Lodzia Makówkówna – Rozdział IV (cz. 9)

W mroku pokoju po suficie i ścianach przesunęły się cienie odległych świateł samochodu, który przejeżdżał sąsiednią ulicą Jeżynową, na tyłach jej domu. Znów zrobiło się ciemno, cicho. Lodzia przymknęła znużone powieki i zapadła w sen.

Zima, pada gęsty śnieg… W tym śniegu, za jego białą zasłoną coś się kryje… coś ważnego, tylko co? Jaki trudny jest ten wysiłek woli, żeby sobie przypomnieć… Śnieg skrzypi pod butami, odbija pomarańczowe światło sodowych latarni… ktoś idzie obok niej… kto? Lodzia nie ma siły lub odwagi, by odwrócić głowę i spojrzeć, ale czuje rozpierającą jej serce radość… Ależ mróz! Ta zima jest nieznośna…

Nie, nieprawda, jaka znowu zima?… Przecież teraz jest już wiosna. Jak co roku sadzą i pielęgnują z Tatusiem w ogródku niezapominajki.

Dlaczego one nazywają się niezapominajki? – pyta rozmyty echem dziecięcy głosik. To jej własny głos sprzed lat.

Dlatego, że kiedy coś się z nimi raz skojarzy, nie pozwalają o tym zapomnieć – to głos Tatusia.

Aha, ciągle przypominają i przypominają, jak się tylko na nie spojrzy? – domyśla się mała Lodzia. – Więc to będą moje ulubione kwiatki. Zawsze będę je sadzić, żeby mi przypominały o czymś ważnym…

Jej dziecięcy głosik przycicha i rozmywa się w grającej cicho muzyce… Wirują światełka, muzyka rozbrzmiewa coraz głośniej… Teraz tańczy… tańczy z Karolem w Anabelli! Nie, to nie Karol… jest od niego wyższy. Kto to jest? Lodzia chce podnieść głowę i spojrzeć, ale nie może, znów ta sama niemoc… Czuje uścisk ramion… silnych, męskich ramion… Ogarnia ją zapierające dech w piersiach szczęście… Ale nie, nie, przecież musi uciekać! Musi uciekać, choć wcale tego nie chce… Ucieka… wybiega na prowadzące w górę schody…

Teraz jest w swoim pokoju, w którym panuje rozproszony półmrok… przed nią na środku stoi jakaś postać. To bandzior! Stoi w milczeniu, jak wtedy w listopadzie, ale nie ma zakrwawionej twarzy, jest elegancko ubrany jak w galerii handlowej. Uśmiecha się do niej… Uśmiecha się i mierzy ją przenikliwym spojrzeniem swoich ciemnych oczu. Przez jej ciało przebiega cudowny, ciepły dreszcz…

Ach, ale to przecież nie jest już jej pokój!… Stoją we mgle na peronie kolejowym… tak, słyszy w oddali kobiecy głos zapowiadający przez dworcowy megafon wjazd pociągu na stację. Mgła, gęsta, poranna mgła… A bandzior wciąż stoi przed nią, ubrany w długi, ciemny płaszcz… Nic nie mówi, tylko patrzy… patrzy… patrzy… Lodzia chce mu coś powiedzieć, chce wypowiedzieć jakieś ważne słowa, ale nie może, nie przechodzą jej przez gardło… Mgła powoli ogarnia wszystko, nie widać już nic, słychać tylko cichą muzykę… Nie, to nie muzyka, to jakiś inny, ostry dźwięk.

Alarm budzika wyrwał ją brutalnie ze snu. Otworzyła oczy, zaskoczona, że to już ranek.

„Bandzior?” – pomyślała ze zdumieniem, przecierając zaspane oczy. – „Skąd mi się znowu wziął bandzior? On mnie naprawdę prześladuje, już mi się śnić zaczyna… Niedobrze. Znów się gapił, że aż ciary szły… nawet we śnie! Zwariowałam chyba, to jest przecież jakiś stary piernik! Ale zaraz… Tam był jeszcze ktoś. Nie mogłam na niego spojrzeć, a byłam przy nim szczęśliwa jak w niebie. Tańczyliśmy i to nie był Karol… E, coś mi się maniło… nawet tata i niezapominajki, jakiś dworzec, peron… wszystko pomieszane!”

Źródło: unsplash.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8)

Dalsze części:

Rozdział IV (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)


Dodaj komentarz