Lodzia Makówkówna – Rozdział II (cz. 5)

Lodzia wyszła z kuchni i chwyciwszy po drodze szkolny plecak, który wcześniej zostawiła w przedpokoju, weszła po schodach na górę na wpół sparaliżowana z wrażenia. Słowa Babci spadły na nią jak grom z jasnego nieba. Bandzior! O ile wcześniej dyskusja o morderstwie na ulicy Wertera średnio ją zainteresowała (Wielka Triada zawsze roztrząsała w ten sposób rozmaite rewelacje zasłyszane od sąsiadek), o tyle w tej jednej chwili dotarło do niej, że być może ta sprawa dotyczy jej bezpośrednio. W ultraszybkim błysku świadomości połączyła usłyszane przed chwilą informacje: sobota… pewnie wieczorem albo w nocy, skoro nikt nic nie widział… pobita, zakrwawiona ofiara… dość młody mężczyzna…

„Bandzior!” – pomyślała w panice. – „Przecież to niedaleko! Czas się zgadza… To musiał być on! A jeśli nawet to nie jego tam zaciukali, to na pewno był w to jakoś zamieszany! Boże!”

Rzuciwszy się na łóżko, gorączkowo kojarzyła fakty, starając się ocenić grożące jej niebezpieczeństwo. Były dwie opcje. Albo bandzior, którego w sobotni wieczór zamknęła w schowku na szczotki, był ofiarą tego morderstwa, albo jego sprawcą, ewentualnie współsprawcą. Jeśli był ofiarą, to policja i patolog od razu zauważą, że ktoś mu przed śmiercią opatrywał ranę, zbadają opatrunki, zdejmą odciski palców, większość plastrów dotykała przecież bez rękawiczek! Sprawdzą okolicę, najpierw tamtą dzielnicę, potem przyjdą tutaj. Wezmą od wszystkich odciski i porównają… Znajdą ją, wszystko się wyda! Może nawet oskarżą ją o współudział w tym zabójstwie! Będzie miała problem, żeby udowodnić swoją niewinność. Mamusia ją za to chyba oskalpuje, Babcia dostanie wylewu albo zawału serca…

„No to pięknie” – pomyślała ze zgrozą. – „Cholerny bandzior! Pewnie ci, co go ścigali, w końcu go dopadli i utłukli. I po co on tam polazł, patałach jeden, żeby tak się dać załatwić?”

Nagle znów ujrzała przed sobą ciemne, wpatrzone w nią uważnie oczy bandziora i zadrżała. Przypomniała sobie tamtą iskrę, która dwukrotnie przeszła przez jej ciało, kiedy napotkała jego wzrok. Być może godzinę później już nie żył… Myśl o tym sprawiła jej dziwną przykrość, na chwilę jakiś niewytłumaczalny żal ścisnął jej serce. Przed oczami stanęła jej jego zniekształcona twarz z podbitym okiem i rozciętym łukiem brwiowym, z którego uporczywą strużką nie przestawała sączyć się krew. Pod palcami znów poczuła ciepłą szorstkość jego policzka. Jego sylwetka na tle okna, potem znów jej zarys, gdy ewakuował się po kracie od dzikiego wina i przemykał przez grządki Babci… iskierki rozbawienia w jego oczach… jego głos, niski, ciepły… Więc ten człowiek już nie żyje?

„No, ale zaraz, przecież jest jeszcze ta druga opcja” – ocknęła się gwałtownie. – „A jeśli on jest nie ofiarą, a mordercą?”

Musiała przyznać ze zgrozą, że ta opcja była znacznie gorsza. Na pewno gorsza dla niej. Bo jeśli tak było, to bez względu na to, czy zbrodni dokonał przed wizytą w jej domu czy już po, ona była świadkiem, który mógł skojarzyć fakty. Bandzior przecież dobrze to rozumiał. W tej perspektywie jego uważny wzrok nabrał nowego sensu. No jasne, chciał ją zapamiętać! Obecnie znał doskonale jej wygląd, miejsce zamieszkania (wręcz dokładną lokalizację jej pokoju!), znał nawet jej imię! Jeśli policja zaraz go nie znajdzie, on postara się pozbyć niewygodnego świadka, przyjdzie do niej w nocy po kracie od dzikiego wina i… Na tę myśl przestraszona Lodzia podbiegła do okna i sprawdziła, czy jest szczelnie zamknięte. Było, ale co z tego? Czy wybicie szyby stanowi jakikolwiek problem? Zresztą bandzior może się na nią zaczaić gdziekolwiek, choćby w drodze do szkoły… Lodzię ogarnęła panika.

Pół godziny później, słysząc dobiegające z góry hałasy, zaniepokojona Wielka Triada udała się w komplecie do pokoju Lodzi, aby sprawdzić, co też tam się dzieje. Spocona jak mysz córa rodu Makówków oznajmiła im stanowczym tonem, że właśnie przemeblowała sobie trochę pokój, żeby mieć wygodniej. Trzyosobowa komisja podejrzliwym okiem zmierzyła efekt tych wysiłków, szczególnie krytycznie oceniając stojącą przy samym oknie szafę z ubraniami, ale ponieważ Lodzia, jak wiadomo, była świeżo zakochana w Karolu, uznano, że w tym stanie duszy ma prawo wykazywać niejakie rysy ekscentryczne i na jakiś czas należy zostawić ją w spokoju.

Po wyjściu swych kontrolerek Lodzia rzuciła się do komputera, wklepując w internetową wyszukiwarkę frazę morderstwo na Wertera. Na ekranie natychmiast wyświetliły się strony lokalnych portali prasowych, a na nich krzyczące tytuły artykułów poświęconych sobotniej zbrodni. Jednak ich treść rozczarowała ją niepomiernie. O ofierze niewiele, tyle tylko, że był to mężczyzna i że został „brutalnie zamordowany”, morderca nieznany, motyw nieznany, policja poszukuje świadków… Świadków! Pod spodem numer telefonu i adres komendy.

Lodzi zrobiło się słabo na myśl o tym, że miałaby pójść na policję i opisać to, co wydarzyło się w sobotni wieczór w jej domu, choć z drugiej strony zdawała sobie sprawę z tego, że ukrywanie faktów przed organami śledczymi mogło mieć o wiele gorsze konsekwencje. Sytuacja wyglądała na klasycznie patową. A jeśli bandzior naprawdę był mordercą i dowie się jakoś, że ona zeznawała przeciwko niemu na policji? Przecież nie dadzą jej ochrony… Po namyśle uznała, że jednak musi zachować tajemnicę dla siebie, nawet jeśli za to wyląduje w więzieniu. Zresztą tam przynajmniej będzie bezpiecznie, poczeka sobie spokojnie w celi, aż go złapią…

Po chwili nieco się uspokoiła.

„E, nie przesadzajmy” – pomyślała z niesmakiem. – „Za co niby mieliby mnie przymknąć? Mogę być przecież ciężko myśląca, mogłam nie skojarzyć faktów… Zresztą najpierw musiałoby się wydać, że zamknęłam bandziora w szafie na szczotki, a o tym wiem tylko ja i on!”

Jakby w odpowiedzi na tę myśl przez głowę przebiegło jej, że jeśli go złapią, to on ją wtedy tym bardziej może wsypać, wyśpiewać ze szczegółami, co robił feralnego wieczoru… Oczywiście, że tak zrobi! Policja ma swoje metody, żeby to z niego wyciągnąć, zresztą niby dlaczego miałby coś ukrywać? Wkopie ją po uszy, Mamusia o wszystkim się dowie… Ale przecież i tak lepiej, żeby go złapali, niż nie złapali!

Rozgorączkowana Lodzia doszła do wniosku, że każda z możliwych kombinacji jest dla niej niekorzystna i że musi po prostu poczekać na dalszy rozwój wypadków. I przede wszystkim musi być teraz ostrożna, bardzo ostrożna na każdym kroku… Nagle aż podskoczyła.

„Jula!” – krzyknęło coś w jej głowie.

No tak, przecież Julka wiedziała o wszystkim! Oby tylko nic nie skojarzyła i nie zdążyła nikomu wygadać! Trzeba ją było natychmiast powiadomić. Lodzia złapała za telefon, ale po chwili zatrzymała się. Policja przecież ma dostęp do wszystkich danych, może sprawdzić każde połączenie, każdego smsa. Nawet jeśli ona zaszyfruje jakoś tę wiadomość, Julka może powiedzieć lub napisać coś, co ją zdradzi. Nie, lepiej nie. Pogada z nią jutro w szkole, może do tego czasu nie zdąży nic nabroić, może nie dowie się nawet o tym morderstwie, szczęście w nieszczęściu, że teraz przeżywa tego swojego Mateusza…

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4)

Dalsze części:

Rozdział II (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz