Lodzia Makówkówna – Rozdział I (cz. 10)

Przenikliwy wzrok bandziora jednak nieco ją peszył. Starała się więc unikać jego oczu, co w sytuacji, w jakiej się znajdowali, nie było wcale łatwe, i z całej siły skupiała się na wykonywanych czynnościach, jakby ćwiczyła opatrywanie ran na szmacianej lalce pani Bednarkowej. A jednak… to był żywy człowiek i prawdziwa krew, pod palcami czuła ciepłą, szorstką skórę na policzku… Kiedy na moment nieuważnie zahaczyła wzrokiem o jego ciemne oczy, poczuła nagle coś dziwnego, jakby krótki i ulotny, podskórny dreszcz, który przebiegł jej od karku aż po pięty.

„Uwaga!” – pomyślała z zaniepokojeniem, odwracając oczy. – „Coś tu iskrzy, do cholery… Bez numerów, to jest jakiś stary dziad!”

– Muszę to panu zdezynfekować – oznajmiła poważnie, lejąc na gazę rozcieńczoną jodynę.

Już miała przytknąć mu to do rany, ale zatrzymała się.

– Będzie szczypało – ostrzegła.

– W porządku – odparł bandzior tonem człowieka w pełni pogodzonego ze swoim losem.

– Będzie bardzo szczypało – powtórzyła z naciskiem. – I przysięgam, że jeśli pan wrzaśnie, wbiję panu te nożyczki prosto w serce!

Bandzior zrobił przez moment minę, jakby z trudem udało mu się powstrzymać od śmiechu, ale powściągnął się i zachował powagę.

– Nie wrzasnę – obiecał. – Słowo harcerza.

Lodzia przyłożyła mu ostrożnie jodynę do rany. Drgnął, zacisnął mocno powieki i zęby, a twarz wykrzywiła mu się w grymasie cierpienia, wytrzymał jednak, nie wydając z siebie najlżejszego dźwięku.

– Faktycznie, szczypało jak diabli – przyznał z nieskrywaną ulgą, kiedy Lodzia zakończyła dezynfekcję rany.

– To dla pana dobra – wyjaśniła mu uprzejmie. – Po tej szmacie do podłogi jeszcze by się pan nabawił jakiegoś zakażenia…

– Ale już mi to nie grozi, prawda? – uśmiechnął się nieopuchniętą połową twarzy. – Zdaje się, że jestem w dobrych rękach.

Lodzia wzruszyła tylko lekko ramionami, zdjęła skrwawione rękawiczki i nieco już uspokojona przyklejała mu szybkimi ruchami opatrunki, starając się skupić całą swoją uwagę na ich równym i solidnym mocowaniu. Udało jej się chwilowo zatamować krew pod kilkoma warstwami gazy i szczelnych plastrów, ale wiedziała, że to tylko prowizorka.

– Ma pan rozcięty łuk brwiowy – oznajmiła mu, mocując na wierzchu ostatni, największy plaster. – Musi pan pojechać gdzieś na szycie, tego się inaczej nie zatamuje, opatrunki niedługo się przesączą. Urządził się pan tak, że ja tu za wiele nie zwojuję… No, już. Więcej nic nie mogę zrobić.

Bandzior słuchał w milczeniu, nie spuszczając z niej uważnego wzroku. Kiedy skończyła, podniósł się powoli z krzesła i ostrożnie dotknął ręką opatrzonego miejsca.

– Dziękuję – powiedział cicho. – To nieoceniona przysługa. Czy pani jest pielęgniarką?

– Nie – uśmiechnęła się mimo woli. – Dopiero zdaję maturę w tym roku.

– Ach, maturę! – szepnął, jakby zaskoczony.

– Tak, czy coś pana w tym dziwi? – spojrzała na niego z lekką urazą.

– Rzeczywiście, bardzo młodo pani wygląda – przyznał bandzior, przyglądając jej się ciągle z tą samą wytężoną uwagą.

„Co on się tak gapi?” – pomyślała, znów czując, że robi jej się nieswojo. – „To jest aż nieuprzejme… No, ale okej, zgoda, ma prawo się dziwić. Wyglądam dzisiaj jak dziewiętnastowieczna panna Fruzia na balu karnawałowym, takich okazów nie spotyka się na co dzień na ulicy.”

– No i co ja teraz z panem zrobię? – zapytała retorycznie, rozkładając ręce. – Droga odcięta, drzwi na dole zamknięte, a najgorsze, że nie wiem, czy dam radę zdobyć klucz…

– Coś się wymyśli – odparł uspokajającym tonem bandzior. – Znajdziemy jakieś konstruktywne rozwiązanie, proszę się nie martwić. Ja się właśnie cały czas przyglądam i przysłuchuję, bo powiem szczerze…

– Lodziuuuuu! – przerwał mu donośny ryk z dołu.

Sądząc po odgłosach dobiegających zza drzwi, Ciotka Lucy gramoliła się właśnie po schodach na górę. Bandzior spojrzał na Lodzię pytająco, ona na niego ze zgrozą.

– Cholera jasna! – wyszeptała w nagłym zdenerwowaniu. – Niech to szlag trafi!

– Lodziu, co ty tam robisz tak długo? – zasapała Ciotka Lucy pod drzwiami.

Pociągnęła za klamkę. Lodzia na ułamek sekundy zamarła w przerażeniu, usiłując przypomnieć sobie, czy na pewno dobrze zamknęła drzwi, ale te na szczęście nie ustąpiły.

– Przebieram się – rzuciła, starając się zachować spokojny ton głosu. – Zaraz zejdę.

– Ale ileż ty się tam możesz przebierać, drogie dziecko? – jęknęła Ciotka. – Załóżże cokolwiek, przecież czekamy na ciebie z toastem… I otwórz te drzwi, po co ty się tam zamykasz?

– Dobrze, ciociu, jeszcze chwilka – odparła mechanicznie, patrząc w zdumieniu na bandziora, który zgasiwszy w tym momencie stojącą na biurku lampkę, otworzył bezszelestnie okno, wychylił się mocno przez nie i z uwagą rozglądał się na boki.

– No to pośpiesz się, pośpiesz, Lodziu, goście się niecierpliwią – zamamrotała uspokojona już chyba Ciotka Lucy i zrezygnowawszy z pociągania za klamkę, poczłapała z powrotem w dół po schodach. – I zgaś światło na klatce, jak zejdziesz! – zakomenderowała jeszcze z okolic półpiętra.

– Oczywiście, ciociu! – odkrzyknęła pojednawczo Lodzia.

Przez cały ten czas nie odrywała oczu od poczynań bandziora, który cofnął się już z powrotem do pokoju, odwrócił się i spojrzał na nią spod swojego wielkiego opatrunku. Zważywszy, że drugie oko miał podbite, w półmroku wyglądał jak zombie albo ufoludek.

– Tu jest krata od dzikiego wina – szepnął konspiracyjnie.

Lodzia zrozumiała w lot. To był w istocie bardzo inteligentny pomysł. Na zewnętrznej ścianie budynku, po specjalnie skonstruowanej przez Tatusia drewnianej kracie pięły się imponujących rozmiarów pędy dzikiego wina. Lubiła je bardzo, na wiosnę i w lecie cieszyły bowiem oczy swą soczystą zielenią, zaś w początkach jesieni mieniły się przecudną feerią kolorów, od bladej żółci aż po intensywną czerwień i szlachetny fiolet. Obecnie liście opadły na zimę, więc na ścianie pozostały tylko nagie pędy, spod których rzeczywiście wychylała się niewidoczna w innych porach roku krata. Nigdy nie pomyślała, że można by ją potraktować jako awaryjną drogę ewakuacyjną, dlatego tym bardziej doceniła pomysł bandziora. Był jednak jeden problem – zupełnie nie znała parametrów wytrzymałościowych kraty, to było tylko drewno, i to wystawione latami na działanie kapryśnych warunków atmosferycznych. Bandzior był szczupły, ale sporo od niej wyższy i nieźle zbudowany, na oko ważył z osiemdziesiąt kilo, nie było więc żadnej pewności, czy krata wytrzyma jego ciężar.

– Poradzi pan sobie? – zapytała bez przekonania.

W tym momencie niesforna wyobraźnia podsunęła jej przed oczy mrożącą krew w żyłach scenę – bandzior z hukiem spadający z łamiącej się kraty wprost do babcinego ogródka, nadziewający się na sterczące tam gęsto paliki od pomidorów, leżący na grządce ciężko ranny lub, kto wie, nawet martwy, zależy, gdzie by sobie wbił ten palik… Biegnąca do ogródka rodzina, tłocząca się wokół niego w najwyższej zgrozie, zamieszanie, wzywanie pogotowia, a potem straszny, pytający głos Mamusi: „Looodziuuu?!!!”.

– Wie pan co, może jednak lepiej nie – zatrzymała go szybko. – Jeszcze pan stąd zleci.

– Spokojnie – odparł z rozbawieniem. – Dawno już nie ćwiczyłem wspinaczki, odświeżę sobie przy okazji umiejętności. Co prawda bez zabezpieczenia ma się tylko jedną szansę… Ale nawet gdybym spadł, obiecuję, że przed śmiercią nie wrzasnę.

– Bardzo śmieszne – mruknęła Lodzia, z trudem powstrzymując uśmiech.

(c.d.n.)

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Dalsze części:

Rozdział I (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz