„Gluś” – podsumowanie

Wczorajszy dzień był dla mnie, że tak powiem, historyczną chwilą. Zakończyłam publikowanie na blogu mojego pierwszego tekstu, czyli powieści pt. Gluś. Dziś kilka słów podsumowania tego przedsięwzięcia – albowiem skoro pokusiłam się o jego wprowadzenie, wypada sformułować również konkluzję.

O powieści i jej publikacji post factum

Tekst nie jest długi, zawiera tylko około 50 tysięcy słów. Podzieliłam go na 68 części, które odpowiadają mniej więcej podziałowi z oryginalnej (ciągłej) wersji, tyle że niektóre dłuższe fragmenty dzieliłam na blogu na pół, żeby nie przeciążać pojedynczych wpisów.

Jak już wspomniałam w innym miejscu, nie jest to może utwór, za który dałabym się pokroić, zwłaszcza że był pisany już jakiś czas temu, jednak przyznaję, że czuję do niego osobisty sentyment. To taka moja „powieść-rozgrzewka”, którą potraktowałam trochę jako poligon do ćwiczenia stylu – krótka i prosta w konstrukcji fabuła, z nieco schematycznymi postaciami i zapewne wieloma niedopracowanymi szczegółami, ale co tam… Jak na „pierwsze koty za płoty” i tak mogło być gorzej, prawda?

Jeśli chodzi o czas, opublikowanie całości (w regularnym rytmie) zajęło mi pełne trzy miesiące. To ani dużo, ani mało, właściwie w sam raz, biorąc pod uwagę to, że publikacja w odcinkach daje możliwość dokładnego czytania i poprawienia każdego fragmentu tekstu, do czego prawdopodobnie nie miałabym motywacji, gdybym przekazała go do rąk Czytelnika en bloc.

Dlaczego wyjęłam Glusia z szuflady? Po pierwsze dlatego, że spośród tekstów, jakie dotąd napisałam, jest to pierwsza rzecz, której się nie wstydzę. Po drugie dlatego, że zwyczajnie lubię tę historię i jej bohaterów. A po trzecie… no cóż, trzeci powód jest bardziej prozaiczny – potrzebowałam jakiegoś niezbyt długiego tekstu, na którym mogłabym się pouczyć blogowania. Co prawda na blogu zamieściłam już sporo wpisów „niepowieściowych” (w kategoriach Ogólne, Warsztat pisarza i Recenzje), ale skoro swemu miejscu w sieci nadałam taki, a nie inny tytuł, uznałam, że noblesse oblige i wypada od samego początku publikować tu również jakąś próbkę utworu literackiego.

Inna rzecz, że chciałam sprawdzić, czy blogowanie w ogóle mi się spodoba, dlatego musiałam zacząć od niezbyt zobowiązującego tekstu – a Gluś znakomicie spełniał ten warunek. Dziś już wiem, że odnajduję się w sieci jako bloger-amator i że ta działalność sprawia mi wielką frajdę. Dlatego uznając, że eksperyment (nomen omen) się udał, kolejne moje teksty mam zamiar również stopniowo zamieścić na blogu w całości. Pojutrze startuję zatem z moją kolejną powieścią, o której jutro opowiem więcej w osobnym wpisie – a tymczasem za moich obecnych i przyszłych Czytelników wypiję dziś pyszną kawę. Powiem Wam w tajemnicy, że żaden inny napój niż ten nie nastraja mnie lepiej ani do czytania, ani do pisania!

Źródło: unsplash.com

Powiązane wpisy:

„Gluś” – moja pierwsza powieść na blogu

„Lodzia Makówkówna” czyli romans humorystyczny – zapowiedź


Dodaj komentarz