Lodzia Makówkówna – Rozdział IV (cz. 7)

Julka aż usiadła, kiedy dowiedziała się o wszystkim.

– No i widzisz? – pokiwała głową z rodzajem satysfakcji, choć współczucie dla nieszczęsnej Lodzi przepełniało ją po brzegi. – Tak się upierałaś! Bandzior i bandzior. No to teraz masz! Rzeczywiście, wygląda to fatalnie… ale dobra, nie chcę cię dobijać. Co masz teraz zamiar zrobić?

– Nic – westchnęła Lodzia. – Co ja mogę zrobić? Przecież nie będę go szukać, żeby go przepraszać, nie? Jeszcze go tym tylko bardziej zdenerwuję… Nie uśmiecha mi się robienie z siebie idiotki.

– Chyba masz rację – przyznała Julka. – Chociaż tak czy siak przeprosiny by się należały. No bo pomyśl, jak ty mu po takim czymś spojrzysz w oczy?

Lodzia zadrżała na samą myśl o spojrzeniu w oczy bandziora.

– Nawet by nie było trudno go namierzyć – ciągnęła w zamyśleniu Julka. – To jest przecież dobry kumpel Majka.

– Ja u Majka jestem już spalona – oznajmiła jej stanowczo Lodzia. – Moja noga już tam nie postanie po takim numerze… Nie, Jula, ja to zostawiam, niech się dzieje, co chce. Poza tym nie przesadzaj z tym przepraszaniem, Leśniewski sam mówił, że miałam prawo zareagować tak, jak zareagowałam. Nie będę specjalnie szukać bandziora, żeby go przepraszać za aresztowanie, no co ty… chyba że go znowu spotkam przypadkowo. Ale mam nadzieję, że nie.

– Tylko pamiętaj, że ja już więcej z tobą nie uciekam przed nim na złamanie karku! – zastrzegła Julka. – Bo że go znowu spotkasz przypadkowo, to więcej niż pewne. Ja się właśnie ciągle zastanawiam, jak to jest możliwe, że tyle razy na niego wpadłaś przez przypadek. To jest statystycznie prawie nie do uzyskania. Wy się chyba jakoś przyciągacie!

– Przestań, Jula – szepnęła Lodzia, której na ostatnie słowa przyjaciółki aż zaszumiało w głowie. – Ja po prostu mam takiego pecha.

– Pech czy fart, nieważne, w każdym razie coś w tym jest – orzekła stanowczo Julka. – Dowiedziałaś się o nim coś więcej?

– Niewiele. Leśniewski nie mógł zdradzać żadnych danych osobowych, mówił tylko o tym, co się wtedy wydarzyło. I że prokurator osobiście kazał go wypuścić z aresztu. Zresztą po co mi coś więcej wiedzieć, weź ty się zastanów…

– Nie wiem, ale to jest jakieś podejrzane – myślała głośno Julka, patrząc na Lodzię z wytężoną uwagą. – Ja od trzech miesięcy tylko słucham o bandziorze, a ostatnio ty non stop na niego wpadasz. Albo on na ciebie, wszystko jedno. Jesteś pewna, że tu nic nie iskrzy?

– Jula, weź ty się opanuj, co? – rzuciła z urazą Lodzia, odwracając na wszelki wypadek oczy. – To jest facet dużo od nas starszy, z dziesięć lat minimum, może i piętnaście.

– I co z tego? Różnie bywa. Ja widziałam, jak on się na ciebie gapił w tej galerii.

– Na nas – sprostowała Lodzia.

– Nie, na ciebie – powtórzyła stanowczo Julka. – Na mnie w ogóle nie zwrócił uwagi, dlatego mogłam mu się przyjrzeć. Fakt, jest od nas sporo starszy, ale wiesz, nie takie rzeczy się zdarzają…

– Przestań, mówię ci, nie wkręcaj mi bandziora! – zirytowała się Lodzia. – Przecież to jest jakiś ustawiony w życiu typ z innego pokolenia… Ja o nim nic nie wiem i nie chcę wiedzieć! Słuchaj, Jula, dość tego, jak będziesz mnie denerwować, to ci nigdy więcej nic nie powiem!

– No dobra, okej, już daj na luz, Lodźka – odparła uspokajająco Julka. – Ja ci tylko mówię, że go znowu spotkasz. I to niedługo. To jest chyba jakieś fatum… przeznaczenie.

– Jasne, fatum, ty się puknij w głowę! – ucięła Lodzia. – Lepiej pogadajmy o studniówce, co? Trzeba by się już powoli organizować. Nie widziałam się wczoraj z Karolem, bo mnie ten Leśniewski zgarnął, ale wcześniej już gadałam z nim o samochodzie. Chcesz, żebyśmy po was podjechali przed imprezą?

– Pewnie, chętnie.

– To umów się z Szymkiem, że przyjedzie po ciebie do domu – powiedziała Lodzia, zadowolona, że udało jej się zmienić niewygodny temat. – I my z Karolem zabierzemy was do samochodu z tymi wszystkimi gratami, tak ja wiem… z godzinę wcześniej, wystarczy?

– Wystarczy na luzie, przecież co my tam będziemy tyle robić? – zawołała Julka. – Przebierzemy się w piętnaście minut i gotowe!

– Ja zresztą jeszcze wcześniej będę z nim jechać do szkoły, żeby zawieźć makowiec – przypomniała sobie Lodzia. – Możemy wam od razu coś wziąć do bagażnika. Tak koło piętnastej jakby co. Daj tylko znać, gdybyś potrzebowała.

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6)

Dalsze części:

Rozdział IV (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz