Lodzia Makówkówna – Rozdział III (cz. 7)

W poniedziałkowe popołudnie, zgodnie z planem, dziewczyny wybrały się do galerii handlowej pod Zamkiem Lubelskim na poszukiwanie sukienek na studniówkę. Włóczyły się już od godziny po butikach odzieżowych, przy czym, o ile Lodzia dość szybko wytypowała kilka kreacji, które uznała za satysfakcjonujące, Julka wciąż nie mogła się na nic zdecydować.

– Oj, Jula, wydziwiasz – pokręciła głową Lodzia. – Tu jest tyle fajnych kiecek, że której byś nie założyła, wyglądałabyś rewelacyjnie. Ta w tym trzecim sklepie od początku, pamiętasz, ta z koralikami… no, to ona była bez zarzutu, co ty więcej chcesz?

– Sama nie wiem, jakoś mnie tu nic nie przekonuje – westchnęła Julka. – Ale może rzeczywiście chodźmy jeszcze raz zobaczyć tę z koralikami? Nie przyjrzałam jej się za dokładnie.

– Dobra, to wracamy – zdecydowała Lodzia. – Tylko już nic więcej nie kombinuj, bo mnie nogi bolą. Najwyżej jeszcze jutro pójdziemy do tej drugiej galerii… A nie, przepraszam, jutro nie mogę, bo jadę z Karolem na taniec i będę się musiała przygotować. Ale pojutrze owszem.

Przemierzyły znów długi, zatłoczony pasaż i zmęczone dotarły do sklepu, w którym znajdowała się wspomniana sukienka z koralikami. Julka oglądała ją krytycznym wzrokiem.

– Ten materiał jakiś dziwny, nie?

– Jaki dziwny? – wzruszyła ramionami Lodzia. – Normalny, trochę się tylko błyszczy. To jest przecież sukienka wieczorowa. Czekaj, a co my mamy tutaj?

Zanurkowała między wieszaki i po chwili szperania wyciągnęła kolejną sukienkę.

– Zobacz, taka też jest fajna – pociągnęła Julkę za rękaw, gdyż ta stała teraz odwrócona w stronę przeciwległego końca sklepu. – Trochę dłuższa, ale… Jula, no patrz, co ci pokazuję!

Julka schyliła się do niej z zaniepokojeniem.

– Ty weź zerknij tam – szepnęła konspiracyjnie, nieznacznym ruchem głowy wskazując w kierunku przeciwległych, przeszklonych drzwi do sklepu. – Tylko dyskretnie. Dlaczego ten facet tak się na nas gapi?

Lodzia podniosła ostrożnie głowę i natychmiast napotkała przenikliwe spojrzenie ciemnych oczu stojącego w sąsiednim pasażu mężczyzny, który rzeczywiście przyglądał im się przez przeszkolone drzwi. Zadrżała i w jednej sekundzie zbladła jak ściana.

– Spadamy stąd! – rzuciła w panice, odwieszając byle jak sukienkę.

Złapała Julkę za rękę i galopem wybiegły drugimi drzwiami ze sklepu, a potem na ulicę, zakładając w locie czapki. Przebiegły przez przejście dla pieszych częściowo już na czerwonym świetle i zdyszane zatrzymały się dopiero na Placu Zamkowym.

– Dobra, to teraz gadaj, kto to był! – zażądała Julka, kiedy odrobinę uspokoiły oddech. – Tylko nie mów mi, że bandzior. Ja przez ciebie kiedyś płuca wypluję!

– Właśnie bandzior! – zawołała Lodzia. – Na sto procent to był on! Pewnie się dowiedział, że go wsypałam na policji i teraz mnie śledzi. Chce mnie utłuc!

– Czekaj, spokojnie – zatrzymała ją Julka. – Od razu utłuc… Skąd ci się znowu wziął ten bandzior? Przecież ten typ wyglądał zupełnie normalnie, przyjrzałam mu się.

– A co, chciałaś, żeby chodził po ulicy z nożem w ręku, szczerzył zęby i ociekał krwią? – zdenerwowała się Lodzia. – Na co dzień musi przecież wyglądać w miarę normalnie!

– Ale to był jakiś bardzo elegancki facet. Tak się nie ubiera diler narkotyków.

– A skąd ty wiesz, jak się ubierają dilerzy narkotyków? – popukała się palcem w czoło Lodzia. – Znasz ich pewnie całą zgraję, co? Może właśnie chodzą w eleganckich ciuchach, kasę przecież mają z tych swoich przekrętów…

– Może – zgodziła się ostrożnie Julka. – Ale skąd wiesz, że to był na pewno on? Przecież wtedy był obity, sama mówiłaś, że miał zniekształcone rysy twarzy. Więc po czym go poznałaś?

– Po oczach – westchnęła Lodzia. – Ja tych jego oczu nigdy nie zapomnę… Mówię ci, że to był on, zresztą sama widziałaś, że się na nas gapił!

– No, gapił się – przyznała Julka. – I to jak!

– Właśnie on tak ma – pokiwała głową Lodzia. – Mówiłam ci. Gapi się uważnie, przeszywa tym wzrokiem, że aż ciary po plecach idą. Dobrze, że mam dzisiaj iść do Leśniewskiego, to mu o tym od razu powiem.

– O tych ciarach? – zdziwiła się Julka.

– O jakich ciarach, zwariowałaś?! – wykrzyknęła Lodzia. – Muszę mu powiedzieć, że go widziałam i że mnie śledzi! Wtedy na przystanku to też był on! Przecież to jest podejrzane, ja na niego wpadam tu już drugi raz!

– Bo może on gdzieś tu mieszka w okolicy? – zastanowiła się Julka. – Albo pracuje. Może go mijałaś już nieraz, tylko nie zwracałaś uwagi. Nie wyglądał jakoś podejrzanie… Chociaż fakt, że gapił się jak cholera. No, ale z drugiej strony pomyśl trochę, gdyby chciał cię śledzić, to przecież nie gapiłby się aż tak jawnie, jakoś by się kamuflował.

– Może to jest ostrzeżenie? – wzdrygnęła się Lodzia. – Wiesz, taka gierka psychologiczna. Doprowadzić ofiarę do takiego stanu strachu i paniki, że potem, jak już mnie dopadnie z jakimś nożem, to nawet nie będę miała siły krzyknąć.

– Przestań, co ty opowiadasz! – roześmiała się Julka. – Ty już masz naprawdę manię prześladowczą! Jeśli to był bandzior, to ja cię przepraszam, ale wyobrażałam go sobie zupełnie inaczej. Ten wyglądał całkiem sympatycznie, niczego sobie facet, poza tym był świetnie ubrany, miał taki czarny, wełniany płaszcz w jodełkę. Bardzo elegancki. Buty jak z żurnala. Tak się ubierają jacyś… nie wiem, no… bankowcy, dyplomaci?

– Jasne – mruknęła Lodzia. – Dyplomata ze szmatą do podłogi na rozbitym pysku.

Julka uśmiechnęła się pobłażliwie.

– Bo wcale nie jest powiedziane, że to był naprawdę bandzior. Sama widzisz, ile rzeczy nie pasuje. Może to po prostu ktoś podobny i tyle.

– Tak, podobny, to wyjaśnij mi, dlaczego tak się gapił? – zirytowała się znowu Lodzia. – Akurat prosto na nas! Jula, nie bagatelizuj, to jest poważna sprawa. Ja się tego typa boję!

– Dziwne, że nie bałaś się, jak siedziałaś z nim sama po ciemku w zamkniętym pokoju – zauważyła złośliwie Julka.

– No bo wtedy nie wiedziałam, kto to jest! – wykrzyknęła z oburzeniem.

– A teraz niby wiesz? – uśmiechnęła się Julka.

– No nie, nie wiem – przyznała Lodzia z nagłą rezygnacją. – Ale ja to powiem Leśniewskiemu. Jak już tamto powiedziałam, to powiem i to. On się tutaj włóczy regularnie po śródmieściu, skoro go już drugi raz spotykam. Niewykluczone, że mnie śledzi. Może jakoś go namierzą? To ostatnia szansa, żeby wreszcie normalnie pożyć…

06 11 2018 LUBLIN PL ZAMKOWY PARKING PANORAMA FOT MACIEJ KACZANOWSKI / DZIENNIK WSCHODNI

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział III (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz