Lodzia Makówkówna – Rozdział II (cz. 7)

Karol podjechał po nią tak, jak było umówione, czyli punktualnie za kwadrans osiemnasta. Widząc stojący przed furtką samochód na światłach i włączonym silniku, Mamusia uśmiechnęła się znacząco do Lodzi i puściła do niej oko.

– Dobrze się bawcie – powiedziała, poprawiając córce szalik.

Na dworze było coraz zimniej, w najbliższych dniach spodziewano się pierwszych opadów śniegu, dlatego bardzo pilnowano, by dziewczyna ubierała się ciepło i nosiła rękawiczki.

– Powodzenia, Lodzieńko – dodała ciepło Babcia. – Tylko pamiętaj, żeby Karolek odprowadził cię potem pod same drzwi, ostatnio tu się zrobiło jakoś niebezpiecznie…

– Oczywiście, babciu – odparła mechanicznie Lodzia. – Będę bardzo ostrożna.

Zebrała swoje rzeczy, założyła czapkę i z ulgą wyszła z domu. Karol czekał na nią przy samochodzie, przywitał ją uprzejmym uściskiem dłoni, szarmancko otworzył przed nią drzwi z prawej strony, po czym usiadł za kierownicą. W aucie było ciepło, a włączone radio grało cicho jakąś spokojną muzykę.

– To teraz pilotuj mnie – poprosił. – Pierwszy raz tam jadę… Którędy się stąd wyjeżdża?

– Zaraz w prawo i potem prosto aż do głównej – odparła rzeczowo. – Tam znowu w prawo, a dalej to już ci potem pokażę…

– Okej – skinął głową Karol i samochód ruszył z miejsca.

Lodzia, która uwielbiała jeździć samochodem, a rzadko miała do tego okazję, gdyż jej rodzina nie posiadała takowego środka lokomocji, z zadowoleniem zagłębiła się w fotel i zerknęła na towarzysza, który sprawnie prowadził auto według jej wskazówek. W tym kontekście wydał jej się znacznie doroślejszy i samodzielniejszy niż na podwieczorku zapoznawczym. Przez myśl przebiegło jej, że gdyby biernie poddała się planom Wielkiej Triady, za rok czy półtora mogłaby tu siedzieć jako jego żona. Hipoteza ta nie zrobiła jednak na niej najmniejszego wrażenia.

„Nic, zupełnie nic” – pomyślała z lekkim zdziwieniem. – „Fajny jest, ładniutki, grzeczny, całkiem sympatyczny, ale z mojej strony nic. Z jego raczej też. To mógłby być tylko związek z rozsądku, pewnie nawet udany. Tylko gdzie szał namiętności, gdzie mój ognisty Rycerz na białym rumaku? Ja go w tej roli kompletnie nie widzę…”

Myśl o szale namiętności w wykonaniu Karola sprawiła, że Lodzia uśmiechnęła się z politowaniem. Tego nawet niepodobna było sobie wyobrazić. Dla równowagi przypomniała sobie o Grzelu, ten z kolei był aż zbyt namiętny, jego nachalność była nie do zniesienia, nie, za taki szał to ona serdecznie dziękuje… I nagle na tle przedniej szyby wyświetliła jej się na chwilę blada wizja wpatrzonych w nią uważnie ciemnych oczu, na dnie których czaiły się wesołe ogniki… Lodzia drgnęła i niespokojnie poruszyła się na siedzeniu.

– Teraz musisz skręcić w drugą w lewo – powiedziała do Karola, widząc, że już dojeżdżają w okolice Wertera. – Tylko uważaj, nie przegap, to taka wąska uliczka… O, tutaj!

Podjechali pod szkołę tańca. Budynek był jak zawsze oświetlony, dookoła parkowały po kolei samochody innych kursantów, nie wydawało się, by sobotni dramat, jaki wydarzył się na tej ulicy, wprowadził jakiekolwiek perturbacje w działaniu placówki. Karol wysiadł pierwszy i z tą samą wystudiowaną uprzejmością co wcześniej otworzył drzwi pasażera, pomagając Lodzi wyjść na zewnątrz. Zachowywał się iście po rycersku.

W małym holu służącym jednocześnie za szatnię i recepcję czekała na przybywających Agata, ładna szatynka o gęstych lokach i wesołych, opalizująco piwnych oczach, która wieczorami pełniła w firmie rodziców rolę recepcjonistko-sekretarki.

– O, cześć, świetnie, że cię widzę! – ucieszyła się Lodzia, błyskawicznie ściągając płaszcz i zmieniając buty na pantofelki do tańca, które czekały na nią jak zawsze w jednej z szafek. – To jest Karol… Moja mama chyba dzwoniła do was? Miała dać znać, że przyjdziemy razem.

– A tak, zdaje się, że coś takiego było – przytaknęła Agata, wyciągając rękę do Karola, który z wrodzoną sobie dystynkcją schylił się, by ją szarmancko ucałować.

Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona tak niecodziennym gestem.

– A to jest Agata – dokończyła prezentacji Lodzia. – Ona tu wszystko ogarnia, jak się czegoś nie wie, trzeba w ciemno walić do niej.

– Miło mi – uśmiechnął się Karol, schylając znów głowę w dystyngowanym ukłonie.

„Ależ on jest dobrze wychowany” – pomyślała Lodzia z rodzajem dumy. – „Ten to mi przynajmniej wstydu przy ludziach nie narobi…”

– Wiesz co? – zwróciła się do Agaty. – Ja może sama zapytam twojego tatę, czy wie, że przyszłam z własnym partnerem, i czy już go dopisali do grupy. A ty mu pokaż, gdzie ma się rozebrać z tej kurtki i zmienić buty, daj mu może od razu jakąś szafkę, bo będziemy tu przychodzić co tydzień, niech sobie zostawi…

– Dobrze, Lodziu – uśmiechnęła się Agata. – Zaraz coś znajdziemy.

– Fajnie, dzięki, to ja zaraz wracam! – rzuciła jeszcze Lodzia i wbiegła na jasno oświetloną salę taneczną w poszukiwaniu instruktora.

Stał w przeciwległym rogu przy stoliku z odtwarzaczem płyt w towarzystwie kilku innych osób. Lodzia ruszyła w jego stronę biegiem, mijając i pozdrawiając po drodze rozmawiające w różnych miejscach parkietu grupki współkursantów. Dopiero w końcowej fazie zwolniła i kilka ostatnich kroków przeszła już w normalnym tempie. Nagle zatrzymała się jak wryta, gdyż do jej uszu dobiegły słowa jednej z pań, które stały obok instruktora.

– To morderstwo to były jakieś porachunki – mówiła poważnym głosem. – Wandzia tak wywnioskowała z tego, o co ją pytali policjanci. Dwa gangi narkotykowe się pobiły, no i jeden z tych dilerów dostał, na co zasłużył.

– Ale widzi pani, jaki to jest świat! – westchnęła inna kobieta. – Rozprowadzają narkotyki i sprzedają je dzieciakom tuż pod oknem ich domów. Młodzież nie ma pojęcia, na co się naraża, jak sobie życie łamie. A taki tfu!… diler… patrzy tylko, jak by tu zarobić na czyjejś krzywdzie. Niby źle się o zmarłych nie mówi, ale może to i dobrze, że jednego chwasta mniej.

– Jakbym złapał takiego pod moim domem, to bym mu pokazał – oznajmił z zaciętą miną instruktor. – Ja też mam dzieci w wieku licealnym i studenckim, nawet sobie nie wyobrażam… O, witam panią – uśmiechnął się, zauważywszy Lodzię. – Mama dzwoniła wczoraj, że będzie pani z jakimś dżentelmenem, zapisujemy go na stałe, czy tak?

– Tak, przynajmniej do końca stycznia – odpowiedziała grzecznie. – Ma ze mną poćwiczyć poloneza i walca na studniówkę, inne tańce zresztą też. Ale on już kiedyś chodził do szkoły tańca, ma sobie tylko poprzypominać kroki i poćwiczyć ze mną w parze.

– Znakomicie – kiwnął głową instruktor i spojrzał na zegarek. – Już czas, zaraz będziemy zaczynać.

Lodzia pobiegła zatem z powrotem, aby przyprowadzić Karola. Po drodze myślała o tym, co przed chwilą usłyszała. A więc w dużym stopniu miała rację! To były porachunki gangów, wywiązała się bójka, ganiali się po całej okolicy i bandzior trafił aż pod jej dom na sąsiednim osiedlu. Ścigali go, więc zabunkrował się u niej pod pretekstem prośby o chusteczkę do zatamowania krwi, pogoń pobiegła dalej, a on siedział cicho pod schodami i nie protestował, bo sam miał to i owo na sumieniu. Kto wie, może nawet miał przy sobie narkotyki?

„To dlatego tak stał i nie ruszał się, kiedy kazałam mu się wynosić” – pomyślała. – „Grał na czas, żeby zmylić pogoń. A potem dał się bez większych oporów zamknąć w szafie na szczotki… No jasne, przecież tam był bezpieczny jak u babci za piecem!”

(c.d.n.)

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział II (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz