Bóg się rodzi, moc truchleje…

Choć Boże Narodzenie dopiero za kilka dni, na świąteczny wpis zapraszam już dziś – po części aby nie przerywać rytmu publikacji kolejnego rozdziału Lodzi Makówkówny, a po części po to, by z takim kilkudniowym wyprzedzeniem wprowadzić na moim blogu atmosferę tych niezwykłych w polskiej tradycji świąt.

Dziś kilka słów mojej osobistej refleksji na temat tej właśnie świątecznej atmosfery. Atmosfery Bożego Narodzenia. Gdzie możemy ją odnaleźć? Czy znajdziemy ją w sklepach przeładowanych ozdobami i pięknymi, świątecznymi dodatkami, które pojawiają się tam już w listopadzie, ledwie ze sprzedaży zejdą zaduszkowe znicze? Czy pomogą nam w tym puszczane ze sklepowych głośników kolędy, które powinny wybrzmiewać nie wcześniej niż z chwilą, gdy narodzi się oczekiwane przez cały adwent Dzieciątko? Czy znajdziemy ją w „magicznie” udekorowanej choince, w przepięknie nakrytym stole, na którym nie zabraknie rozmaitych gadżetów, opłatka i tradycyjnego sianka?

Otóż nie. Tej atmosfery nie będzie, jeśli nie poczujemy jej głęboko w sobie, jeśli nie przeniknie do naszych rodzin w ten jedyny możliwy sposób, który nie ma w sobie nic z „magii”, lecz wynika z czegoś, co nawet nie potrzebuje dodatkowej oprawy – z PRAWDY. Z tej głębokiej prawdy, która od dwóch tysięcy lat dotyka ludzkich serc i dusz… Z prawdy o tym, że Bóg przychodzi na świat w ciele człowieka, w maleńkim ciałku bezbronnego, ubogiego dziecka, że rodzi się w stajence, na sianie, wśród zwierząt, upokarza się i sprowadza swoje Bóstwo do parteru po to, by nam, ludziom, przywrócić godność, by wyrwać nas z okowów śmierci. I robi to z jednego, jedynego powodu – z MIŁOŚCI. W końcu znamy to też ze swojego podwórka, czyż nie? Najbardziej szalone rzeczy w życiu robi się właśnie z miłości…

Miłość Boga do człowieka, przejawiająca się w Jego przyjściu na świat pod postacią dziecka, a jeszcze pełniej we wspominanej w Wielkanoc śmierci Boga dla odkupienia człowieka, jest chyba największą tajemnicą naszej ziemskiej rzeczywistości. Tej rzeczywistości, która odbija (słabym światłem, ale jednak) rzeczywistość pozaziemską, wieczność, do której należy nasza nieśmiertelna dusza… Głęboka miłość człowieka do człowieka (mężczyzny do kobiety, kobiety do mężczyzny, rodzica do dziecka, dziecka do ojca i matki…), owa bezinteresowna miłość gotowa pokonać każdą przeszkodę, byle tylko ukochana osoba była szczęśliwa, to wszak niedoskonałe, lecz jakże piękne odbicie miłości Boga do człowieka! Boga, który stał się człowiekiem po to, by oddać za nas w ofierze swoje ludzkie życie… Czy zastanawiamy się nad tym w wigilijny wieczór? I czy w ogóle w to wierzymy? Czy Boże Narodzenie jest dla nas naprawdę narodzeniem Boga?

To przecież z tego powodu spotykamy się w rodzinnym gronie w ten niezwykły wieczór, jedyny taki w roku. Robimy to, by upamiętnić tamto Wielkie Wydarzenie… Nie zbieramy się wszak przy wigilijnym, a potem świątecznym stole tylko po to, żeby razem zjeść pyszne potrawy, złożyć sobie życzenia, posiedzieć przy mieniącej się lampkami i bombkami choince czy obdarować się gwiazdkowymi prezentami… Owszem, to też jest ważne, bo pogłębia nasze międzyludzkie relacje, pozwala poczuć jedność z najbliższymi. Ale nadal to jest jednak tylko dodatek, tradycja, zewnętrzna oprawa świąt, papierek od cukierka, który pięknie wygląda, lecz sam w sobie nie nasyci naszego apetytu…

Piękna, polska kolęda oparta na całej serii oksymoronów pokazuje, jak pełne paradoksów jest przyjście Boga na ziemię pod postacią małego dziecka. Oto Nieskończony zamknął sam siebie w granicach ludzkiego ciała, Nieśmiertelny przyjął los śmiertelnika, Król Wszechświata narodził się w ubóstwie, w biednej i brudnej stajence… Bowiem w chwili, gdy się narodził, był już przewidziany jako krwawa ofiara za tych, których pokochał na dobre i na złe – czyli za nas, słabych i niewdzięcznych ludzi.

Bóg się rodzi, moc truchleje,
Pan niebiosów obnażony;
Ogień krzepnie, blask ciemnieje,
Ma granice nieskończony.
Wzgardzony – okryty chwałą,
Śmiertelny Król nad wiekami;
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami
.

Cóż masz niebo nad ziemiany?
Bóg porzucił szczęście Twoje;
Wszedł między lud ukochany,
Dzieląc z nim trudy i znoje.
Niemało cierpiał, niemało,
Żeśmy byli winni sami,
A Słowo Ciałem się stało
I mieszkało między nami.


W nędznej szopie urodzony,
Żłób mu za kolebkę dano;
Cóż jest, czym był otoczony?
Bydło, pasterze i siano.
Ubodzy, was to spotkało
Witać Go przed bogaczami,
A Słowo Ciałem się stało
i mieszkało między nami.

Podnieś rękę, Boże Dziecię!
Błogosław Ojczyznę miłą,
W dobrych radach, w dobrym bycie
Wspieraj jej siłę swą siłą.
Dom nasz i majętność całą,
I wszystkie wioski z miastami!
A Słowo Ciałem się stało
i mieszkało między nami.

Wszystkim stałym i przygodnym Czytelnikom mojego bloga życzę zdrowych, radosnych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia spędzonych wśród bliskich osób, a także obfitego zdroju łask i błogosławieństw płynących ze żłóbka Narodzonego. Niech będzie to czas prawdziwej, głębokiej radości i pogłębiania więzi z drugim człowiekiem, zaś pod choinką niech każdy z Was znajdzie coś więcej niż materialne prezenty. Co dokładnie? Na to pytanie niech każdy odpowie sobie sam, gdyż każdy najlepiej wie, czego pragnie i czego potrzebuje najbardziej.

Wesołych Świąt! :))

Źródło: pixabay.com

Powiązane wpisy:

Radosnych świąt Wielkiej Nocy!

Nowy Rok 2020 – podsumowanie i plany

Mizerna, cicha, stajenka licha… i superbohater wszechczasów


Dodaj komentarz