Lodzia Makówkówna – Rozdział III (cz. 3)

Kiedy raz podjęła decyzję, nagle wszystko poszło dziwnie łatwo. Wyśpiewała sympatycznemu policjantowi po kolei wszystko, co męczyło ją od pamiętnego, listopadowego wieczoru, opisała w szczegółach to, co zapamiętała z zachowania bandziora, opowiedziała o schowku na szczotki, opatrywaniu rany i ucieczce delikwenta po kracie od dzikiego wina, a także o tym, że na drugi dzień wyrzuciła do śmietnika szczelnie opakowaną w worek na śmieci skrwawioną szmatę do podłogi wraz z gazami, którymi obmyła gangsterowi twarz.

– Pewnie mnie za to przymkniecie – podsumowała ponuro. – Zatarłam oczywiście ważne ślady. Ale nie wiedziałam wtedy, że tam było jakieś morderstwo… To zresztą było daleko.

Komisarz, który już na samym wstępie opowieści o schowku na szczotki uznał, że chyba nic nigdy więcej w życiu zawodowym go nie zdziwi, przez całą jej tyradę usiłował utrzymywać ten sam poważny i nieprzenikniony wyraz twarzy. Teraz wreszcie pozwolił sobie na uśmiech i pokręcił głową uspokajająco.

– Proszę się nie martwić, nikt pani nie przymknie – zapewnił ją łagodnie. – Dobrze, że pani to opowiedziała, to może być bardzo ważne. Czy rozpoznałaby pani tego człowieka?

Lodzia zawahała się, wspominając zdarzenie z przystanku sprzed kilku dni.

– Sama nie wiem – odparła ostrożnie. – Może tak, może nie. On miał wtedy bardzo podbite oko i ranę na łuku brwiowym. Był jakiś taki opuchnięty… Ale może bym rozpoznała, gdybym się przyjrzała z bliska.

Popatrzyła na komisarza z zastanowieniem i nagle przechyliła się mocno przez stół w jego stronę.

– Ale chyba mi pan nie powie, że to był morderca?

– Nic pani nie powiem, zwłaszcza że sam nie wiem – odparł spokojnie policjant.

– A ofiara? – pytała dalej gorączkowo Lodzia. – Może to jego tam zamordowali?

Policjant pokręcił głową.

– Nic nie mogę powiedzieć, pani Leokadio – powiedział tym samym spokojnym, opanowanym tonem. – Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa. No, ale… dobrze – dodał, uśmiechając się do niej z sympatią. – Biorąc pod uwagę pani opis, ranę na łuku brwiowym… nie, to nie on był ofiarą. Więcej nie mogę zdradzić.

Ku własnemu zdziwieniu Lodzia poczuła w sercu ulgę.

– Rozumiem – skinęła głową, po czym przyjrzała się policjantowi z rezygnacją. – Ja i tak wkopałam się po uszy… Co pan teraz ze mną zrobi?

Komisarz uśmiechnął się znowu.

– Nic – odparł spokojnie. – Poza tym, że będę musiał panią poprosić, i to prawdopodobnie nie jeden raz ale kilka razy, o stawienie się u nas na komendzie i uzupełnienie zeznań. Musimy mieć wszystkie szczegóły, zaprotokołować to, co pani mi dziś opowiedziała, a być może zrobić także portret pamięciowy tego pana.

– Dobrze, zgłoszę się – westchnęła Lodzia. – Byle tylko one nic o tym nie wiedziały… Obiecał pan.

– Obiecałem – potwierdził z powagą policjant, po czym zawahał się i spojrzał na nią z zastanowieniem. – I w związku z tym jest jeszcze jeden problem… taki, bym powiedział, logistyczny. Będę musiał przysłać tu do was techników policyjnych, muszą mi zdjąć materiał z tego schowka na szczotki.

Lodzia pokiwała głową.

– Tak, domyślam się – odparła zrezygnowanym tonem. – No trudno, niech sobie zdejmują, byle nikt nie pisnął ani słowa mojej mamie, że wie pan o tym ode mnie. Powiedzcie im cokolwiek, one mają wielki szacunek do policji.

Komisarz spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem.

– W porządku, pani Leokadio – odparł, chowając dyktafon do kieszeni. Z drugiej wyjął wizytówkę. – Tu ma pani telefon i adres komendy. Umówimy się na jutro, dobrze?

– Dobrze – zgodziła się Lodzia. – Tylko prosiłabym między piętnastą a siedemnastą, bo wcześniej jestem w szkole, a później idę na kurs robienia przetworów domowych.

– Słucham? – zdumiał się policjant.

– No, nieważne, jestem zajęta – machnęła ręką. – Może być szesnasta?

– Jak pani sobie życzy.

Komisarz podniósł się z krzesła i wyciągnął rękę do Lodzi, która podała mu swoją z roztargnieniem i jakby nowym zaniepokojeniem.

– Niech pan poczeka, jeszcze jedno – zatrzymała go. – Niech mi pan powie… czy nic mi nie grozi? Chodzi mi o tego bandziora. Przecież właśnie go wsypałam!

– Proszę się nie martwić – uśmiechnął się. – Sprawdzimy ten trop i spróbujemy znaleźć dżentelmena, który akurat tamtego wieczoru złożył pani taką ciekawą wizytę. Ale nikt nie będzie nigdzie rozpowiadał, że informacje mamy od pani.

– A jeśli on mnie śledzi i zobaczy jutro, że idę do was na komendę? – denerwowała się Lodzia. – Jeśli to morderca, to co mu szkodzi zaciukać jedną sztukę więcej?

– Ma pani podstawy, żeby uważać, że ktoś panią śledzi? – zainteresował się policjant.

– Nie, no niby nie mam… – pokręciła głową bez większego przekonania. – Ale jeśli?

– Proszę się nie martwić – powtórzył komisarz. – Postaramy się dopilnować, żeby nikt pani nie zaciukał, jak to była pani łaskawa ująć. Proszę też ze swojej strony zachować czujność, a w razie czego natychmiast do nas dzwonić.

– Dobrze – szepnęła Lodzia.

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2)

Dalsze części:

Rozdział III (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz