Lodzia Makówkówna – Rozdział I (cz. 2)

– No dobra, Lodźka, ale jak one sobie wyobrażają, że cię do tego zmuszą? – zapytała wesoło Julka. – Zaręczą cię z nim na siłę, a potem końmi zaciągną do ołtarza?

– Nie wiem, jak one to widzą, ich sprawa – wzruszyła ramionami Lodzia, zakładając z powrotem zdjęte w autobusie rękawiczki. – Ależ zimno się zrobiło, nie? Dobrze, że wzięłam rano te rękawiczki… Ja o takich rzeczach jak małżeństwo nie mam zamiaru myśleć co najmniej do skończenia studiów i będę im to musiała w końcu uświadomić. Będzie oczywiście awantura, gorzej niż o te moje dżinsy w pierwszej klasie, ale cóż, trudno… Na razie wolę mieć spokój, więc się nie rzucam, pomartwię się tym, jak już naprawdę postawią mnie pod ścianą. To są w sumie niegroźne wygłupy, i tak mnie do niczego nie zmuszą. Głowę tylko zawracają, jak zwykle.

– Ale muszą mieć przecież jakiś plan zastępczy na wypadek, gdybyś nie chciała się podporządkować – zauważyła rozbawiona Julka.

– E, nie sądzę. One myślą, że od razu się w nim zakocham, wiesz, tak sama z siebie.

– Kto wie? – uśmiechnęła się Julka.

– Oj, Jula, przestań – machnęła ręką Lodzia. – Przecież wiesz, że mnie to w ogóle nie bierze. Chyba mam jeszcze blokadę. Oczywiście im to zupełnie nie przeszkadza, są z góry przekonane, że ich kandydat na pantoflarza z miejsca powali mnie na łopatki. A ja tylko tracę czas… Już mam wystarczająco dużo tych ich kursów, do tego matura, a one mi jeszcze będą organizować podwieczorki zapoznawcze. Kręćka można dostać!

– No, ale co chcesz, taki pantoflarz to niegłupia sprawa, może mieć swoje dobre strony – zażartowała Julka, trącając ją lekko łokciem. – Taki byłby grzeczny, fajniutki, mogłabyś nim sterować, robiłby, co byś mu kazała…

– Jasne! – parsknęła śmiechem Lodzia. – O niczym innym nie marzę jak o sterowaniu jakimś patałachem! Zresztą to by wcale tak nie wyglądało, Jula. On robiłby nie to, co ja bym mu mówiła, tylko to, co one by mu kazały. Pomyśl, kto zarządza kasą? Przecież to jakiś student, sam jeszcze nie zarabia, a kto płaci, ten rządzi, nie? Moja mama, jego mama… brr, teściowa! Nawet nie chcę o tym myśleć. Już wolę, żeby mi moja własna ględziła za uszami o tym staropanieństwie. To zdecydowanie mniejsze zło.

Nowy pomysł Wielkiej Triady już nawet nie tyle ją denerwował, co napełniał ją rezygnacją. Od ponad roku zapobiegliwe kobiety przygotowywały jedyną córę rodu Makówków do przyszłego zamążpójścia, wysławszy ją na cztery praktyczne kursy: dziergania na drutach i szydełkowania, przygotowywania przetworów domowych, udzielania pierwszej pomocy oraz oszczędnego gospodarowania rodzinnym budżetem. Kursy te były prowadzone (każdy raz w tygodniu) przez zaprzyjaźnione sąsiadki i zorganizowane indywidualnie dla Lodzi na prośbę Mamusi. Dziewczyna uczestniczyła w nich bez protestów, uznawszy, że po pierwsze nie ma sensu marnować energii na wykłócanie się o bzdury i lepiej zachować ją na poważniejsze okazje, a po drugie, obiektywnie rzecz ujmując, każda z tych umiejętności rzeczywiście była bardzo praktyczna i kiedyś mogła jej się przydać.

Tak było na przykład z kursem pierwszej pomocy prowadzonym przez panią Bednarkową, emerytowaną pielęgniarkę z Czeremchowej dwanaście. W początkowym mniemaniu Lodzi ćwiczenie sztucznego oddychania i opatrywania ran na szmacianych lalkach wnuczki sąsiadki wyglądało absurdalnie, ale kiedy któregoś dnia Tatuś, z którym akurat była sama w domu, skaleczył się dość poważnie przy przycinaniu żywopłotu, a ona szybko i sprawnie zatamowała krew i opatrzyła mu ranę, korzystając z przećwiczonych na kursie schematów, doceniła szczerze tę umiejętność i przestała się buntować nawet w duchu.

Na rozkaz Babci, która uznała, iż panna na wydaniu powinna – jak za dawnych, dobrych czasów – wykazywać się wszechstronnym obyciem światowej damy, edukacja została uzupełniona o kurs tańca towarzyskiego. Ponieważ sąsiadki na szczęście akurat na tym się nie znały, Lodzia została skierowana do mieszczącej się w sąsiedniej dzielnicy profesjonalnej szkoły tańca, w której (również raz w tygodniu) pod okiem zawodowego instruktora opanowywała tajniki walca, tanga, rumby, cha-cha i fokstrota. Tu trzeba zaznaczyć, że choć z początku była załamana niedorzecznością tego pomysłu, z czasem coraz bardziej zaczęła się w to wciągać, a w ostatnich miesiącach brała udział w lekcjach już z przyjemnością, która rosła wraz z jej umiejętnościami tanecznymi.

Faktem było niemniej, że uczestnictwo w kursach poważnie obciążało jej plan dnia, i tak już wypełniony po brzegi szkołą, więc choć starała się do całej sprawy podchodzić z humorem, myśl o kolejnych aktywnościach i atrakcjach, jakie miała zamiar zapewnić jej Wielka Triada, wywoływała na dnie jej duszy naturalny odruch buntu.

– Nie wiem, dlaczego ja zawsze muszę być taka nienormalna, Jula – westchnęła, kopiąc czubkiem buta jakąś starą, rozpłaszczoną na chodniku łupinkę od kasztana. – One mnie kiedyś nerwowo wykończą. Nie ma opcji, żeby raz na dwa miesiące nie wymyśliły czegoś genialnego, a ja muszę tylko dyplomatycznie odpierać ataki i minimalizować straty.

– Dobra, na razie poczekaj do soboty – poradziła jej Julka. – Jeśli ten chłopak nie jest całkiem do bani, to może jeszcze na tym zyskasz… Ha! Ale pomyśl tylko! – zawołała nagle z nutką złośliwości w głosie. – Grzelo przecież się załamie, jak dowie się, że masz narzeczonego!

Lodzia rzuciła przyjaciółce lodowate spojrzenie.

– Jula, prosiłam, żebyś nie mówiła mi o nim, kiedy wracamy do domu. Już mi wystarczy, że muszę znosić go w szkole.

– Jak wam wyszła dzisiejsza rozmowa na osobności? – zaśmiała się Julka.

– Oj, weź daj spokój, nawet mi nie przypominaj…

Grzelo, wysoki, rudawy blondyn o zresztą całkiem przystojnej twarzy, był kimś w rodzaju klasowego pajaca, który jednych kolegów bawił, innych zaś irytował swoim spontanicznym zachowaniem, niewyparzoną gębą i ciągłym podpadaniem nauczycielom. Lodzia była początkowo w grupie, którą to bawiło, jednak w trzeciej klasie szybko zmieniła front, gdyż właśnie wtedy Grzelo zaczął niespodziewanie wykazywać coraz większe zainteresowanie jej osobą. Był przy tym tak szczery i wylewny, że wkrótce cała szkoła wiedziała, iż Grzelo kocha się na zabój w Lodzi, co oczywiście niezwykle bawiło towarzystwo.

Romantyczny adorator wielokrotnie prosił swą bogdankę na stronę (co za każdym razem wywoływało na korytarzu wielki wybuch wesołości), by za jakimś załomem korytarza albo za palmą stojącą pod oknem holu wyznawać jej swe płomienne uczucia. Zainspirowany niewątpliwie przysłowiem o kropli drążącej kamień, zupełnie nie przejmował się tym, że odpowiedź Lodzi była zawsze jednoznacznie negatywna i zresztą z góry wiadoma. Dziewczyna dość już miała tłumaczenia swemu nieszczęsnemu zalotnikowi, że choćby na głowie stanęła, nie jest w stanie odwzajemnić jego namiętności, nie docierały do niego żadne argumenty, nie pomagał ani poważny ton rozmowy, ani asertywna złość i foch. Choć niejednokrotnie i w coraz mniej wybrednych słowach kazała mu się odczepić, on nadal upierał się przy swym wiernym uczuciu, budząc tym w klasie czwartej A z jednej strony wielki ubaw, z drugiej jednak już po pewnym czasie szczere współczucie dla Lodzi.

– Ale ty wiesz co… to jest myśl! – zawołała w olśnieniu Julka. – Jak już będziesz wiedziała, jak ma na imię ten twój kandydat, rozgłosimy w szkole, że jesteś zaręczona, i będziesz miała Grzela z głowy!

Lodzia zatrzymała się na środku chodnika i popatrzyła na nią z uznaniem.

– Niegłupie, Jula – przyznała. – O tym nie pomyślałam… Taki parawan nie byłby od rzeczy, miałabym wreszcie święty spokój.

– I na studniówkę by ci się przydało – dodała Julka. – Grzelo jeszcze cię nie zapraszał?

– Jak to nie? Już z pięć razy – machnęła ręką Lodzia. – Masz rację… to brzmi całkiem logicznie. Przecież to jasne jak słońce, że mama każe mi iść na studniówkę z tym ich kandydatem, a to jest w sumie bardzo wygodne rozwiązanie! Nawet jeśli okaże się, że ten chłopak to jakaś fujara… Miałam i tak rozejrzeć się za kimś neutralnym do towarzystwa, bo Grzelo by mi nie dał żyć, a tu patrz, akurat mi się trafia.

Podbudowana nieco tą wizją, jaśniej pomyślała o całej sprawie i uzbroiwszy się metodycznie w odpowiednią dozę poczucia humoru, postanowiła rzeczywiście spokojnie poczekać do soboty. Na wieczór był zaplanowany uroczysty podwieczorek, na którym miał jej zostać przedstawiony tajemniczy kandydat na narzeczonego, o czym Wielka Triada poinformowała ją zaledwie wczoraj. Podekscytowane kobiety nie powiedziały jej jednak o nim niemal nic (Lodzia podejrzewała z rozbawieniem, że chodziło o wywołanie w niej tym głębszego zaintrygowania jego osobą), za to zajęły się pełną parą przygotowywaniem imprezy, omawiając w szczegółach wykwintne menu i czyszcząc na lustro srebrne łyżeczki do herbaty z rodzinnej zastawy.

(c.d.n.)

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1)

Dalsze części:

Rozdział I (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz