Lodzia Makówkówna – Rozdział IV (cz. 6)

We wtorkowe popołudnie, kiedy Lodzia szykowała się na swą cotygodniową lekcję tańca, przyszedł krótki sms od komisarza Leśniewskiego. Zapraszał ją na rozmowę na komendzie o siedemnastej trzydzieści. W pierwszym odruchu miała zamiar zadzwonić i poprosić o inny termin, ale po chwili zastanowienia uznała, że mogłoby to wyglądać nieuprzejmie. Lekcja tańca nie może być przecież priorytetem, gdy policja wzywa ją na przesłuchanie… Odpisała zatem krótko: Dobrze, będę, a następnie zadzwoniła do Karola, by uprzedzić go o zmianie planów.

– W porządku – powiedział spokojnie. – Nic się nie dzieje, skoro nie możesz, to trudno. Chyba już i tak damy sobie radę na tej studniówce.

– Bez problemu – uśmiechnęła się Lodzia. – Zresztą jeśli bardzo chcesz, to możesz tam pojechać dzisiaj sam, kogoś przecież zawsze ci przydzielą za mnie na zastępstwo…

– Zastanowię się, kto wie? – odparł z namysłem w głosie. – W każdym razie ty się niczym nie przejmuj, rób, co masz tam robić, i zapominamy o temacie.

– Dzięki – rzuciła z ulgą i pośpiesznie zakończyła połączenie.

Komisarz przywitał ją życzliwie, również jego kolega kiwnął do niej przyjaźnie ręką zza swojego biurka i uśmiechnął się. Usiadła na wskazanym krześle i spojrzała wyczekująco na Leśniewskiego. Przepełniała ją naturalna ciekawość, co też wyszło z przesłuchania bandziora, jednak mieszał się z tym dziwny, podskórny niepokój, jakaś podświadoma myśl, że tak naprawdę nie chce nic wiedzieć o jego przestępstwach, właściwie wcale nie chce o tym słuchać…

– Pani Leokadio – powiedział policjant, przekładając jakieś papiery na biurku. – Domyśla się pani, że wezwałem tu panią, aby zakończyć już tę sprawę z bandytą ze schowka na szczotki.

Kolega zza drugiego biurka parsknął lekko śmiechem, ale zaraz podniósł dłoń w przepraszającym geście. Lodzia patrzyła prosto na Leśniewskiego.

– Wyśpiewał wszystko? – zapytała z umiarkowanym zainteresowaniem.

Policjant uśmiechnął się łagodnie.

– To była pomyłka.

– Pomyłka! – wykrzyknęła oburzona Lodzia, zrywając się na równe nogi. – Bzdura, jaka znów pomyłka, głowę daję, że to był ten bandzior!

– Proszę usiąść, pani Leokadio – uspokoił ją Leśniewski i poczekał, aż zbulwersowana opadnie z powrotem na krzesło. – Rzeczywiście, w tym sensie, o którym pani mówi, pomyłki nie było. To był w istocie ten pani bandzior, jak pani raczy go nazywać… Jednak nie ma on nic wspólnego ze sprawą, którą prowadzimy.

– Jest pan pewien? – wyszeptała zaskoczona Lodzia.

– Absolutnie pewien – uśmiechnął się policjant.

– No to w takim razie gdzie się tak urządził? – zapytała z irytacją. – Gębę miał obitą jak nie powiem co. Kto to jest w ogóle?

– Niestety nie jestem upoważniony do przekazywania osobom postronnym danych osobowych tego pana – odparł Leśniewski, rozkładając ręce. – A pani jest osobą postronną, mimo wszystko. Mogę jedynie przybliżyć pani okoliczności tamtych zdarzeń, jeśli pani sobie życzy.

– Oczywiście, że sobie życzę! – zawołała Lodzia, która na myśl o tym, że doprowadziła do aresztowania niewłaściwej osoby, poczuła się, jakby sufit komendy walił jej się na głowę. – Niech mi pan opowie, co się tylko da!

– Bardzo proszę – podjął komisarz, obserwując ją z rozbawieniem. – Pani wieczorny gość z czwartego listopada, ten, którego była pani łaskawa zamknąć w szafie na szczotki, co zresztą sam zeznał i potwierdził nam w szczegółach… szedł wówczas do swojego kolegi z pracy. Sprawdziliśmy, kolega mieszka z żoną na pani osiedlu i potwierdza, że spodziewał się go tego wieczoru. Byli umówieni na spotkanie w sprawach zawodowych.

– Które oczywiście się nie odbyło? – pokiwała głową Lodzia.

– Nie, jak może pani się domyślić, a to dlatego, że ten pan po drodze wziął przypadkowo udział w bójce, niedaleko pani domu, przy skwerku.

– To przy skwerku była jakaś bójka? – zdumiała się Lodzia. – Nic o tym nie słyszałam.

– My też nie mieliśmy oficjalnego zgłoszenia w tej sprawie, ale wiedzieliśmy, że coś takiego miało miejsce – wyjaśnił Leśniewski. – Jedna starsza pani widziała z okna podejrzaną szamotaninę, ale jak dotąd nie mogliśmy ustalić żadnych szczegółów… Teraz już wiemy mniej więcej, co tam się działo. Według zeznań zatrzymanego, grupa nastolatków szarpała i kopała na ulicy swojego rówieśnika, on próbował zainterweniować i ich porozdzielać, a wtedy oni niespodziewanie skrzyknęli się i pobili go. Niewykluczone, że działali pod wpływem jakichś niedozwolonych substancji, ale w obecnej chwili to już jest nie do ustalenia. Tak czy inaczej ten człowiek był sam przeciwko całej grupie, nie miał z nimi szans przy takim rozkładzie sił.

Lodzia zbladła jak kredowa ściana.

„Bandzior bohaterem…” – pomyślała z trwogą. – „Chyba świat się kończy!”

– Zapukał do pani, do pierwszych lepszych drzwi, jak zeznał… by poprosić o coś do zatamowania krwi – ciągnął spokojnym głosem komisarz. – Nie miał przy sobie nic poza jedną chusteczką, krwawił mocno, a do kolegi miał jeszcze dobrych kilka ulic.

– On też gdzieś tu mieszka w okolicy? – zainteresowała się Lodzia. – Znaczy, ten bandzior…

– Nie. Ale czasami bywa w tej dzielnicy. Tego wieczoru, jak nam powiedział, wyjątkowo nie podjechał wprost pod dom kolegi, tylko zostawił samochód na parkingu przy parku i postanowił się przespacerować.

– Aha – przyznała Lodzia. – Nie tylko on tak robi. U nas są wąskie uliczki, przyjezdni często zostawiają samochody koło parku…

– W każdym razie wszystko się zgadza – skonkludował policjant. – Jego koledzy z pracy zeznali, że istotnie dzień później miał podbite oko i nie mógł podjąć obowiązków zawodowych, jest też notatka z izby przyjęć w szpitalu, dokąd zgłosił się na szycie łuku brwiowego. Po bójce szukał po prostu pomocy i dlatego trafił pod pani drzwi, a dalej to już pani sama wie, co było.

Lodzia patrzyła na policjanta nieprzekonana.

– Ale dlaczego w takim razie nie zgłosił na policję, że go pobili? – zapytała podejrzliwie.

– Uznał to za niepotrzebne. Pewnie trochę się wstydził, że dał się pobić małolatom.

– I wierzy mu pan?! – zawołała z oburzeniem. – Przecież mógł to wszystko zełgać!

– Chyba jednak nie – uśmiechnął się Leśniewski. – To człowiek w pełni wiarygodny. Zresztą… prokurator poręczył za niego osobiście.

– Szlag! – szepnęła pokonana tym argumentem Lodzia.

– Sprawdziliśmy go bardzo dokładnie, pani Leokadio – ciągnął spokojnie komisarz. – Jest to człowiek niekarany, niemający żadnych związków ze światem przestępczym, więcej, jest to osoba wykonująca szanowany zawód i ciesząca się dobrą opinią w środowisku.

Przytłoczona tym niespodziewanym zwrotem akcji Lodzia przypomniała sobie teraz w szczegółach zachowanie bandziora i uznała, że w istocie, oprócz chwili, kiedy wskoczył jej do domu i nie dał się wypchnąć za drzwi, zachowywał się właściwie bez zarzutu. Biorąc pod uwagę jego szok pourazowy oraz zaskoczenie jej niestandardowym zachowaniem, wszystko nawet pasowało…

– No dobrze – westchnęła. – Ale wpakował mi się do domu bez pytania, wcale go nie zapraszałam. I nie chciał wyjść, kiedy go prosiłam!

– Tak – przyznał Leśniewski. – Tu miał w istocie największy problem z wyjaśnieniem swojego zachowania. Te wyrostki biegły za nim, ale sądził, że nie ważą się wejść na prywatny teren. Sam nie miał nic do ukrycia, prosił tylko o drobną pomoc. Pewnie po prostu trochę spanikował. Nic dziwnego w tych okolicznościach.

Lodzia czuła, jak powoli lecz nieubłaganie ogarnia ją palący wstyd.

– Powiedzmy, że tak było – zgodziła się ostrożnie. – Ale w takim razie dlaczego, skoro był niewinny, dał się zamknąć w szafie pod schodami i tak cicho siedział tam przez cały czas? Normalny człowiek by się przecież darł, dobijał…

Policjanci spojrzeli po sobie z rozbawieniem.

– No cóż – uśmiechnął się komisarz. – Podobno to pani kazała mu tam cicho siedzieć. Twierdzi, że wykonywał tylko sumiennie pani rozkazy, pani Leokadio.

Lodzia przypomniała sobie teraz ze zgrozą własne zachowanie, atak paniki, w przypływie której wepchnęła bandziora do schowka na szczotki, a potem sposób, w jaki nakazała mu iść po schodach na górę. Poczuła, że jej twarz oblewa gorący rumieniec wstydu.

„Boże” – pomyślała zdruzgotana. – „Nie wierzę… to nie dzieje się naprawdę!”

Spojrzała na Leśniewskiego błędnym wzrokiem.

– Wypuściliście go? – wyszeptała.

– Oczywiście. Prokurator kazał puścić go natychmiast za poręczeniem, po północy był już wolny. Dzisiaj skończyliśmy go sprawdzać, wszystko się zgadza.

– No to nieźle nabroiłam…

– Proszę się nie martwić – pocieszył ją komisarz. – Takie pomyłki się zdarzają, a my mamy obowiązek wszystko sprawdzić. Tym bardziej, że okoliczności, w jakich pani się znalazła, w pełni usprawiedliwiają pani niepokój i wszystkie pani działania, również to, że wezwała nas pani na Zamkową. Ten pan też to zresztą przyznał, ogólnie, kiedy już ochłonął z pierwszego wrażenia, podszedł do całej sprawy z dużym poczuciem humoru.

– Marne pocieszenie – szepnęła blado Lodzia.

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5)

Dalsze części:

Rozdział IV (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)

Rozdział XIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XIV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13) (14) (15)

Rozdział XVI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział XVIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)


Dodaj komentarz