Gluś (cz. 5)

Nazajutrz po dwóch pierwszych lekcjach, dzięki ożywionej dyskusji na przerwie śniadaniowej oraz konstruktywnej wymianie grypsów na biologii plan eksperymentu był już szczegółowo ustalony. Decyzja definitywnie zapadła – przedmiotem działań eksperymentalnych miał być Gluś, a ściślej jego uczucia, które należało dowolnie dobranymi metodami doprowadzić do stanu wrzenia (Aneta omal nie spadła z krzesła, gdy sformułowanie to dotarło do niej w formie grypsu), by następnie skłonić go do ich namiętnego wyznania niby w oczy ukochanej, a tak naprawdę prosto w oko ukrytej kamery. Tylko tyle i aż tyle, jak zauważyła Magda, gdyż po bliższej analizie sytuacji okazało się, że już u progu realizacji tego prostego planu piętrzą się niebanalne trudności.

Po pierwsze należało w jakiś niebudzący podejrzeń sposób nawiązać bliższy kontakt z Glusiem, co wbrew pozorom nie było takie proste, jeśli wziąć pod uwagę jego samotnictwo i wyizolowanie oraz nieprzewidywalne reakcje reszty klasy, której na tym etapie nie można było w nic wtajemniczyć.

– Nie ma bata, ktoś się zawsze głośno wygada i spali nam imprezę – stwierdziła zdecydowanym tonem Emilka. – Potem im może powiemy, jak już sprawa się rozkręci, ale na razie ani słowa. I uważajcie, żeby ktoś nie przechwycił naszych grypsów, lepiej je niszczyć od razu, albo w ogóle nie grypsujmy, tylko wszystko omawiajmy ustnie. Oczywiście poza lekcjami możemy pisać smsy i komentować w zamkniętej grupie na fejsie, wieczorem postaram się ją założyć, będziemy tam tylko my we cztery. Pilnujcie tylko dobrze haseł i wylogowania, zwłaszcza w szkole, a smsy od razu kasujcie.

Po drugie do całej sprawy trzeba było od początku podejść niezwykle ostrożnie, żeby przypadkiem nie odstraszyć przedwcześnie nieszczęsnego Glusia. Istniało bowiem duże prawdopodobieństwo, że ten, raz powziąwszy choć najmniejsze podejrzenie co do intencji swej uwodzicielki, zamknie się bezpowrotnie jak żółw w szczelnej skorupie i eksperyment będzie musiał zostać spisany na straty, zanim na dobre się rozpocznie. Realizacja tego punktu pozostawała oczywiście w rękach głównej eksperymentatorki, która – jak można się było z góry spodziewać – będzie się musiała wykazać iście anielską cierpliwością i wyjątkowym wyczuciem sytuacji.

– No to ja się na przykład do tego nie nadaję – oświadczyła stanowczo Magda. – Cierpliwe urabianie Glusia… może nie przesadzajmy. Mila, ja ci mówię od samego początku, że ty to zrobisz najlepiej.

– I co z tego, że ty mówisz? To sobie mów. Już to ustaliłyśmy, ciągniemy losy i koniec. Ta, na którą padnie, ma się dostosować.

– A jeśli padnie na mnie i zawalę akcję?

– To będziesz przez miesiąc za nas wszystkie odrabiała matmę.

– O, to jest dobre! – podchwyciła Aneta. – A nie dałoby od razu i chemii?

– Dałoby się – uśmiechnęła się złośliwie Basia. – Zwłaszcza jeśli ty wygrasz i zawalisz.

– Nie, to może lepiej nie – wycofała się skwapliwie Aneta. – W ogóle najlepiej, jak ustalimy to wszystko dopiero po losowaniu. Ja się już stresuję…

– Czekaj. Jeszcze po trzecie…

– No, co po trzecie?

Po trzecie należało ustalić jakiś rozsądny maksymalny czas trwania eksperymentu. Nie mógł oczywiście trwać za krótko, bo wiadomo, że w takich sprawach pośpiech nigdy nie jest wskazany, w dodatku Gluś mógł się okazać materiałem wyjątkowo opornym, więc niezbędna anielska cierpliwość, przeciw której tak protestowała Magda, wymagała rozsądnego czasu. Z drugiej strony nie mogło to jednak również potrwać zbyt długo, bo zbyt rozwleczona w czasie zabawa zamieniłaby się nieuchronnie w monotonną nudę, poza tym na wiosnę czekała klasę matura, więc aby się niepotrzebnie nie rozpraszać, eksperyment należało zakończyć odpowiednio wcześniej.

– Koniec marca maksymalnie – zawyrokowała Emilka, licząc powoli na palcach. – Czekajcie, mamy początek października, no to listopad, grudzień… styczeń, luty, marzec… wychodzi prawie pół roku!

– E, wystarczy z nawiązką – uznała Magda. – Ja nawet nie sądzę, żeby to tyle potrwało. Albo nasz słodziak wymięknie wcześniej, albo coś nie wypali, albo po prostu nam się znudzi. Do marca to jeszcze ho, ho!

– Najlepiej to by było skończyć przed studniówką – zauważyła Aneta. – Chyba że chcecie ryzykować konieczność pójścia z Glusiem… O, ja nie mogę, litości! Przecież jak już będzie prawie urobiony, a ukochana z głupia frant pójdzie na studniówkę z kimś innym, to cały eksperyment pójdzie w kanał.

– Fakt – przyznała Emilka, spoglądając spod oka na Basię, która na wzmiankę o studniówce zerknęła w stronę Michała stojącego po drugiej stronie korytarza w towarzystwie Maćka i Bartka. – Studniówka jest na początku lutego, więc najlepiej by już wtedy mieć sprawę zamkniętą. Ja sama nie wiem jeszcze, z kim pójdę, ale też bym się nie chciała przyblokować i bez sensu wylądować z Glusiem… Gdyby trafiło na mnie oczywiście. Basia by wolała z Michałem, co nie, Basiu? – dodała podstępnie.

Basia wzruszyła ramionami na znak, że nie ma najmniejszego zamiaru odpowiadać na tak złośliwe i tendencyjne pytania. Gdyby Emilka przyjrzała się uważniej koleżance, spostrzegłaby, że jej wzrok, dziwnie dziś złośliwy, wcale nie zahaczył o Michała, a zatrzymał się na stojącym obok Maćku.

– W każdym razie zobaczymy, jak sprawy będą wyglądały w lutym – ciągnęła Emilka. – Na razie się tym nie przejmujmy, ostateczny koniec eksperymentu to ostatni dzień marca, no, ewentualnie można zahaczyć o prima aprilis… ha, co wy na to? Nawet by pasowało!

– Tak długo to nie potrwa – powtórzyła stanowczo Magda. – Ale niech ci będzie, możemy ustalić deadline na pierwszego kwietnia.

Po przedyskutowaniu jeszcze kilku drobiazgów dziewczyny uznały, że plan ramowy jest wystarczająco precyzyjny, by rozpocząć eksperyment, pozostało zatem wylosować jego główną wykonawczynię. Ponieważ akurat zabrzmiał dzwonek, procedura losowania miała się odbyć na kolejnej przerwie. Do jej przeprowadzenia były już przygotowane cztery jednakowe karteczki, z których trzy były puste, a tylko na jednej widniało efektowne serce przebite strzałą narysowane ołówkiem przez Emilkę. Ołówek został użyty jak najdelikatniej, by na zewnątrz nie było widać ani śladu, zaś dla pewności karteczki miały zostać umieszczone w worku na buty od wu-efu Magdy, tam dokładnie przemieszane i (dla jeszcze większej pewności) losowane z zamkniętymi oczami.

Kiedy tylko skończyła się historia, aby nie wzbudzić niepotrzebnego zainteresowania reszty klasy, dziewczyny przemknęły na drugie piętro i schowały się dodatkowo za załomem korytarza, pod salą od techniki. Podniecenie sięgało zenitu, jak przed losowaniem składu grup w mistrzostwach piłki nożnej albo w kulminacyjnym punkcie rozdania Oskarów w Hollywood.

– Dobra, zaczynajmy! – rzuciła Aneta. – Nie ma co się ceregielić, ja się już i tak trzęsłam z nerwów przez całą historię!

– Ja też – pokiwała głową Magda. – Ze wszystkich was ja się najmniej nadaję do tej akcji, to oczywiste. I właśnie dlatego boję się, że padnie na mnie.

– Oj, przestańcie, każda ma takie same szanse – powiedziała Basia. – Dwadzieścia pięć procent, czyli ani dużo, ani mało. Magda, no dawaj ten worek, na co czekasz?

Losy zostały poskładane każdy w identyczny sposób, następnie komisyjnie umieszczone w worku i kilkukrotnie przemieszane, po czym wszystkie dziewczyny po kolei włożyły rękę do środka i wyciągnęły po jednym.

– No to uwaga, chwila prawdy! – szepnęła Emilka, rozwijając los. – Ja mam pusty!

– Uff, ja też! – odetchnęła z ulgą Aneta.

– Pusty! – wrzasnęła triumfalnie Magda i wszystkie trzy jak na komendę spojrzały na Basię, która milcząco wpatrywała się w wyrysowane na swojej karteczce serce przebite strzałą.

– No cóż – uśmiechnęła się w końcu. – Trafiony zatopiony. Od rana wiedziałam, po prostu czułam szóstym zmysłem, że padnie na mnie.

– Mnie też się zdawało, że to będę ja – zapewniła ją Magda. – Nawet śniło mi się nad ranem, że wyciągnęłam ten los, na szczęście to był tylko sen… No, ale Basiu, tak czy siak, gratulacje!

– Bardzo śmieszne – mruknęła Basia.

– Czyli sprawa jasna – powiedziała z zadowoleniem Emilka, odbierając losy z rąk koleżanek i niszcząc je nad koszem na śmieci. – Mówiłam ci, Magda, że ja nie będę wykonawcą, tylko będę nadzorować akcję, to był mój pomysł i tak powinno być ustalone od samego początku.

– Twój pomysł, ale Glusia to już wymyśliła Basia – zaśmiała się Magda. – Nie żebym chciała być złośliwa…

– Dobra, skończ już – przerwała jej spokojnie Basia. – Wymyśliłam, to mam, wiem. Mówię wam, że od rana czułam, że to będę ja i nawet już zdążyłam się z tym pogodzić… Rozpracuję wam tego Glusia, nie martwcie się.

– A kto się martwi? Pewnie, że rozpracujesz! – zawołała Emilka. – Z taką prezencją to byś diabła wokół palca okręciła, a co dopiero jakiegoś tam Glusia… Za dwa tygodnie będzie ci jadł z ręki!

I dziewczyny roześmiały się, wyobraziwszy sobie wysokiego, przeraźliwie chudego Glusia, zgiętego wpół nad wyciągniętą ręką Basi, na której leżała jakaś przynęta, na przykład kostka cukru.

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

(1) (2) (3) (4)

Dalsze części:

(6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15) (16) (17) (18) (19) (20) (21) (22) (23) (24) (25) (26) (27) (28) (29) (30) (31) (32) (33) (34) (35) (36) (37) (38) (39) (40) (41) (42) (43) (44) (45) (46) (47) (48) (49) (50) (51) (52) (53) (54) (55) (56) (57) (58) (59) (60) (61) (62) (63) (64) (65) (66) (67) (68)


Dodaj komentarz