Dlaczego nie jestem fanką współczesnych „Walentynek”?

Dzisiejszy okolicznościowy wpis jest, jak widać, mocno spóźniony (o całe dziesięć dni), ale cóż… tak wypadł mi „przerywnik” na blogu, a mimo wszystko zależy mi na wypowiedzeniu się na tytułowy temat. Za nami lutowe święto pod patronatem św. Walentego, który, chcąc nie chcąc, stał się opiekunem zakochanych, a jako atrybut przyznano mu czerwone serduszko, niekiedy nawet przebite strzałą Amora. Pozwólcie, że rzeknę o tym słów kilka.

Skąd wzięły się Walentynki?

O ile religijny kult św. Walentego (męczennika) sięga czasów średniowiecza, o tyle obchody dnia 14 lutego jako Święta Zakochanych mają dość niejasne źródło. Legenda głosi, że św. Walenty, wspominany właśnie 14 lutego, był pierwszym katolickim duchownym, który pobłogosławił związek chrześcijanki z poganinem (żołnierzem legionistą) i z tego względu otrzymał miano „patrona zakochanych”. Część źródeł przypisuje jednak tradycję walentynkową Luperkaliom, pogańskiemu świętu obchodzonemu w starożytnym Rzymie w dniach 14-15 lutego. Tak czy inaczej – pierwowzór Walentynek sięga wielu wieków wstecz i w obchodach tego święta można by się było spodziewać nie tylko głębokiej treści, ale i bogatej tradycji. Cóż… nie trzeba być ekspertem, żeby stwierdzić, że tak niestety nie jest.

Walentynki na współczesną modłę

Jak wygląda współczesne Święto Zakochanych? Zacznę od tego, że choć na Zachodzie Europy, zwłaszcza w Anglii, jest obecne od dawna, do Polski przybyło stosunkowo późno. Jeszcze trzydzieści lat temu nie było w szkołach popularnego dziś zwyczaju obdarowywania się „walentynkami”, a w sklepach nie dało się znaleźć żadnych okolicznościowych towarów wyprodukowanych na tę okazję. Wielki „bum” na Walentynki przybył do nas wraz z upadkiem komunizmu i otwarciem granic naszego kraju, a także rozpowszechnieniem się Internetu, dzięki któremu świat stał się globalną wioską. Mniej więcej w tym samym czasie w świadomości Polaków pojawiło się inne święto o pogańskiej tradycji, mianowicie Halloween, obchodzone (u nas zazwyczaj tylko w formie bali przebierańców dla dzieci) standardowo w dniu 31 października, czyli w okolicy Święta Zmarłych. Niejednokrotnie obydwa te święta wskazuje się jako przejaw „amerykanizacji” polskiego społeczeństwa, co przejawia się w płytkim i komercyjnym podejściu do tak poważnych tematów jak miłość czy śmierć.

Owo spłycenie i komercjalizacja pięknego stanu zakochania są, w moim odczuciu, rażące, a niekiedy aż niesmaczne. Stosy czerwonych poduszeczek w kształcie serca i z napisem I love you, karteczek z serduszkiem przebitym strzałą czy czekoladek w podobny deseń, które oferują w połowie lutego sklepy (zarówno małe stoiska, jak i hipermarkety) wiążą się oczywiście z naturalnymi prawami handlu – jeśli na czymś można zarobić, to dlaczego z tego rezygnować? Dla handlu, w tym w szczególności dla kwiaciarni, jest to zatem korzystne święto i nie widzę niczego złego w tym, że przynosi dochód poprzez okolicznościowy przemysł, podobnie jak gadżety kibicowskie w okolicach mistrzostw świata czy Europy w piłce nożnej, gdy (przynajmniej chwilowo) występuje w nich drużyna polska. Jednak jeśli spojrzeć na to z punktu widzenia odbiorcy, ów komercyjny wymiar Walentynek, które w założeniu są świętem wesołym, jest de facto… smutny. Dlaczego? Po pierwsze ze względu na potworną infantylizację tego święta, a po drugie z racji sztucznych wymogów społecznych, jakie zostają nam w ten sposób narzucane.

Infantylizacja

O ile w przypadku młodzieży szkolnej nie jest niczym niewłaściwym, że dziewczyna dostaje od chłopaka, z którym „chodzi”, białego misia z czerwonym serduszkiem albo pluszową poduszeczkę w tymże kształcie, o tyle w przypadku ludzi dorosłych ten rodzaj prezentu wydaje się nieadekwatny do okazji, która odnosi się – lub przynajmniej powinna się odnosić – do najgłębszego poziomu relacji międzyludzkiej, jaki tylko może istnieć. Owszem, mamy do dyspozycji też „doroślejsze” prezenty, jak czekoladki w gustownym pudełeczku w formie serca czy oferowaną przez niejedną knajpę „romantyczną kolację przy świecach” w walentynkowy wieczór. Lecz czy tak naprawdę stanowi to jakąś głęboką różnicę? Nadal jest to tylko ta zewnętrzna forma okazania uczuć… i to często społecznie wymuszona, a przez to nienaturalna.

Żeby było jasne – nie twierdzę, że obdarowywanie się przez zakochanych walentynkowymi prezentami jest z gruntu złe. Bo nie jest. Każda okazja do tego, żeby okazać drugiemu człowiekowi swoje uczucie i przywiązanie, jest dobra i potrzebna, a płynące z serca życzenia poparte prezentem zawsze są czymś miłym. Jednak mam wrażenie, że we współczesnej wersji Święta Zakochanych stało się to na tyle obligatoryjne, że zaczyna wywoływać negatywne skutki w psychice (nie tylko) młodych ludzi.

Sztampa a norma społeczna

I tu przechodzę do kwestii narzucenia szkodliwej, moim zdaniem, normy społecznej. Nie każdy wszak lubi ten sztampowy rodzaj wyznawania uczuć, tymczasem tego dnia zwłaszcza panowie zostają postawieni wobec konieczności dostosowania się do wymagań ogółu i podarowania ukochanej przynajmniej kwiatka. Wygląda to naturalnie w przypadku, gdy jest to tylko kolejny pretekst do takiego gestu, jednak jeśli dziewczyna otrzymuje od swojego wielbiciela podarunek tylko raz do roku (drugim tego typu „świętem” jest Dzień Kobiet, jednak tutaj weneruje się wszystkie kobiety, bez podtekstu „zakochania”), to umówmy się – wypada to dość sztucznie. Dlaczego? Albowiem jest to dostosowanie się do wymogu społecznego, podczas gdy powinien to być gest płynący z serca…

W niektórych przypadkach jest jeszcze gorzej, bowiem Święto Zakochanych w formie, jaką znamy, może wpędzać w niepotrzebne kompleksy. Dotyczy to w szczególności młodych ludzi, którzy z nawałem czerwonych serduszek spotykają się w ramach społeczności szkolnej. Psychika młodego człowieka jest bardzo wrażliwa i delikatna (dopiero później twarda walka o byt hartuje jego charakter), a sprawy sercowe są dla niego wyjątkowo istotne. Dla kogoś, kto nie ma jeszcze swojej „drugiej połówki” – choć w tym wieku nieposiadanie chłopaka czy dziewczyny jest rzeczą bardzo normalną i w większości przypadków wręcz zdrową – walentynkowy szał jest trudnym do przejścia doświadczeniem. Ala chodzi z Jackiem, Piotrek „kogoś ma”, Julkę adoruje Michał z siódmej C… a ja jestem sam(a). Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, dla młodego (nie zawsze świadomego) człowieka jest to często wewnętrzny dramat, który takie komercyjno-sztampowe zwyczaje tylko niepotrzebnie potęgują.

Nie lepiej zresztą rzecz wygląda w przypadku tzw. singli, zwłaszcza tych w stosunkowo zaawansowanym wieku, czyli 40-stce. Tu poziom frustracji może być wręcz jeszcze większy niż w przypadku młodzieży ze względu na świadomość nieubłaganie mijającego czasu. Wszędobylskość i komercyjny charakter Walentynek może popychać samotnych ludzi (tak młodych, jak i starszych) do szukania sobie na ten dzień „kogoś” na siłę – byle tylko nie czuć się samotnym, gdy inni świętują przy blasku świec… Najczęściej jednak spędzają ten czas jak zawsze sami, w mylnym przekonaniu, że wszyscy inni odnaleźli swoje szczęście, oni zaś są życiowymi nieudacznikami. Na to bowiem wskazują pozory, nawet jeśli jest to tylko płytka forma.

Czy Święto Zakochanych jest potrzebne?

O ile o Halloween, czyli o praktykach, które notabene nie umywają się do tradycyjnych polskich obrzędów (tzw. „dziadów” opisanych w poetyckiej formie przez Adama Mickiewicza), posiadam jak najgorsze zdanie, o tyle w kwestii Walentynek mam mieszane odczucia. Dlaczego? Dlatego, że całym sercem byłabym za tym, żeby takie święto istniało i pełniło swoją pozytywną rolę, przypominając o tym, jak ważne są relacje międzyludzkie. Jednak gdyby forma tego święta była inna… nie taka płytka, nie taka infantylna i nie taka komercyjna! Pomyślmy na przykład o Dniu Matki, Dniu Babci czy nawet Dniu Kobiet noszącym pejoratywną łatkę „komunistycznego święta” – są one obecne w naszej kulturze od dawien dawna i mają swoją tradycję, która w żaden sposób nie razi. Czy Dzień Zakochanych nie mógłby wyglądać podobnie?

Walentynki są w Polsce relatywnie młodym świętem, lecz niestety forma ich „obchodów” poszła, moim zdaniem, w złą stronę i obawiam się, że tak już zostanie na lata. Wyznanie uczuć odbywające się pod znakiem hipermarketowych czerwonych poduszeczek w kształcie serca z tandetnym napisem I love you, „słodkich” pluszaków i komercyjnych karteczek ze sformułowanymi z góry życzeniami (nie mówiąc już o idiotycznych serduszkach na fb) obdziera najpiękniejszą relację międzyludzką z jej głębi, a w zamian oferuje tylko tandetną „magię”, która rozmywa się szybciej, niż możemy się spodziewać. Myśląc o zakochanych, chciałoby się powiedzieć: Niech Walentynki trwają cały rok! Tak… ale nie TAKIE Walentynki. Bo dopóki Święto Zakochanych będzie mieć taką formę, jaką ma obecnie, ja – niestety – nie będę jego zwolenniczką.

Źródło: pixabay.com

Powiązany wpis:

Kilka słów o miłości codziennej, nie walentynkowej

Inne wpisy z kategorii Ogólne


Dodaj komentarz