Lodzia Makówkówna – Rozdział IV (cz. 4)

Serce Lodzi waliło teraz tak mocno, że miała wrażenie, iż zaraz wyskoczy jej z piersi i pobiegnie gdzieś jak spłoszony zając. Nie odwracała jednak wzroku ani na ułamek sekundy. Wciąż zdumiony Karol, nie pytając o nic, odwrócił się i tak jak ona śledził wzrokiem trzech mężczyzn, którzy właśnie podeszli do stolika koło baru.

Leśniewski schylił się nad bandziorem i coś do niego powiedział, on zaś spojrzał zaskoczony i natychmiast podniósł się z krzesła. Uśmiech znikł mu z twarzy, słuchał teraz z uwagą tego, co mówił do niego policjant, następnie coś mu odpowiedział i z jeszcze większym zaskoczeniem zerknął na przedmiot, który dyskretnie wyjął z kieszeni i pokazał mu rozmówca. Lodzia domyśliła się, że była to legitymacja policyjna.

Pozostałe towarzystwo ze stolika zaniepokoiło się, widać było, że jedno przez drugie zadają jakieś pytania, bandzior jednak uciszył ich stanowczym ruchem ręki i znów zwrócił się do Leśniewskiego. Na jego twarzy przez cały czas malowało się totalne zaskoczenie. Rozmawiali przez kilka chwil spokojnie, po czym Leśniewski wskazał mu lekkim ruchem dłoni na drzwi, bandzior pokręcił głową, rozłożył w bezradnym geście ręce i rzuciwszy jeszcze raz zdumionym okiem w stronę swoich kumpli (siedzieli teraz nieruchomo w pełnym zgrozy milczeniu), ruszył bez oporu we wskazanym kierunku. Dwóch policyjnych osiłków poszło tuż przed nim, zaś ów niezwykły korowód zamykał komisarz Leśniewski.

Kiedy zwracali się w stronę drzwi, bandzior musiał jakimś szóstym zmysłem poczuć na sobie wytężony wzrok obserwujący go z głębi sali, gdyż nagle podniósł głowę i spojrzał prosto, prościuteńko w oczy Lodzi. Dostrzegłszy ją, stanął jak wryty (skutkiem czego Leśniewski omal nie wpadł mu na plecy), a zaskoczenie na jego twarzy osiągnęło apogeum. Na dwie czy trzy długie sekundy, które na wpół przytomnej z wrażenia Lodzi wydały się trzema milionami lat świetlnych, zatopił w jej oczach przenikliwe spojrzenie swoich ciemnych oczu, a na jego twarz spoza zdumienia wychynął powoli lekki, zawadiacki półuśmiech. Dziewczyna poczuła w tym momencie przeszywający ją na wskroś gorący, przyjemny prąd, który, miała wrażenie, ogarnął nie tylko całe jej ciało, ale i najgłębsze zakamarki duszy… Wtedy to Leśniewski spokojnym gestem wskazał bandziorowi drzwi, on zaś jakby się ocknął i wyszedł przez nie razem z komisarzem.

Lodzia dopiero teraz nabrała w płuca powietrza, nie zauważywszy wcześniej, że chyba zapomniała oddychać… Karol patrzył na nią podejrzliwie, ale nadal o nic nie pytał, tylko obserwował. Ona zaś potrzebowała kilku długich minut, aby w pełni odzyskać równowagę. Wiedziała, że bandzior rozpoznał ją i zapewne od razu skojarzył, kto go wsypał… Wiedziała, że jeśli będzie chciał się mścić, chociażby poprzez swoich kumpli, to nawet policja może jej nie ochronić… Wiedziała, że być może grozi jej wielkie niebezpieczeństwo… Wiedziała – i nie obchodziło jej to. Jedyne, o czym mogła myśleć (a nawet nie myśleć, tylko odczuwać jakąś wyższą inteligencją duszy), to było owo spojrzenie ciemnych oczu, które na kilka sekund niemal ją unicestwiło i którego moc jeszcze w niej nie wygasła, drgając wciąż w każdej komórce jej ciała.

„Ale jazda” – pomyślała, powoli dochodząc do siebie. – „Jeszcze raz tak na mnie spojrzy i zostanie ze mnie marna garść popiołu… Chyba zwariowałam! Lodziu, natychmiast bierz się w garść, to nie są żarty!”

Wraz z powrotem świadomości wróciła jej również pamięć. Przypomniała sobie, że komisarz kazał jej wyjść z lokalu natychmiast po wyprowadzeniu bandziora. Musiała to wykonać. Rozejrzała się jeszcze raz i zauważyła, że z wyjątkiem towarzyszy bandziora nikt nie zwrócił uwagi na to, co się przed chwilą stało. Tylko tamci byli poruszeni, wstali już teraz od stolika i rozmawiali między sobą z poważnymi minami; w międzyczasie dołączył do nich Majk, z zaskoczeniem na twarzy słuchając tego, co mu opowiadał jeden z mężczyzn.

„Dobra, chyba czas na ewakuację” – uznała w końcu i zwróciła się do Karola.

– Musimy stąd jak najszybciej wyjść – oznajmiła mu przyciszonym głosem.

– Domyśliłem się – odparł spokojnie.

– O nic nie pytaj, potem ci wszystko powiem. Albo i nie wszystko… – zawahała się. – Teraz muszę wziąć szybko płaszcz z wieszaka i zjeżdżamy.

– A twoja koleżanka? – przypomniał jej Karol. – Mieli wracać z nami samochodem.

– Zaraz ich zahaczę – westchnęła. – Trudno, wrócą jakoś sami… Poszedłbyś mi po ten płaszcz?

– Jasne, zaraz ci go wezmę. Oni tańczą tam – wskazał jej Julkę i Szymona tańczących na samym skraju parkietu.

Lodzia kiwnęła głową, podbiegła do tańczącej pary i złapała Julkę za ramię.

– Jula, sekunda, muszę ci coś powiedzieć – rzuciła szybko.

– Co jest? – zaniepokoiła się Julka, dając Szymonowi znak, żeby chwilę poczekał.

– Ja już wychodzę z Karolem, będziecie musieli wracać do domu sami.

– Jak to wychodzisz?! – zdumiała się Julka.

– Muszę – odparła z naciskiem Lodzia. – Tylko cicho, nic nie mów, jutro pogadamy.

– No dobra – kiwnęła głową. – Wrócimy z Szymkiem sami, nie ma sprawy… Czekaj! – zatrzymała ją jeszcze rażona jakąś nagłą myślą. – Tylko nie mów mi, że spotkałaś tu bandziora!

– Spotkałam, żebyś wiedziała – odparła nerwowym tonem Lodzia. – Ale już na szczęście ostatni raz… Słuchaj, Jula, jutro wszystko ci opowiem, teraz muszę lecieć!

– Dobra, leć…

Ubrali się z Karolem i pośpiesznie wyszli z lokalu. Na schodach i w bramie minęli mnóstwo ludzi, ale Leśniewskiego i bandziora nigdzie już nie było. Kiedy dotarli do samochodu i ruszyli pustawymi ulicami, Lodzia po raz pierwszy od godziny odetchnęła ze względną ulgą.

– Miałam ci powiedzieć… – odezwała się w przypływie lojalności.

– Nie trzeba – przerwał jej spokojnie Karol, po czym odwrócił na chwilę głowę w jej stronę i uśmiechnął się. – Przecież nie jestem twoim narzeczonym.

Lodzia z wdzięcznością odwzajemniła mu uśmiech. Pomyślała, że przynajmniej w tej kwestii rozumieli się doskonale, i to od samego początku…

– Okej – powiedziała tylko i z przyjemnością zagłębiła się w wygodny fotel.

I wtedy na tle przedniej szyby, jak w wieczór, gdy jechali z Karolem na pierwszą lekcję tańca, wyświetliły się przed nią ciemne oczy bandziora. Były dziś pełne zdumienia, a na ich dnie tlił się ciepły, zaczepny uśmiech, który w niewytłumaczalny sposób rozjaśniał jej duszę niczym promyk wiosennego słońca.

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3)

Dalsze części:

Rozdział IV (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz