Lodzia Makówkówna – Rozdział I (cz. 4)

Oficjalna prezentacja przyszłego adoratora Lodzi miała się odbyć o osiemnastej w salonie. Na pół godziny przed ceremonią sprowadzono już tam jego osobę, kategorycznie zabraniając córce rodu schodzenia na dół, by przypadkiem nie ujrzała go przed czasem.

– Jasne, ciociu, umieram z ciekawości – odburknęła niechętnie Lodzia na wylewne wyjaśnienia Ciotki. – Normalnie chodzę po ścianach…

Ciotka Lucy otrzymała bojowe zadanie nieodstępowania jej na krok, zapewne na wypadek, gdyby dziewczyna, wiedziona naturalną, kobiecą ciekawością, zakradła się w okolice salonu, by podejrzeć niespodziankę przez dziurkę od klucza. Tajemniczy kandydat siedział tam pod pieczą swej matki, a przyszłej teściowej Lodzi, która przy wytwornym apéritif* rozmawiała z Babcią i z Mamusią, snując świetlane wizje na temat przyszłości młodej pary.

Ciotka zajęła się tymczasem pracochłonnym zaplataniem dobieranego warkocza z długich włosów Lodzi. Warkocz ów, niejednokrotnie uwieczniany na fotografiach panien Makówkówien, które Lodzia znała z rodzinnych albumów, stanowił majstersztyk fryzjerskiej finezji i pleciony był na najważniejsze uroczystości rodzinne. Wycierpiawszy podczas tej operacji istne męki, gdyż Ciotka przez ponad kwadrans bez pardonu ciągnęła ją za włosy, dziewczyna miała już serdecznie dość upojnego podwieczorku, zanim ten w ogóle się rozpoczął.

Decyzją komisji składającej się z Mamusi i Babci ubrana była dziś w długą, welurową suknię w kolorze turkusowym, która co prawda świetnie podkreślała obcisłym krojem górnej części jej zgrabną sylwetkę, a kolorem jej wyraziste, niebieskie oczy, lecz z racji okazałych falban zdobiących jej dolną część, była ciężka i niewygodna przy chodzeniu. Lodzia nie miała jednak wyboru – dbająca o jak najkorzystniejszą prezentację córki Mamusia nie akceptowała dziś w tej kwestii ani słowa dyskusji i na uroczysty wieczór młoda Makówkówna musiała posłusznie przeistoczyć się w dziewiętnastowieczną pannę na wydaniu. Znosiła to ze stoicką rezygnacją, choć nie bez podskórnej irytacji, a jedynym pocieszeniem było dla niej to, że w poniedziałek opowie wszystko Julce i będą mogły razem się z tego pośmiać.

Wreszcie nadeszła chwila zejścia na dół i poznania tajemniczego królewicza.

– Sama zobaczysz, jaki jest przystojny – szepnęła zachęcająco Ciotka Lucy, wpychając Lodzię dyskretnym gestem do salonu.

Pokój był dziś wyjątkowo wypełniony ludźmi. Zazwyczaj większe uroczystości odbywały się w kameralnym gronie najbliższych członków rodziny, czasami dopraszano tę czy inną sąsiadkę, ale takiej wystawnej imprezy jak dziś Lodzia dawno w tym domu nie widziała.

Na kanapie siedziały dwie najważniejsze persony, mianowicie Mamusia jako pani domu oraz jej główny gość czyli teściowa in spe**, kobieta ani na pierwszy, ani na drugi rzut oka nie budząca zbyt ciepłych uczuć. Sucha, koścista, z zaciętym wyrazem twarzy świadczącym o tym, że rządzi w swoim domu twardą ręką, trzymała w dłoni filiżankę, z której popijała herbatę drobnymi łyczkami, zwijając usta w wykwintny rulonik. Na ustawionym tuż obok fotelu zasiadła Babcia, zaś po drugiej stronie długiego stołu, na skromnie umieszczonych pod oknem krzesłach przycupnęli dwaj panowie, czyli Tatuś Lodzi, szczupły mężczyzna o łagodnej twarzy i delikatnie już siwiejących jasnych włosach, oraz ojciec dzisiejszego kandydata, człowiek przysadzisty, flegmatyczny i, sądząc po zachowaniu, wyjątkowo małomówny. Obydwaj siedzieli spokojnie, zajęci wymianą grzecznościowych półsłówek, zaś ich głównym zadaniem było nieprzeszkadzanie w prowadzonej przez żeńską bojówkę ceremonii.

Kandydat na narzeczonego został umieszczony na krześle obok swej matki, prawdopodobnie po to, by mogła mieć go nieustannie na oku. Siedział tam sztywno wyprostowany, grzeczny, uprzejmy i wyraźnie znudzony… Był to nieco wyższy od Lodzi, przystojny chłopak w wieku studenckim, o regularnych rysach twarzy, piwnych oczach i ciemnoblond włosach, które krótko ścięte z tyłu, z przodu opadały mu w niesfornych falach na czoło. Ubrany był w elegancki, jasnoszary garnitur, w którym prezentował się znakomicie, a w całej swej postawie wykazywał pewien dystyngowany spokój świadczący o dobrym wychowaniu i opanowanych zasadach savoir-vivre’u.

Na widok Lodzi wchodzącej do salonu w eskorcie Ciotki Lucy wszyscy obecni zerwali się na równe nogi. Atmosfera stała się tak gęsta i nadęta, że boleśnie dał się odczuć brak fanfar na powitanie królewny na wydaniu, to jednak zdenerwowanej dziewczynie akurat nie przeszkadzało. Wszystkie spojrzenia natychmiast spoczęły na niej, czego bardzo nie lubiła, ale na co od paru dni była gotowa, postanowiwszy znieść te męczarnie ze stoickim spokojem.

– Jesteś, Lodzieńko! – ucieszyła się Mamusia, podchodząc szybkim krokiem do córki i pociągając ją stanowczym gestem w stronę chłopaka i jego matki. – Bardzo proszę, pani Emilio, to jest właśnie Lodzia, moja córka.

Lodzia ukłoniła się grzecznie i podała rękę swej potencjalnej teściowej, która uścisnęła ją lekko samymi końcówkami zimnych palców, przyglądając jej się krytycznym wzrokiem.

– A to jest Karol – dodała słodko Mamusia, wskazując na chłopaka. – Poznajcie się, moi drodzy.

Lodzia dopiero teraz spojrzała na młodego dżentelmena, wcześniej zarejestrowawszy jego obecność tylko kątem oka. Pierwsze spojrzenie, jakie wymieniają między sobą młodzi ludzie odmiennej płci, nie zawsze przesądza o ich dalszych losach, w tym jednak przypadku wydawało się ono decydujące. Już w pierwszej sekundzie Lodzia wiedziała, że przystojniak ten, choć bez wątpienia sympatyczny, serca jej skraść nie może… Była to intuicja, która towarzyszyła jej od zawsze i ujawniała się w momentach, gdy po raz pierwszy widziała danego osobnika płci przeciwnej – a okazji do spojrzenia w męskie oczy miała przecież mnóstwo. W szkole chłopaków nie brakowało, niektórzy z nich byli równie przystojni jak ów Karol, jednak jeszcze nigdy dotąd serce mocniej jej nie zabiło na widok żadnego z nich. I tym razem nie było inaczej.

Wydawało się przy tym, że pierwsze wrażenie Karola było podobne – spojrzał na nią, owszem, z zaciekawieniem, ale na jego obliczu nie było widać objawów uderzenia pioruna typowych dla chwil, gdy strzała Amora gwałtownie przeszywa ludzkie serce. Choć dziewczyna była śliczna i w swej turkusowej sukni prezentowała się uroczo, prawdopodobnie nie była w jego typie, a ten rodzaj argumentu nie pozwala się zbić w żaden sposób, choćby cały sztab swatek stawał na głowie, by wzniecić w młodych sercach kontrolowane uczucie.

Skonstatowawszy ze spokojem w duszy ten falstart, Lodzia uśmiechnęła się czarująco (ku zadowoleniu obserwującej ją Wielkiej Triady) i pozwoliła uprzejmemu dżentelmenowi ucałować szarmancko swą dłoń (prawidłowe wykonanie tej operacji śledziła z kolei jego matka), a następnie poprowadzić się do stołu.

– Lodzieńko kochana, ponalewaj herbatki – odezwała się dobrotliwym tonem Mamusia. – A potem ukrój ciasta.

Lodzia posłuchała, wiedząc doskonale, że prośba ta ma celu zaprezentowanie przed Karolem, a zwłaszcza przed jego matką, jej dobrego wychowania i umiejętności prowadzenia domu. Nalała herbaty do filiżanek ze skrupulatnością aptekarza i podała ją każdemu wystudiowanym, pełnym dystynkcji gestem, łapiąc przy tym zadowolone spojrzenie Babci. Starała się poruszać i zachowywać bez zarzutu, choć w głębi duszy czuła się nie jak córka gospodyni, lecz jak wystawiony na sprzedaż koń, który na wybiegu ma zaprezentować potencjalnym kupcom swoje możliwości.

„Niezła akcja” – pomyślała, starając się nie tracić dobrego humoru. – „Jak powiem Juli, na jakim targu niewolnic musiałam wystąpić, to chyba pęknie ze śmiechu. Lodzieńko, ponalewaj herbatki… Lodzieńko, ukrój ciasta… Co prawda ten Karol wygląda całkiem sympatycznie, kto by pomyślał. Za to ta teściowa… brr!”

Matka Karola siedziała sztywno na brzegu krzesła, trzymając w dłoniach filiżankę z herbatą i dyscyplinując syna wzrokiem, który po Lodzi przesuwał się z kolei krytycznie, choć nie bez satysfakcji. Drobna, delikatnej urody dziewczyna o modrych oczach i jasnoblond włosach splecionych w długi, dobierany warkocz, ubrana w wystawną suknię podkreślającą krojem jej szczupłą talię i kształtny biust, lekko zarumieniona z wrażenia, lecz sprawnie nalewająca herbatę i z dystynkcją serwująca ciasto, wydała jej się widać odpowiednia jako przyszły obiekt sterowanych uczuć jej niezrównanego syna.

(c.d.n.)

——————————————————————————————————————-

* apéritif (fr. / od łac. aperire – otwierać) – napój alkoholowy podawany przed posiłkiem w celu pobudzenia apetytu.

** in spe (łac.) – w (spodziewanej) przyszłości; określa coś co ma wkrótce nastąpić, lub kogoś, kto ma uzyskać jakąś godność, stanowisko.

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział I (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XIX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14)

Rozdział XX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)


Dodaj komentarz