Lodzia Makówkówna – Rozdział I (cz. 1)

Julka, najlepsza przyjaciółka Lodzi, z którą chodziły do jednej klasy w liceum, mieszkała w jej dzielnicy domków jednorodzinnych, zaledwie kilka przecznic dalej, w związku z czym ze szkoły wracały razem tym samym autobusem. Z wyglądu Julka była całkowitym przeciwieństwem Lodzi, mianowicie ognistą brunetką o czarnych oczach i mocno śniadej cerze. Dodatkowym jej atutem był cięty język, który Lodzia bardzo doceniała, gdyż – rozmiłowana w literaturze i najsubtelniejszych meandrach języka ojczystego – od małego uwielbiała elokwentnych i inteligentnych rozmówców.

Niestety, wielką słabością Julki była skłonność do zakochiwania się w chłopakach, z których jak dotąd żaden jeszcze nie odwzajemnił jej uczuć. Po okresie wzdychania do Piotrka z sąsiedniej klasy, a następnie do starszego o dwa lata Damiana, który po maturze zniknął ze szkoły i musiał zostać siłą rzeczy spisany na straty, przyszedł czas na trwający wciąż epizod płomiennej miłości do Mateusza, kolegi z klasy, żywionej już od ponad pół roku i niestety jak dotąd standardowo nieodwzajemnionej. Rozmowy na jego temat zajmowały dziewczynom większość czasu spędzanego razem, gdyż Lodzia, jak dotąd wolna od sercowych rozterek, mogła całą swą uwagę poświęcać namiętności Julki.

Jednak tego dnia to problemy Lodzi, a nie jej przyjaciółki, zajęły pierwsze miejsce w rozmowie rozpoczętej na przystanku w drodze powrotnej ze szkoły.

– No coś ty! – wykrzyknęła Julka. – Przecież to jest jakieś średniowiecze!

– Gorzej – mruknęła Lodzia, przetrząsając gorączkowo kieszenie i plecak w poszukiwaniu rękawiczek. – W średniowieczu wszyscy tak robili, więc to przynajmniej wyglądało normalnie.

– Ale zgłupiały chyba, z kim one chcą cię wyswatać?

Lodzia machnęła ręką z rezygnacją.

– Żebym to ja wiedziała… W sobotę po Wszystkich Świętych mają mi przedstawić jakiegoś kandydata, organizują nam podwieczorek zapoznawczy.

Julka prychnęła śmiechem.

– Ej, no słuchaj, a może akurat? – podchwyciła wesoło. – Nikt ci jeszcze nigdy nie wpadł w oko, więc może ten ci paradoksalnie przypasuje?

– Jasne – uśmiechnęła się Lodzia. – Już ja znam ich gust, nie bój się. One specjalnie szukają egzemplarza, który będzie się dobrze nadawał pod pantofel. Myślisz, że próg tego domu może przestąpić normalny facet? Zapomnij.

– No, ale czekaj, nie przesądzaj, najpierw go dobrze obejrzyj – poradziła jej Julka. – Wiesz, że różne rzeczy się zdarzają, piorun może cię trzasnąć znienacka tam, gdzie się go najmniej spodziewasz. Może akurat coś przeoczyły i chłopak jest normalny?

Lodzia rzuciła jej pobłażliwe spojrzenie świadczące o tym, że nie podziela bynajmniej tego optymizmu, po czym wzruszyła ramionami i zajęła się zakładaniem odnalezionych wreszcie rękawiczek.

– No dobra – ciągnęła zachowawczo Julka. – A co o nim wiesz? Ile ma lat?

– Nie mam pojęcia. Ciocia wspomniała tylko, że jest studentem.

– Czyli jest starszy od nas.

– To na pewno – zgodziła się. – Ale nie wiem, co studiuje i na którym roku… ani nic poza tym. Nawet nie wiem, jak ma na imię.

– Tajemniczy rycerz – uśmiechnęła się znacząco Julka.

Lodzia spojrzała na nią jak na wariatkę i popukała się palcem w czoło.

– Pewnie taki z niego rycerz jak ze mnie matematyk. Już mama z babcią potrafią zadbać o odpowiedni profil charakterologiczny… Ale trudno, tak czy siak muszę wziąć udział w tej farsie, bo mi spokoju nie dadzą. Najgorsze, że przez to całą sobotę będę mieć skopaną – westchnęła z żalem.

– Czyli co, rozumiem, że od razu was zaręczą? – zażartowała Julka.

– Aha – uśmiechnęła się Lodzia. – A za tydzień ślub. No coś ty, Jula, ja właśnie mam nadzieję, że nie będą forsować, tylko dadzą mi trochę czasu na tak zwany rozwój uczucia. Liczę na chociaż rok świętego spokoju, dopiero potem się zacznie, jak już będą się zbliżać moje dwudzieste urodziny. Akurat skończę kursy gospodarcze, znaczy nie, przepraszam… mój kompleksowy kurs przygotowawczy do małżeństwa. Na razie mam pretekst, że jeszcze nie jestem gotowa, chociaż osiemnaście lat skończone, więc odpowiedni wiek już osiągnęłam – zaśmiała się, odrzucając na plecy swój długi warkocz.

– Ale jazda! – szepnęła z rozbawieniem Julka.

– Myślałam, że odczepią się, jak nie będzie na horyzoncie żadnego kandydata – ciągnęła wesoło Lodzia. – I zadbałam o to, żeby go nie było. Ale teraz widzę, że wcale im nie przeszkadza moja bierność w szukaniu męża i biorą sprawy w swoje ręce.

– Ty, ale z tego przecież mogą być niezłe jaja! – zawołała Julka. – Jak to się rozkręci, to będzie można boki zrywać… O żesz! – dodała, bo właśnie mocny podmuch wiatru zerwał jej z szyi zbyt luźno zawiązaną apaszkę, która pofrunęła jak kolorowy motyl i zawirowała na ziemi pod nogami stojącego na przystanku tłumu.

Jedna z osób stojących na przystanku rzuciła się natychmiast na ratunek apaszce – był to znany im ze szkoły Szymon z sąsiedniej klasy maturalnej, którego od lat często tu spotykały, gdyż jeździł do domu w tym samym kierunku, choć innym autobusem. Chłopak skoczył ofiarnym susem, podniósł apaszkę i przyniósł ją Julce.

– Cześć, dziewczyny. Widzisz, Jula, znowu coś zgubiłaś… Ja ostatnio tylko chodzę za tobą i zbieram różne fanty.

– Cześć – uśmiechnęła się Julka, biorąc chustkę z jego ręki i natychmiast wiążąc ją sobie na szyi. – Dzięki. Rzeczywiście, ostatnio coś mi wszystko z rąk leci…

Zaśmiali się wszyscy troje na wspomnienie sytuacji sprzed kilku dni, kiedy to na długiej przerwie Julka, smarując sobie ręce kremem, upuściła go tak niefortunnie, że okrągłe opakowanie poleciało po szkolnym parkiecie aż pod schody, stoczyło się na nie i odbijając się od kolejnych stopni, spadło wprost pod nogi wchodzącego na górę z kolegami Szymona.

– No nic, lecimy, podjeżdża nasz autobus! – rzuciła Julka. – Dzięki, Szymek, jakby co, to liczę na ciebie i następnym razem! – zaśmiała się, puszczając do niego porozumiewawcze oko.

Wskakująca za nią do autobusu Lodzia pochwyciła biegnący za przyjaciółką dziwny wzrok chłopaka, jednak już w następnej chwili zapomniała o tym, usiłując znaleźć sobie miejsce w straszliwym ścisku, jaki panował wewnątrz pojazdu. Była godzina szczytu i autobus był tak przeładowany, że przez całą drogę nawet nie mogły porozmawiać. Dopiero kiedy wysiadły na przystanku przy swoim osiedlu, mogły wrócić do przerwanego wątku.

(c.d.n.)

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog: (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział I (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz