem, że podjedziemy własnym transportem.

– Tak jest, szefie, załatwi się – zapewnił go Antek, po raz kolejny zerkając spod oka na stojącą kilka metrów dalej Karolinę, która, choć niby nie patrzyła na niego, za każdym jego ukradkowym spojrzeniem oblewała się delikatnym rumieńcem. – Zaraz łapię za telefon i dzwonię gdzie trzeba.

– Ja w takim razie muszę usiąść i pomyśleć, co trzeba kupić – oznajmiła Iza, na którą wszyscy natychmiast zwrócili pełen respektu wzrok. – Musimy podjechać do jakiegoś marketu budowlanego i kupić trochę narzędzi i materiałów. Szef niestety będzie musiał liczyć się ze znaczącym wydatkiem – spojrzała na Majka, rozkładając ręce w geście bezradności. – Ale nożem tych płytek nie pokroimy, a kleju nie rozrobimy mikserem…

– Przeżyję to jakoś, Izabello – zapewnił ją z rozbawieniem Majk. – Kupimy, co tylko rozkażesz, ja się na tym nie znam, ale ufam ci po całości. Za chwilę ustalimy szczegóły, Chudy zawiezie cię vanem do marketu, kupicie co trzeba, i uderzamy z buta na ten kibel, szkoda każdej godziny… No dobra, kochani – zerknął na zegarek. – Mamy czterdzieści minut do otwarcia lokalu. Wracajcie na stanowiska i przygotowujcie się do dniówki, Basia i Antek koordynują robotę, a chłopaki punkt dwunasta meldują się u mnie po instrukcje. Jasne?

– Jasne, szefie – zaszemrało posłusznie towarzystwo i pośpiesznie opuściło gabinet, by pod wodzą Basi i Antka na szybko poustalać awaryjne zakresy obowiązków.

Iza wyjęła sobie z szuflady czystą kartkę i usiadła na krześle, by sporządzić listę potrzebnych materiałów i narzędzi. Majk zamknął drzwi za wychodzącymi i odwrócił się powoli do dziewczyny, która, pochylona nad kartką, ze skupioną miną notowała długopisem kolejne pozycje, sięgając do przykurzonej już nieco w tym względzie pamięci. Światło zapalonej na biurku lampki padało na lśniącą zasłonę jej ciemnobrązowych włosów, które, opadając jej na twarz, przeszkadzały w pisaniu. Od czasu do czasu sięgała lewą dłonią, by odgarnąć je za ucho, jednak długi, niesforny kosmyk i tak po kilkunastu sekundach znów wymykał się i opadał jej na policzek.

Wciąż stojący przy drzwiach Majk patrzył w milczeniu na te drobne gesty, a wyraz jego twarzy świadczył o tym, że daleki jest w tej chwili od myślenia o remoncie w męskiej toalecie, harmonogramie prac i zakupie kleju do płytek. Subtelna mgiełka tkliwej melancholii oblekła jego twarz i złagodziła rysy, przez co wyglądał, jakby zatonął w najpiękniejszych, najdroższych sercu wspomnieniach, zaś oczy rozbłysły mu owym jedynym w swoim rodzaju wewnętrznym światłem, które na kilka chwil pozwala dostrzec w źrenicach człowieka odbicie jego duszy.

Wyczuwszy instynktownie na sobie ten wzrok, Iza podniosła głowę i w ostatniej chwili, nim Majk ocknął się z transu, zdążyła dostrzec odmalowujące się na jego obliczu emocje. Odczytując w lot ich sens, uśmiechnęła się do niego swobodnie.

– Chyba najważniejsze rzeczy już mam – oznajmiła, odkładając długopis. – A w drodze jeszcze pogłówkuję, żeby nie zapomnieć o czymś ważnym. Chcesz zobaczyć? – wyciągnęła do niego kartkę z listą zakupów.

– Jasne – szepnął, nadal jakby otumaniony, podchodząc do niej i biorąc papier z jej dłoni. – Dziękuję ci, elfiku. Kupimy wszystko, co zapisałaś…

Pomimo neutralnej treści w jego głosie brzmiało wzruszenie, które Iza słyszała w nim już nieraz, zawsze w tym samym kontekście. Podniosła się od biurka i łagodnie położyła dłoń na jego przedramieniu.

– Myślałeś przed chwilą o niej, prawda? – uśmiechnęła się porozumiewawczo. – No, przyznaj się… Pewnie znowu ci się z nią skojarzyłam?

– Tak – westchnął zmieszany. – Wybacz, Iza, rozkojarzyłem się. Jestem już niby uodporniony na ten gest, ale to światło na twoich włosach… cholera, rozwaliło mnie to. Widzisz, jaki ze mnie sentymentalny kretyn? – uśmiechnął się smutno. – Od miesiąca tego nie miałem, a jedno takie skojarzenie i znowu… Ech, nieważne! – przerwał sam sobie stanowczo, wskazując na trzymaną w dłoni kartkę z listą zakupów. – Nie czas teraz na gadki w trybie terapii, to nie jest dobry moment, musimy zająć się przyziemniejszymi sprawami. Listę mamy, teraz ustalmy, co robimy po kolei, spiszemy to na drugiej kartce i o dwunastej przedstawię chłopakom plan działania na odprawie kiblowych komandosów.

Iza parsknęła śmiechem, cofnęła dłoń z jego ramienia, usiadła z powrotem na krześle i sięgnęła po czystą kartkę i długopis, które ułożyła na blacie vis-à-vis fotela szefa.

– No to siadaj i notuj – zarządziła wesołym tonem, wskazując mu fotel, na którym natychmiast posłusznie usiadł i wziął do ręki długopis. – Rozpiszemy to wszystko z podziałem na role. Ty jako szef będziesz kiblowym komandosem numer jeden… jakby na to nie spojrzeć, noblesse oblige*!


* Noblesse oblige (fr.) – szlachectwo zobowiązuje (francuska maksyma po raz pierwszy użyta na początku XIX wieku przez księcia de Lévis).

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Tom I

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Tom II

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XXIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XXVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXVII (1) (2) (3) (4)

Dalsze części:

Rozdział XXVII (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział XXVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz