Gluś (cz. 52)

Piotr wrócił do domu jak automat, nie postrzegając, w jaki sposób wracał, ani ile czasu mu to zabrało. Natychmiast zamknął się w pokoju, gdzie usiadł na brzegu łóżka, oparł łokcie na kolanach i zwiesiwszy głowę, wczepił kurczowo palce we włosy. Skronie mu pulsowały, w głowie huczało, kolejne uderzenia serca były jak bolesne szarpnięcia, które rwały mu wewnątrz tkanki i rozsadzały żyły. To była gra… to było kłamstwo… kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo… Basia, jego idealna, cudowna, najukochańsza Basia kłamała. Oszukała go, zabawiła się nim tylko, zagrała sobie jego kosztem, tak okrutnie i perfidnie go zmamiła, żeby pośmiać się z koleżankami… Ona. Jego Basia. Jedyna i najdroższa. Więc taka była naprawdę…

Nie miał wątpliwości, że to, co usłyszał w szatni, było prawdą. Gdyby ktoś powiedział mu to w oczy, mógłby jeszcze wątpić, bo ludzie różne miewają zamiary. Ale usłyszał to przez przypadek, straszliwy, niewiarygodny przypadek, wszedł przecież do tej szatni tylko na pół minuty… Kilkadziesiąt sekund. Właśnie na te kilkadziesiąt sekund, kiedy padły te słowa. To było fatum, a może zrządzenie Opatrzności, nieważne. Może Bóg chciał go uratować i uciął wcześniej to, co i tak dążyło do katastrofy, prawdopodobnie znacznie gorszej? To też nieważne.

Był pewien, że ten, który mówił w szatni o Basi i eksperymencie, nie mógł sobie tego wymyślić, to było zbyt konkretne, zbyt dobrze układało się w całość. Tak, niestety, zbyt wiele się zgadzało, by mógł się łudzić, że to nieprawda. Któraś z koleżanek Basi musiała opowiedzieć o tym w czwartej A, wkrótce pół szkoły będzie o tym wiedziało, będą sobie opowiadać na przerwach, jaki to świetny dowcip dziewczyny zrobiły temu śmiesznemu Glusiowi…

Tak, Glusiowi. Bo Piotr znów był tylko zwykłym Glusiem. Tak naprawdę nigdy nie przestał nim być, tak mu się tylko wydawało przez te trzy cudowne miesiące, ale „kto Glusiem się urodził, Glusiem i umrze”, jak to kiedyś ujął Grzesiek. Czyż nie było w tym stu procent racji? Jakim nędznym i żałosnym okazał się frajerem… Sam sobie był winien. Zbyt łatwo uwierzył, że może być kimś innym, niż jest, że może zdobyć to, co było nie do zdobycia, sięgnąć gwiazd, które zarezerwowane były dla lepszych od niego… Jak mógł się tak łudzić? Jak mógł choć przez chwilę uwierzyć, że Basia go pokocha? Jak mógł wbrew wszelkiemu rozsądkowi tak strasznie dać się nabrać?

Rozpacz i gorycz upokorzenia paliły go od środka, zatruwały każdą kroplę krwi. Więc ona ani przez chwilę nie była tą, za którą ją miał… Patrzyła na niego powłóczyście tymi swoimi prześlicznymi oczami, uśmiechała się tak słodko i uwodzicielsko, muskała w przelocie jego dłoń, przytulała się niby przypadkiem do jego ramienia, a wszystko to robiła świadomie i z premedytacją po to, żeby go zwieść, omotać i zniszczyć. Wykorzystała każdy swój atut, każdy detal swojej zjawiskowej urody i swego wrodzonego, kobiecego czaru, by wydobyć z niego najskrytsze, podświadome pragnienia, zagrała na wszelkich dostępnych jej klawiszach, by rozpalić w nim ów jedyny w swoim rodzaju ogień, zrobiła wszystko, by bezwarunkowo oddał jej serce i duszę – po to, aby go zdeptać, zmieszać z błotem i ośmieszyć! Zrobiła to, bo tak sobie wymyśliły z koleżankami, bo chciały się rozerwać, bo im się nudziło… nie licząc się zupełnie z tym, co on będzie czuł, jakby był szmacianą lalką czy kawałkiem drewna. Zrobiła to ot tak, dla kaprysu. Eksperyment! Więc był tylko królikiem doświadczalnym, narzędziem, pionkiem w grze, zabawką… I jeszcze ten pomysł z ukrytą kamerką, nagraniem jego najintymniejszych wyznań i wrzuceniem ich w Internet. Nie, tego już nie dało się znieść, to było nie do wybaczenia!

Zadzwonił telefon, który miał w kieszeni. Z początku zignorował to, ale przy szóstym czy siódmym sygnale wyjął odruchowo aparat i spojrzał – dzwonił Artur. Przyszło mu do głowy, że oni tam w szkole przecież nie wiedzą, co się z nim stało, że zastanawiają się, może nawet się martwią, przynajmniej Artur, dobry chłopak… Ale nie miał sił ani odwagi odebrać, trudno, najwyżej później oddzwoni, kiedy już się choć trochę uspokoi. Telefon umilkł, a na pulpicie wyświetliła się informacja o trzech nowych smsach. Otworzył skrzynkę – były od Basi. Przez kilka dłuższych chwil tępo wpatrywał się w literki, które układały się w najdroższe mu na świecie imię.  B…a…s…i…a… Potem otworzył smsy.

Piotrku, gdzie jesteś? Następny: Czy coś się stało? I wreszcie trzeci: Proszę, nie strasz mnie tak.

Niemal zobaczył ją, jak to pisała, jej przestraszone oczy, niepokój na ślicznej twarzy… Ach, nie, nie! To było kłamstwo! To była gra! Pisała to z wyrachowaniem, przecież gra trwała nadal, nie mogła jej zakończyć, skoro nie dostała jeszcze tego, o co jej chodziło… Piotr zagryzł wargi. Postanowił, że utnie krótko rozmowę, wklepał odpowiedź Wszystko w porządku i wysłał, a telefon wyłączył i wrzucił do szuflady. Skoro ona grała, on też będzie grał. Zagra najlepiej, jak umie. Aż do końca.

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części: 

(1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15) (16) (17) (18) (19) (20) (21) (22) (23) (24) (25) (26) (27) (28) (29) (30) (31) (32) (33) (34) (35) (36) (37) (38) (39) (40) (41) (42) (43) (44) (45) (46) (47) (48) (49) (50) (51)

Dalsze części:

(53) (54) (55) (56) (57) (58) (59) (60) (61) (62)


Dodaj komentarz