Lodzia Makówkówna – Prolog (cz. 3)

W połowie pierwszej klasy, uznawszy w swej naiwności, że marzenia są po to, by je spełniać, po wielu wyrzeczeniach uzbierała z kieszonkowego na dżinsy, które kupiła sobie w tajemnicy przed Mamusią i postanowiła nosić tylko w szkole. Dżinsy były piękne w swojej zwyczajności, do tego bardzo wygodne i leżały na niej świetnie. Najpierw nosiła je w plecaku i codziennie przebierała się w nie w toalecie przed lekcjami, by przed samym wyjściem do domu zamienić je z powrotem na długą spódnicę, jednak system ten szybko zaczął ją męczyć. Torba, w której nosiła książki (oczywiście musiała to być torba-listonoszka, a nie zwykły plecak, który Mamusia uznawała za niestosowny), i tak ledwo mieściła rzeczy potrzebne do szkoły, dżinsy wypychały ją dodatkowo do granic wytrzymałości, a noszenie przez cały szkolny dzień zwiniętej spódnicy kończyło się tym, że po lekcjach wyglądała ona jak wyjęta psu z gardła. Lodzia postanowiła zatem zmienić strategię i w dżinsy ubierać się już w domu, podwijając ich nogawki pod kolana tak, by nie wystawały spod narzuconej na wierzch spódnicy, którą na czas lekcji zostawiała na wieszaku w szkolnej szatni.

Niestety, pewnego zimowego dnia, wychodząc z domu do szkoły, poślizgnęła się niefortunnie w drodze do furtki na alejce, której Tatuś nie zdążył jeszcze wysypać piaskiem, i wyrżnęła spektakularnego szczupaka z nogami w górze, odsłaniając zakazany widok podwiniętych pod kolana dżinsów, które zdradziecko wychynęły spod spódnicy. Ponieważ czujne spojrzenie Ciotki Lucy i Babci jak zawsze odprowadzało ją przez okno kuchni, zbrodnia natychmiast się wydała, a awantura, która wynikła z tego powodu, pozostała w pamięci Lodzi jako jedna z tych najbardziej niezapomnianych.

Okazało się jednak, że – zgodnie ze znanym przysłowiem – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W obronie ukochanych dżinsów Lodzia uruchomiła wszelkie pokłady odwagi, jakie posiadała, oraz te zasoby asertywności, które od lat próbowała w niej skumulować Wielka Triada. Pyskówka, jaką przy tej okazji odstawiła, wywołała zatem tak piorunujące wrażenie (pomieszane z rodzajem satysfakcji), że łaskawie pozwolono jej chodzić do szkoły w dżinsach i t-shirtach, a nawet zamienić torbę-listonoszkę na zwykły plecak. Co prawda w kwestii fryzury nie było mowy o ustępstwach, Mamusia nie chciała słyszeć ani słowa o podcięciu choćby o milimetr blond włosów Lodzi, które były już wówczas długie do połowy ud i w istocie bardzo piękne, jednak wywalczona krwią i blizną wolność w kwestii ubioru na tyle wystarczała młodej buntowniczce, że porażkę na polu uczesania łyknęła bez problemu. Ponieważ tak długie włosy rzeczywiście najwygodniej było jej nosić w warkoczu, zaplatała go pokornie i bez protestów, czasami tylko zwijając go dla fantazji w niski kok na karku.

Sprawiało to, że od drugiej klasy liceum Lodzia wyglądała w szkole jak całkiem przeciętna nastolatka, a staroświeckie długie spódnice oraz eleganckie suknie z falbanami wisiały w jej szafie już tylko na potrzeby rodzinnych spotkań i uroczystości. Mimo to ów długi warkocz i eteryczna, jeszcze niemal dziecięca uroda nadal wyróżniały ją spośród rówieśników i przydawały jej subtelnego wdzięku w stylu retro, z którego sama nawet nie zdawała sobie sprawy. Rodzina z dumą patrzyła na postępujący rozkwit jej urody, na którą oprócz nadnaturalnie długiego i bujnego blond warkocza składały się ujmująco delikatne rysy twarzy, bez charakterystycznego dla Makówkówien zaciętego wyrazu ust (niewątpliwie zneutralizowanego przez wpływ genów łagodnego jak baranek Tatusia), a także intensywnie niebieskie oczy, których błękitne tęczówki okolone były nieco ciemniejszą obwódką nadającą im niezwykłej wyrazistości.

Jako że pod koniec trzeciej klasy, w kwietniu, Lodzia skończyła osiemnaście lat i klasę maturalną rozpoczęła we wrześniu już jako osoba pełnoletnia, dyscyplina, w jakiej trzymała ją od dzieciństwa Wielka Triada, znacząco się rozluźniła i dziewczynie, przyjętej oficjalnie do grona dorosłych, pozostawiono więcej swobody, zwłaszcza jeśli chodzi o wyjścia z domu i spotkania z przyjaciółmi. Co prawda nadal z przyzwyczajenia wypytywano ją skrupulatnie o wszystko, jednak nie musiała już walczyć o każde wyjście do koleżanek i wracać obowiązkowo przed zmrokiem. Zważywszy jednak, że rzadko spotykała się z kimś innym niż ze swoją najlepszą przyjaciółką, nie nadużywała tych nowych przywilejów i na dobrą sprawę niewiele w jej życiu się zmieniło, pomijając rosnące lawinowo zagęszczenie obowiązków związanych z maturą i aktywnościami narzuconymi jej przez Wielką Triadę.

– Tak, pani Emilio – do uszu Lodzi, która po kolacji wracała po schodach do swojego pokoju na pierwszym piętrze, dobiegł głos rozmawiającej przez telefon Mamusi. – Oficjalny początek o osiemnastej, ale zapraszam pół godziny wcześniej, omówimy sobie jeszcze szczegóły… Słucham?… A tak, skoro pani taka miła… czerwone wino do toastu jak najbardziej… Taka okazja! Planujemy podać ciasto, mam nadzieję, że syn lubi sernik i makowiec?… Tak, naturalnie, my też zadbamy o odpowiedni strój. Pierwsze wrażenie jest przecież najważniejsze, w końcu nie bez przyczyny mówi się o miłości od pierwszego wejrzenia… to może przesądzić o wszystkim… Oczywiście, pani Emilio… i ja mam taką nadzieję.

Lodzia pokręciła z rezygnacją głową i wzruszywszy lekko ramionami, udała się do swojego pokoju z zamiarem pouczenia się do klasówki z geografii.

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2)

Dalsze części:

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz