Lodzia Makówkówna – Rozdział I (cz. 8)

Lodzia znów opadła na krzesło zdruzgotana. Jedyną jej myślą było wyciągnąć jak najszybciej bandziora z szafy, nie pozwolić, żeby się wykrwawił, a następnie wypuścić go jakoś z domu i pozacierać ślady.

„Klucz!” – przypomniała sobie. – „Ona przecież zamknęła te cholerne drzwi na klucz!”

Po chwili namysłu uznała jednak, że na razie kwestia zamkniętych drzwi wyjściowych ma drugorzędną wagę, bo jeśli bandzior leży w schowku nieprzytomny, to droga ewakuacji i tak nie ma znaczenia… Gorączkowo zastanawiała się, co zrobi w takiej sytuacji. Strach potrafi wyolbrzymić najdrobniejszy szczegół, dlatego teraz była już niemal stuprocentowo pewna, że ukryty przez nią pod schodami gangster jest obecnie w ciężkim stanie uniemożliwiającym mu nawet wzywanie pomocy, i w związku z tym nie ma co marzyć, że wyjdzie stamtąd o własnych siłach. Cucenie zalanego krwią złoczyńcy w tych ciemnych kazamatach pod schodami, i to jeszcze w tajemnicy przed towarzystwem zebranym w salonie, zapowiadało się raczej niewesoło. A jeśli on w ogóle nie da się docucić? Trzeba będzie wezwać pogotowie, być może nawet karawan. Przyjedzie policja, prokurator… Wszystko się wyda, a ona jeszcze pójdzie pod sąd za to, że nie udzieliła mu pomocy!

Lodzia ścisnęła z rozpaczą fałdę turkusowej sukni.

– A o coś chyba jeszcze chciałaś mnie zapytać? – zwrócił się do niej Karol, dojadając ze smakiem resztki makowca z talerzyka.

– Słucham? – ocknęła się. – A tak… to znaczy chyba nie… Nie pamiętam.

Spojrzał na nią zdziwiony jej roztargnionym, niemal dzikim wzrokiem, ale w tym samym momencie musiał gwałtownie usunąć się w bok, ratując swój piękny, jasny garnitur, gdyż Lodzia zdesperowanym gestem sięgnęła po dzbanek z sokiem malinowym (specjalnością Babci) i tak go przechyliła, że cała zawartość wylała jej się na sukienkę. Wszyscy aż podskoczyli.

– Lodziu! – zawołała groźnie Mamusia, niezadowolona z tego niespodziewanego dowodu niezręczności dotychczas tak perfekcyjnie zachowującej się córki. – Uważaj trochę!

– Przepraszam – szepnęła Lodzia, łapiąc nerwowo za serwetkę i usiłując zetrzeć sok z sukienki, co oczywiście z góry było skazane na niepowodzenie.

Ciotka Lucy pokręciła głową.

– Nie ma rady, musisz się przebrać – zawyrokowała, podnosząc się powoli z fotela. – Chodź, dziecko, pójdę z tobą na górę, wybierzemy jakąś inną sukienkę.

– Pójdę sama – odparła skwapliwie Lodzia, usadzając Ciotkę na siłę z powrotem. – Ty sobie posiedź, ciociu, już się tyle dzisiaj nabiegałaś… Ja polecę szybko do siebie na górę, przebiorę się i niedługo wrócę.

– Tylko naprawdę postaraj się szybko – zaznaczyła Mamusia. – Zaraz ma być toast.

– Oczywiście, mamo – pokiwała pokornie głową Lodzia.

Uśmiechając się przepraszająco, wyszła spokojnym krokiem z salonu i skrupulatnie zamknęła za sobą drzwi. Kiedy tylko zniknęła im z pola widzenia, wstąpiła w nią nadludzka energia. Strach przed tym, co znajdzie w schowku na szczotki, paraliżował ją i ściskał za gardło, ale świadomość, że ma ekstremalnie mało czasu, kazała jej działać natychmiast. Nie mogła popełnić błędu. Zebrawszy w dłonie fałdy sukni tak, aby nie krępowała jej ruchów, podbiegła na palcach pod schody i z duszą na ramieniu odblokowała drzwi. Ze schowka nie dobiegał żaden dźwięk. Uchyliła ostrożnie drzwiczki i drętwa z niepokoju szepnęła konspiracyjnie w ciemność:

– Proszę pana!

W ciemności coś się lekko poruszyło. W pierwszej chwili tak ją to przestraszyło, że omal nie wrzasnęła z nerwów na całe gardło, ale opanowawszy się jakoś, poczuła mimo wszystko wielką ulgę. Żył, był przytomny… To oznaczało chociaż jeden kłopot z głowy.

– Niech pan wyłazi! – rozkazała mu stanowczym szeptem. – Tylko cicho, z łaski swojej, niech pan nie wywali jakiejś szczotki!

– Postaram się – odszepnął bandzior, gramoląc się posłusznie.

Mimo że niewątpliwie starał się o nic nie zahaczyć, któreś z wiaderek na mopa przewróciło się z hałasem i potoczyło w głąb schowka.

– Ups, przepraszam – szepnął.

Zdenerwowana prawie do nieprzytomności Lodzia z rozpaczą patrzyła na rozświetlone drzwi salonu, zza których zapewne za chwilę wypadnie pierwsza szpica straszliwej bojówki antyterrorystycznej, czyli Ciotka Lucy… W salonie jednak chyba nic nie usłyszeli, bo drzwi nadal pozostawały zamknięte. Lodzia znów odetchnęła ze względną ulgą, która przywróciła jej częściowo przytomność umysłu.

– No, niechże się pan pośpieszy! – szepnęła błagalnie. – Co się pan tak guzdra?!

– Noga mi zdrętwiała – odparł przepraszającym szeptem bandzior i wygramolił się wreszcie ze schowka. – Proszę się nie gniewać, już się wynoszę.

Kiedy wyprostował się i padło na niego odrobinę światła dochodzącego przez szybę zamkniętych drzwi salonu, Lodzia zauważyła, że do pokiereszowanej, zakrwawionej gęby przyciska jedną ze szmat do podłogi Ciotki Lucy.

„No pięknie!” – pomyślała ze zgrozą. – „Po czymś takim sepsa murowana!”

– Zwariował pan? – wyszeptała z oburzeniem, próbując zabrać mu szmatę. – Ścierą do podłogi pan wyciera ranę?

– Wszystko jedno – odszepnął, nie dając sobie odebrać cennego rekwizytu. – Nie mam nic innego, a boję się, że wszystko tu pochlapię…

W tym momencie głosy w salonie jakby się podniosły. Spanikowana Lodzia natychmiast zapomniała o szmacie do podłogi, zamknęła w mgnieniu oka drzwi od schowka, złapała bandziora za ramię i pchnęła go stanowczym gestem na schody.

– Na górę! – rozkazała z desperacją.

– Ale… – usiłował zaprotestować, patrząc na nią zaskoczony.

Nie miała czasu tłumaczyć mu zawiłej historii zamkniętych drzwi wyjściowych, chwyciła szybko do ręki przygotowane wcześniej zawiniątko z opatrunkami i ponownie wskazała mu surowym gestem schody.

– Na górę, powiedziałam! – wycedziła takim tonem, że bandzior natychmiast przestał oponować i nadal przyciskając do twarzy ścierkę do podłogi, ruszył posłusznie po schodach.

Lodzia, której teraz już w każdej sekundzie wydawało się, że oto właśnie otwierają się drzwi salonu, biegła za nim spłoszona, plącząc się co dwa kroki w fałdach swej niewygodnej sukni. Po chwili szczęśliwie dotarli na pierwsze piętro.

– Tutaj! – szepnęła, wpychając go do swojego pokoju.

Wbiegła tam również sama, gorączkowo przekręciła klucz w zamku i z ulgą oparła się o drzwi. Chwilowo była bezpieczna… Ulga jednak szybko ustąpiła miejsca niepokojowi, gdyż dopiero teraz uświadomiła sobie, że oto jest sama w ciemnym pokoju z jakimś obcym facetem – i to prawdopodobnie groźnym przestępcą!

(c.d.n.)

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7)

Dalsze części:

Rozdział I (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz