Lodzia Makówkówna – Prolog (cz. 2)

Pomijając ten jedyny poważniejszy przypadek niefortunnej kombinacji genów, pozostali mężczyźni zaszczyceni przynależnością do rodu Makówków zachowywali się przyzwoicie, jak mawiała Babcia, i tak już pewnie na zawsze dręczona wyrzutami sumienia za wydanie na świat odszczepieńca. Jej honor ratowała młodsza córka Zosia, czyli Mamusia Lodzi, wzorowa Makówka z energicznym charakterem i tupetem godnym swoich przodkiń, honorowo kontynuująca rodzinne zwyczaje i wydana za mąż według reguł i zaleceń tradycji.

Z całym szacunkiem dla Tatusia, dobrego człowieka, który muchy by nie skrzywdził, nie posiadał on ani jednej trzeciej takiego charakteru jak wuj Edward, choć ogólnie był mężczyzną o przyjemnym i budzącym zaufanie wyglądzie. Zarabiał całkiem nieźle w tej samej od dwudziestu pięciu lat pracy w lubelskim Urzędzie Miasta, gdzie był cenionym za swoje doświadczenie i sumienność księgowym, a ponieważ z natury był łagodny i ugodowy, nie narzekał na swe spokojne życie pod pantoflem Mamusi. W przypadku tej ostatniej mocne, rodowe cechy charakteru, które Edziowi nie mogły ujść na sucho, były jak najbardziej pożądane, miała po prostu szczęście urodzić się tak, jak należało – czyli dziewczynką.

Lodzia również miała to szczęście. Była jedynym i dość późnym dzieckiem swych rodziców, bowiem Mamusia, mimo że za mąż wyszła bardzo młodo, miała jakieś zdrowotne komplikacje, które wymagały operacji i powstrzymania się z planowaniem rodziny na kilka ładnych lat. Lodzia urodziła się zatem jako długo wyczekiwane, ukochane dziecko i jednoosobowo reprezentowała najmłodsze pokolenie, gdyż Ciotka Lucy, czyli siostrzenica Babci i kuzynka Mamusi, pochowała lata temu swego chorowitego męża, nie doczekawszy się potomstwa. O dwóch tajemniczych synach wuja Edwarda nikt poza Lodzią chyba nawet nie myślał – oni, jak ich ojciec, nie należeli już do rodziny. Jasne więc było, że wszystkie nadzieje rodu były pokładane w Lodzi jako jedynej namaszczonej kontynuatorce rodzinnych tradycji i kamieniu węgielnym dla przyszłych generacji.

Był z nią jednak poważny problem – za dużo w genach odziedziczyła po Tatusiu. O ile bowiem fizycznie dość wiernie wpisywała się w rodzinny kanon urody, o tyle z jej charakterem od początku było nie najlepiej. Jako dziecko była nieśmiała i lękliwa, co nieraz doprowadzało Mamusię do szewskiej pasji, nie były to bowiem cechy dobrze widziane u przyszłej pani domu, której głównym zadaniem miało być rządzenie twardą ręką i bezwzględne trzymanie męża pod pantoflem.

W późnej podstawówce poddano zatem Lodzię metodycznemu praniu mózgu, mającemu wszczepić jej w charakter odpowiedni tupet, asertywność i stanowczość, wyrobić w niej wysoką odporność na stres oraz nauczyć odwagi cywilnej. Podjęte w tych celach intensywne wysiłki Wielkiej Triady najpierw omal nie doprowadziły jej na skraj nerwicy, następnie wywołały (przyjętą z pewnym nawet zadowoleniem) fazę buntu, kiedy to musiała swoim zachowaniem przypominać wyrodnego wuja Edwarda, wreszcie zupełnie przestały przynosić efekty, gdyż dziewczyna uodporniła się na wszelkie rodzinne fanaberie, zachowując wobec nich zdrowy dystans.

Pozornie cel został osiągnięty, Lodzia nabrała więcej siły woli i stanowczości, jednak w głębi duszy pozostała tym samym łagodnym i delikatnym stworzeniem, jakim się urodziła. Jej nietypowe dla rodu Makówków krytyczne spojrzenie na świat oraz wrodzone poczucie humoru pozwalały jej balansować bezpiecznie na cienkiej granicy między posłuszeństwem rodzinie (która w gruncie rzeczy bardzo ją kochała z wzajemnością), a realizacją własnych planów i pragnień, które znacząco odbiegały od wizji, jaką na temat jej życia i przyszłości miała Wielka Triada.

Najsłodszym marzeniem dziecięcych lat Lodzi było bycie przeciętną. Chciała po prostu być jak inne dziewczynki, móc robić to co one, wyglądać tak jak one, nie wyróżniać się. Bo Lodzia zawsze się wyróżniała… tylko nigdy nie tak, jak mogłaby sobie tego życzyć. Zacznijmy od imienia – Leokadia. Lodzia! Odkąd pamiętała, jej imię, zwłaszcza w zdrobnieniu, za którym sama nigdy nie przepadała, budziło zdziwienie, a ksywka „Lodziara”, jaką rówieśnicy ochrzcili ją w podstawówce i która przylgnęła do niej na ładnych kilka lat, dla nieśmiałego i wrażliwego dziecka była źródłem głębokiego cierpienia. Dopiero w wieku nastoletnim przestała się przejmować uwagami na ten temat i zaakceptowała swoje staroświeckie imię, tym bardziej, że w liceum uznano je za bardzo oryginalne, a niektóre dziewczyny wręcz jej go zazdrościły.

Drugim rysem, który zawsze wyróżniał ją w szkole, był jej wygląd. Obowiązkowy długi warkocz, niemodne sukienki i pantofelki o fasonie z epoki króla Ćwieczka sprawiały, że od pierwszych lat podstawówki Lodzia wyraźnie odstawała od grupy rówieśników, co siłą rzeczy wywoływało mniej lub bardziej złośliwe komentarze koleżanek i kolegów. Ci, choć z biegiem czasu przyzwyczaili się do jej oryginalnej aparycji, niewątpliwie aż do ostatniej klasy nie przestali uważać jej za rodzaj egzemplarza z innej planety. Do szkoły nie wolno jej było nosić innej fryzury niż warkocz, żadnych upięć, koków, a już pod żadnym pozorem rozpuszczonych włosów, które z racji swojej ponadprzeciętnej długości mogłyby, zdaniem Mamusi i Babci, niebezpiecznie się poplątać i ulec unicestwieniu, gdyby nie chronił ich ów bezpieczny splot. Spodnie, zwłaszcza „te ordynarne dżinsy”, odpadały całkowicie, gdyż „dziewczyna ma się ubierać po dziewczęcemu, a nie robić za chłopaka”, dopuszczalne były tylko dresy i szorty na lekcje WF-u, ale i to niechętne ustępstwo majestatu Wielkiej Triady względem systemu edukacji niezbyt ratowało Lodzię, zważywszy, że owe dresy i szorty wiernie imitowały krojem reformy Ciotki Lucy.

Jak można się domyślić, do liceum Lodzia poszła z duszą na ramieniu. Na swoje szczęście trafiła jednak do klasy, która była zbieraniną młodych, buntowniczych charakterów o otwartym spojrzeniu na świat, więc jej pensjonarski warkocz i nietypowy sposób ubierania się nikogo ani nie zaszokował, ani do niej nie zraził. Skoro Amelia mogła wyglądać jak hipiska i trzy razy w miesiącu farbować włosy na intensywne kolory, a Rafał występować na co dzień w kompleksowym stroju fana muzyki heavy metal, nieco trącący staroświeckością wygląd Lodzi (doskonale wszak pasujący do jej oryginalnego imienia) został uznany za innego rodzaju odsłonę młodzieńczego buntu i nader ciekawy sposób kreowania własnego stylu. Lodzia nie miała zamiaru wyprowadzać nikogo z błędu, choć w głębi duszy nadal pragnęła być zwykłą, szarą nastolatką w dżinsach, adidasach i prostym, kolorowym t-shircie.

(c.d.n.)

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1)

Dalsze części:

Prolog (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz