Lodzia Makówkówna – Rozdział II (cz. 4)

Kiedy weszła do domu, uznała, że matematyka matematyką, ale najpierw musi coś zjeść. Była głodna jak wilk, a z kuchni emanowały nader przyjemne zapachy… Ciotka Lucy życzliwym gestem postawiła przed nią talerz dymiącego barszczu z kołdunami i wróciła do przerwanej rozmowy z siedzącą po drugiej stronie stołu Babcią.

– Pojedziemy z Klocią w przyszłym tygodniu, może już pan mecenas wróci i będzie mógł to przejrzeć – powiedziała z westchnieniem. – Lodziu, weź sobie do tego chleba, jeśli chcesz, nie krępuj się, dziecko… Przy okazji sprawdzimy jeszcze papiery z drugiej szafy w kącie, może tam też jest coś, co się przyda. Na razie analizuje nam to wszystko i piszemy wniosek. Strasznie dużo z tym pracy, bo musi dokładnie posprawdzać paragrafy, a sprawa jest nietypowa. Przecież tam są też dokumenty zagraniczne…

Lodzia zabrała się za jedzenie, z całego serca życząc Kloci jak najszybszego odzyskania spadku, by nie musieć codziennie słuchać o postępach sprawy. Jednak w tym momencie wywód Ciotki został przerwany, gdyż trzasnęły drzwi wejściowe i do kuchni wparowała Mamusia, ściągając z siebie naprędce płaszcz, którego – co było do niej niepodobne – nie zostawiła w przedpokoju.

– Słyszałyście o tym morderstwie? – rzuciła od progu podnieconym głosem.

– O jakim morderstwie? – Babcia aż podskoczyła.

– Matylda mi właśnie powiedziała, zaczepiły mnie przed chwilą obie z Bednarkową. W sobotę, na Wertera, tam, gdzie Lodzia chodzi na tańce, tylko zaraz obok, po drugiej stronie… jakiegoś człowieka zabili! Na ulicy!

W kuchni powiało grozą, wszyscy skamienieli, tylko Lodzia dalej jadła swój barszcz, starając się nie siorbać, by nie zakłócać podniosłej atmosfery.

– Nic nie wiemy – pokręciła głową Ciotka Lucy, lekko blednąc. – To przecież niedaleko…

– Niby sąsiednia dzielnica, ale tylko jakieś piętnaście minut drogi, to jakby prawie u nas – zauważyła wstrząśnięta Babcia. – A kogo tam zabili?

– Nie wiadomo – odparła Mamusia, zadowolona z wywołanego efektu. – Czekajcie, odwieszę ten płaszcz i powiem wam, co wiem.

Pobiegła z powrotem do przedpokoju i niemal natychmiast wróciła, w locie zakładając domowe kapcie. Usiadła na krześle obok Lodzi i ciężko odsapnęła.

– Uff, ale się zgrzałam! No więc tak. Matylda wiedziała już od wczoraj, bo ma koleżankę na Wertera, to się stało prawie pod ich oknami. A dzisiaj podobno już w gazetach o tym pisali! Pełno u nich policji, znaczy u tej koleżanki Matyldy i sąsiadów, wiecie… Składała już zeznania, ale oni akurat nic nie widzieli.

– Ale kogo tam zabili, kogoś z dzielnicy? – dopytywała przejęta Babcia.

– Właśnie nie wiadomo, kto to był! – odparła podekscytowana Mamusia. – Znaczy ta koleżanka Matyldy nie wie, bo policja już pewnie sprawdziła, tylko nic nie zdradzają. Ale na pewno nikt z dzielnicy, bo już by wszyscy o tym mówili.

– Ale to był mężczyzna, Zosiu?

– Kto? – nie zrozumiała Mamusia.

– No, ten trup! – zniecierpliwiła się Babcia.

– A tak, tak, mężczyzna. Dosyć młody podobno… tak powiedziała koleżance Matyldy ich sąsiadka. Policja nabrała wody w usta, nic nie mówią, tylko szukają po okolicy. Nawet prokurator we własnej osobie u nich był, po wszystkich domach chodzą.

– No, ale czego szukają? – zapytała niezbyt inteligentnie Ciotka Lucy.

– Pewnie mordercy – domyśliła się Mamusia. – Albo nawet kilku. Bo ofiara była podobno mocno pobita, jeszcze na drugi dzień tam były ślady krwi. Może go nawet wypatroszyli…

– Mamo, ja jem – przypomniała uprzejmie Lodzia.

– Jedz, jedz, dziecko – kiwnęła życzliwie głową Mamusia i nagle spojrzała na nią ze zgrozą. – Ale zaraz, Lodziu, przecież ty masz tam jutro lekcję tańca! To było dosłownie kilka domów dalej… Lepiej będzie, jak tam nie pojedziesz – uznała stanowczo.

– Ojej, dlaczego? – jęknęła Lodzia, dla której ta przewidywana strata lekcji tańca byłaby przykrą niespodzianką. – Przecież skoro tam jest policja, to nic mi nie grozi. Morderca nie będzie tam grasował, kiedy policja go szuka po całej okolicy…

– Nie pyskuj, Lodziu – przerwała autorytarnie Mamusia. – Tam może być niebezpiecznie.

– Ale przecież mam jechać z Karolem!

Wielka Triada wlepiła w nią zgodnie pełne zaintrygowania potrójne spojrzenie.

– A co, Lodzieńko, przyznaj, wpadł ci w oko? – uśmiechnęła się przymilnie Ciotka Lucy, na chwilę zapominając o morderstwie na Wertera.

Lodzia dostrzegła w tym niespodziewaną szansę na przekonanie swoich dręczycielek.

– Owszem – odparła słodko, żałując, że nie umie na zawołanie spłonąć rumieńcem. – Komu by nie wpadł, ciociu? Jest taki przystojny, uprzejmy, dobrze wychowany…

– Prawda? – podchwyciła Babcia.

Wszystkie trzy zerknęły z czułością na Lodzię i wymieniły spojrzenia pełne satysfakcji.

– Tak myślałam, tak myślałam, Lodziu – cieszyła się Mamusia. – Wiedziałam, że masz dobry gust, byłam tego pewna! Chociaż nie sądziłam, że uda się tak szybko…

– Przeznaczenie – stwierdziła kategorycznym tonem Babcia. – Jak coś jest zapisane na górze, to nie ma na to rady.

– Trzeba tylko znaleźć tę swoją drugą połówkę – dodała wzruszona Ciotka Lucy. – A potem już wszystko idzie jak z płatka…

– Więc jak, możemy jutro razem pojechać na ten taniec? – podjęła niewinnie Lodzia.

Panie domu spojrzały po sobie z wahaniem.

– No, może rzeczywiście… – zaczęła niepewnie Ciotka Lucy. – Zosiu, jak myślisz, chyba z Karolkiem nic jej nie grozi?

– W razie czego obroni mnie rycersko – Lodzia uznała, że lepiej kuć żelazo, póki gorące.

Zadowolenie, które zagościło na obliczach Wielkiej Triady, było dobrą wróżbą.

– No dobrze, Lodziu – powiedziała ostrożnie Mamusia. – Ale pamiętaj, żebyście szli prosto na tańce, żadnego włóczenia się po okolicy.

– Oczywiście – odparła z powagą. – Nie będziemy przecież ryzykować.

– Niech będzie – zdecydowała ostatecznie Mamusia. – W szkole tańca zresztą na pewno też już była policja, więc mam nadzieję, że sprawdzili, co trzeba… Ale zobaczcie, jak to człowiek nie może już normalnie przejść ulicą, żeby go nie napadli! Ja się teraz będę bała wychodzić sama po zmroku, Lodzię też trzeba lepiej pilnować.

– E, Zosiu, do nas to chyba nie przyjdą? – zauważyła sceptycznie Babcia. – Zresztą skąd wiesz, kto to był, ten zabity? Może wcale nie porządny człowiek, tylko jakiś łobuz, pijak czy nawet bandyta…

Na ostatnie słowo Lodzia gwałtownie zachłysnęła się barszczem i na chwilę straciła oddech, kaszląc i parskając w panice na wszystkie strony. Mamusia zerwała się z krzesła i rzuciła się na ratunek córce, energicznie klepiąc ją po plecach.

– Lodziu, co ty wyprawiasz! – zawołała z niesmakiem Babcia. – Czy ty, dziecko, nie możesz jeść ostrożniej? Zobacz, Lucy, cały obrus zachlapała!

– Przepraszam – szepnęła Lodzia, powoli dochodząc do siebie. – Ale tu się nie da jeść, jak mi opowiadacie takie rzeczy… Idę na górę odrabiać lekcje, już mi wystarczy obiadu, dziękuję.

– Idź, idź, Lodzieńko – zgodziła się Mamusia, mierząc krytycznym wzrokiem pochlapany obrus. – My tu sobie jeszcze porozmawiamy na spokojnie…

(c.d.n.)

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział II (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz