Lodzia Makówkówna – Rozdział I (cz. 11)

Bandzior przełożył jedną nogę przez parapet, próbując wyczuć punkt oparcia po drugiej stronie. Chyba go wyczuł, bo właśnie miał się na nim mocniej wesprzeć i szykował się do przerzucenia drugiej nogi, ale zatrzymał się jeszcze na chwilę w pozycji okrakiem na parapecie. Spojrzał na nią w ciemnościach na wpół porozumiewawczo, na wpół przepraszająco.

– Dziękuję pani… Lodziu – powiedział, schylając lekko głowę w geście uprzejmego ukłonu. – Widzę, że naprawdę narobiłem kłopotów, i zapewniam, że jest mi z tego powodu bardzo wstyd. Jeszcze raz przepraszam panią za to niestosowne najście i za mój naganny brak manier.

Lodzia spojrzała na niego zdziwiona tą niespodziewaną kurtuazją, jak i niskim, przyjemnym dla ucha tembrem jego głosu. Pochwyciła przy tym spojrzenie podbitego oka, na dnie którego znów zaigrały wesołe iskierki, i ku swemu niezadowoleniu po raz drugi poczuła przez moment ten sam delikatny dreszcz biegnący jej po karku.

– Opatrunek już się panu przesącza – zauważyła wymijająco. – Niech pan uważa na tej kracie, ja naprawdę nie wiem, czy to się nie złamie…

– Dam radę – zapewnił ją spokojnie bandzior.

Przerzucił przez parapet drugą nogę i zwiesił się za okno już w całości. Oparty nogami na kracie, przytrzymując się rękami parapetu i ramy okna, przechylił się na bok i spojrzał uważnie w dół, badając teren pod kolejne etapy tej nietypowej drogi ewakuacji. Już miał zacząć schodzić, ale zawahał się jeszcze, spojrzał na nią i jakby coś sobie przypomniawszy, na powrót podciągnął się wyżej.

– Przepraszam, że tak zapytam jeszcze z ciekawości… – zagadnął. – Lodzia to jest zdrobnienie od czego?

Lodzia rzuciła mu mordercze spojrzenie. Było to jedno z najbardziej znienawidzonych przez nią pytań. Wszyscy, dosłownie wszyscy, którzy po raz pierwszy słyszeli zdrobnienie jej imienia, zawsze musieli o to zapytać.

– Od Leokadia – odparła chłodno. – Wygodnie tak panu w tej pozycji wiszącej?

– Leokadia – powtórzył w zamyśleniu. – Ładne, stare imię. Miałem w rodzinie ciotkę Leokadię… Tylko nikt jej akurat nie nazywał Lodzią, mówiliśmy na nią Lea.

Lodzia skamieniała na chwilę. Bandzior nie mógł sobie w żadnym wypadku wyobrazić, w jak czuły punkt niechcący trafił. Lea… jakie ładne, eleganckie zdrobnienie! I tak całkowicie naturalne przy jej imieniu!

– Tyle że dzieci nazywały ją ciocią Leją – dodał z uśmiechem, który znów wykrzywił mu obitą twarz. – A to już nie było zbyt uprzejme.

– I tak chyba wolałabym być Leją niż Lodzią – westchnęła. – Zdrobnienie Lea bardzo mi się podoba… Ale niechże pan już schodzi, przecież mnie tu zaraz oskalpują! – ocknęła się. – Tylko niech pan się nie zrypie z tej kraty, błagam!

Bandzior natychmiast przystąpił z powrotem do działania.

– Oczywiście, przepraszam. Jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc. Do widzenia, pani Leokadio.

– Do widzenia – odparła, wychylając się za nim ostrożnie.

Patrzyła w napięciu, jak zsuwa się po kracie, starając się nie robić hałasu. Na szczęście okno jej pokoju wychodziło na tyły domu, czyli na przeciwną stronę niż okna salonu, w którym obecnie przebywało całe towarzystwo, jednak odetchnęła z ulgą dopiero, gdy bezpiecznie zeskoczył na ziemię. W półmroku widziała, że przemknął jak kot przez babcine grządki, chwycił się gałęzi jabłoni rosnącej w rogu ogródka, podciągnął się na niej na rękach i przy jej pomocy wylądował na krawędzi ogrodzenia. Spojrzał jeszcze w górę, kiwnął do niej ręką, zeskoczył po drugiej stronie i natychmiast zniknął w ciemności.

Dopiero wtedy cicho zamknęła okno i odwróciwszy się, ze zgrozą popatrzyła na leżące na biurku makabryczne rekwizyty pozostałe po opatrywaniu rany. Najbardziej efektowna w tym wszystkim była zakrwawiona ścierka do podłogi… Trzeba to było natychmiast posprzątać! A potem piorunem lecieć do salonu!

W pośpiechu zgarnęła wszystko z biurka, wrzuciła prowizorycznie na dno szafy, otworzyła drzwi i wybiegła na schody. Na półpiętrze przypomniała sobie w samą porę, że wraca na dół w poplamionej sukni, którą przecież miała zmienić, zawróciła więc w popłochu, wpadła do pokoju, wyrwała z szafy pierwszą lepszą sukienkę i zaczęła się szybko przebierać. W połowie zakładania nowej kreacji uświadomiła sobie, że jej morelowy kolor gryzie się tragicznie z turkusowymi pantoflami, które pasowały wyłącznie do tej poprzedniej, jednak po chwili zawahania machnęła na to ręką i skupiła się na skomplikowanej sekwencji wygibasów, które musiała wykonać, aby samodzielnie zapiąć sobie na plecach zamek błyskawiczny. Nie dość, że przeszkadzał jej w tym długi warkocz, tak ściśle zapleciony przez Ciotkę Lucy, że pomimo przerzucania go do przodu uparcie wracał na swoje miejsce na plecach, to dodatkowo zamek zacinał się i blokował na tyle, że drżące ze zdenerwowania i pośpiechu palce nie mogły sobie z nim poradzić.

– Lodziuuuu! – zabrzmiał znów groźny ryk na dole.

Tym razem to była Mamusia i Lodzia wiedziała, że teraz już nie może przeholować. Spocona, trzęsąca się z nerwów, z zapiętym tylko do połowy zamkiem błyskawicznym na plecach, ze zmierzwionym lekko warkoczem, w turkusowych butach wściekle gryzących się z morelowo-łososiowym kolorem sukienki, zeszła wreszcie na dół.

Wszyscy zamilkli wobec ponownego, efektownego wejścia do salonu głównej bohaterki wieczoru, której wciąż ożywiona rumieńcem zdenerwowania twarz wzbudziła dyskretny niepokój Wielkiej Triady. Oczywiście nie uszło uwadze dziewczyny, że Mamusia piorunuje ją wzrokiem, Babcia jest u progu zawału serca, a Karol gapi się na nią z półotwartymi ustami, jednak nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. W tej bowiem sekundzie pochwyciła coś znacznie gorszego – krytyczne i niezadowolone spojrzenie teściowej in spe. Spojrzenie to niemal fizycznie uderzyło ją w twarz, pomyślała przelotnie, że teściowe są zdecydowanie jednym ze słabszych wynalazków cywilizacji i… w mgnieniu oka zebrała się w garść. Zagrała w niej wreszcie ambicja i poczucie rodowego honoru Makówków, uznała, że dosyć tego, żadna paniusia nie będzie jej dyscyplinować wzrokiem w jej własnym domu!

– Przepraszam, musiałam się przebrać – powiedziała z godnością, zajmując z powrotem swoje miejsce. – Przykro mi, że musieliście na mnie czekać tak długo, mam jednak nadzieję, że moja nieobecność nie sprawiła nikomu kłopotu.

– Ależ skąd, ależ skąd, Lodzieńko – odparła szybko Ciotka Lucy, usiłując zagadać beztrosko niezręczną sytuację. – Po prostu czekaliśmy na ciebie z toastem…

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Dalsze części:

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)


Dodaj komentarz