Lodzia Makówkówna – Rozdział III (cz. 1)

W ciągu dwóch kolejnych dni sprawa morderstwa na ulicy Wertera na nowo przycichła, pozwalając dziewczynie odzyskać relatywną równowagę.

– Lodziu? – naukę do kartkówki z biologii przerwał jej głos Tatusia, który zajrzał do pokoju, wsuwając tylko głowę przez drzwi. – Nie wchodzę, bo jestem cały zakurzony. Robisz coś ważnego?

– Uczę się – odpowiedziała zmęczonym tonem, wstając od biurka i przecierając odruchowo oczy. – A co chciałeś, tato?

– Sprzątam na strychu i potrzebowałbym na godzinkę kogoś do pomocy. Tam są różne szpargały, jakieś stare książki… trzeba by to przejrzeć i zobaczyć, co się przyda, a co już można wyrzucić.

– Aha – ożywiła się Lodzia. – Jasne, zaraz ci pomogę. Już nie mogę patrzeć na tę biologię, chętnie porobię coś mniej wymagającego myślenia.

– Tylko ubierz się jakoś gorzej, no wiesz. Tam jest kurz i gwoździe wystają…

– Dobrze, tato. Za dwie minuty będę u ciebie na górze.

Przedświąteczne porządki na strychu od lat były rytuałem w domu Makówków i właściwie nigdy nie kończyły się pełnym sukcesem. Co roku Mamusia wydawała dyspozycję posprzątania tego zagraconego debarasu, co roku Tatuś bardziej lub mniej ochoczo zabierał się za wykonanie polecenia i co roku udawało mu się ogarnąć ową niewygodną przestrzeń tylko częściowo. Do najdalej położonych względem wejścia zakamarków strychu nikt nie dotarł jeszcze od lat. W tym roku Tatuś postawił sobie chyba to zadanie za punkt honoru, bo już od kilku dni znikał w czeluściach strychu i wynosił stamtąd różne zakurzone rupiecie i pudła, których zawartość spalał w piecu w kotłowni. Strych był niski, miał duże, niewygodne skosy i był zawalony wszelkiego rodzaju gratami, starymi meblami, szpargałami i rozmaitymi „przydasiami”, co nie tylko uniemożliwiało określenie, co tam jest, a czego nie ma, ale utrudniało nawet najbardziej podstawowe poruszanie się po tym rumowisku. Lodzia jednak lubiła te przedświąteczne eskapady na poddasze i kiedy tylko nadarzała się okazja, pomagała Tatusiowi przy sprzątaniu, tym bardziej, że czasami można tam było znaleźć naprawdę ciekawe rzeczy.

– Lodziu, przejrzyj te dwie szuflady na górze, dobrze? – poprosił Tatuś, przenosząc w stronę wyjścia ciężkie pudło ze starymi gazetami przeznaczonymi do spalenia w piecu.

Ponieważ tumany kurzu, które wzniosły się w powietrze przy jego przejściu, utrudniały oddychanie i podrażniały oczy, dopiero po opadnięciu większej części pyłu Lodzia przecisnęła się w kąt, gdzie stała wskazana szafa z szufladami. Sięgnęła po najwyższą z nich i wyjęła ją z trudem – rozklekotany uchwyt oderwał się pod zbyt dużym ciężarem i cała zawartość wśród kolejnych obłoków kurzu wysypała jej się pod nogi.

– Cholera jasna! – mruknęła pod nosem, schylając się po rozrzucone szpargały.

Rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, że były to rzeczy zupełnie niepotrzebne, jakieś przedpotopowe rachunki za prąd i węgiel, harmonogramy wywozu śmieci sprzed kilkunastu lat, a także odręczne notatki gospodarskie, listy zakupów, zadań do wykonania w domu oraz inwentarze przetworów domowych przechowywanych na odpowiednich półkach w piwnicy. Zakwalifikowała to wszystko do spalenia i właśnie przerzucała szpargały do kolejnego pudła, w którym Tatuś miał je znieść do kotłowni, kiedy nagle spośród tych nudnych, nieistotnych świstków wypadło coś, co ją zaintrygowało.

Była to stara, pożółkła i naddarta z jednej strony fotografia przedstawiająca młodego, bardzo przystojnego chłopaka i na oko dużo młodszą od niego dziewczynę, właściwie jeszcze dziecko w wieku około dwunastu lat, stojących przy kominku na tle wnętrza, które do złudzenia przypominało rodzinny salon Lodzi. Tak, kominek był ewidentnie ten sam… Twarz dziewczyny też zresztą wydała jej się znajoma – bez wątpienia była to któraś z panien Makówkówien znanych jej z rodzinnych albumów, tym bardziej, że na zdjęciu była uczesana w słynny, dobierany warkocz. Ciekawiło ją o wiele bardziej, kim był ten chłopak, nigdy nie widziała takiego w albumach, czyżby to był jakiś niedoszły kandydat na narzeczonego, który nie zdał końcowego egzaminu? Jego butna, nachmurzona mina, inteligentne spojrzenie jasnych oczu oraz elegancki, nieco staroświecki strój przywołały Lodzi na myśl skojarzenie z romantycznym bohaterem o pięknej twarzy i rozdartej duszy.

„Diabelnie przystojny” – pomyślała. – „I sądząc po minie, bardzo charakterny…”

Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę w niewytłumaczalnym zafascynowaniu, po czym odruchowo, zupełnie bezrefleksyjnie odwróciła zdjęcie na drugą stronę. W prawym dolnym rogu widniał odręczny podpis: Zosia i Edzio, lato ’82.

Zachłysnąwszy się zakurzonym powietrzem, Lodzia dostała nagłego ataku kaszlu, który natychmiast przyciągnął z dołu zaniepokojonego Tatusia.

– Lodziu, co się dzieje?

– Nic, nic – odparła uspokajająco, ocierając łzy, które przy kaszlu popłynęły jej z oczu. – To ten kurz… Już kończę, tato, zaraz dam ci to pudło!

Szybkimi ruchami, ocierając od czasu do czasu rozmazane na zakurzonej twarzy resztki łez i usiłując opanować kolejny napad kaszlu, wrzucała szpargały do pudła na podpałkę, z braku kieszeni schowawszy zdjęcie za pazuchą.

Ach, więc to był ten tajemniczy wuj Edward! Na zdjęciu z Mamusią, czyli swoją siostrą młodszą o ponad dziesięć lat… Tak, to oczywiście była ona, Lodzia kojarzyła już teraz znaną jej z albumów twarz, bardzo ładną za młodu, choć posiadającą już wtedy ten zacięty, twardy wyraz, który dziś był jej znakiem rozpoznawczym. Pomimo tego Mamusia nadal zachowała wiele ze swej urody, nawet jeśli nie miało to porównania do tego, jak wyglądała w wieku Lodzi, czyli niemal trzydzieści lat wcześniej.

„Wuj Edward!” – myślała zaintrygowana dziewczyna, pakując szpargały do kolejnych pudeł i przekazując je Tatusiowi, który biegał z nimi między strychem a kotłownią. – „Więc tak wyglądał… Ciekawe, co teraz robi?”

Przypomniała sobie swoje wyliczenia z czasów, kiedy usiłowała znaleźć jakiś trop w sprawie tajemniczego wuja. Wynikało z nich, że obecnie miał już blisko sześćdziesiąt lat, więc prawdopodobnie nie rozpoznałaby go na ulicy, nawet dysponując tym zdjęciem. Jednak to już i tak był pierwszy konkretny ślad! Postanowiła, że zachowa sprawę w tajemnicy, a zdjęcie schowa w bezpiecznym miejscu i nie powie o nim Wielkiej Triadzie ani słowa. Tak czy inaczej już sam fakt wejścia w posiadanie fotografii przybliżał jej sylwetkę owego wuja, zupełnie jej nieznanego, a przecież tak bliskiego członka rodziny, krwi z jej krwi…

– Looodziuuu! – usłyszała nagle znajomy ryk z dołu.

Głos należał do Ciotki Lucy. Zważywszy, że Tatuś znów zszedł do kotłowni i nie mógł im powiedzieć, że sprzątają razem strych, musiała się wygramolić, by pokazać się osobiście. Westchnęła, otrzepała nieco kurz i przecisnęła się w stronę wyjścia z poddasza.

– Looodziuuu! – wrzeszczała dalej Ciotka. – Słyszysz mnie?! Zejdź tu do nas szybko!

– Już idę, ciociu, idę! – odkrzyknęła. – Chwili spokoju nie dadzą… – mruknęła do siebie, wychodząc ze strychu i przymykając za sobą drzwi, by odciąć drogę kłębiącym się tam ciągle tumanom kurzu.

(c.d.n.)

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Dalsze części:

Rozdział III (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz