Lodzia Makówkówna – Rozdział IX (cz. 6)

Początek drugiego semestru w szkole okazał się ciężki, jako że ilość lekcji, powiększona o zajęcia dodatkowe, niemal się podwoiła. Mimo że nadprogramowe godziny nazywano fakultetami, większość z nich była obowiązkowa, gdyż w zamian klasa miała być zwolniona z analogicznej liczby lekcji tuż przed oraz po maturze. W związku z tym Lodzia wynegocjowała z Wielką Triadą zawieszenie na ten czas kursów gospodarskich, obiecując, że nadrobi je w wakacje, kiedy zresztą, jeśli chodzi na przykład o kurs robienia przetworów domowych, dostęp do świeżych owoców i warzyw miał być znacznie lepszy. Argumentacja podziałała i do czerwca obiecano dać jej spokój, dzięki czemu wieczorami mogła skupić się na nauce do matury. Przynajmniej w teorii. W praktyce ta nauka nie wyglądała już bowiem najlepiej.

Z dnia na dzień coraz bardziej tęskniła za Pablem. Jego dwa telefony rozbudziły w niej nowe doznania, tym razem natury audytywnej. Kiedy nie było go przy niej i słyszała tylko jego niski, ciepły głos, koncentrowała na nim całą uwagę i uczyła się rozpoznawać każdy jego ton. Słuchając go, wiedziała, kiedy się uśmiechał, kiedy dziwił, kiedy był skupiony, wyobrażała sobie mimikę jego twarzy, niemal widziała wyraz jego oczu… Choć sama ograniczyła mu limit rozmów, telefon od niego był wydarzeniem, po którym potem cały wieczór i następny dzień chodziła jak w transie. Nosiła w sobie jego obraz jak wyryty na dnie duszy, a jej przepełnione coraz silniejszym uczuciem serce wzbierało wzruszeniem na każde wspomnienie o nim, na każdą najmniejszą myśl, która biegła w jego stronę.

A jednak z upływem dni coraz ciężej było jej znieść jego fizyczną nieobecność… Trzymała względem niego zachowawczy dystans, ale w głębi duszy marzyła, żeby zobaczyć go choć przez chwilę. On tymczasem nadal tkwił uziemiony w pracy, zobligowany siecią zobowiązań wobec kolegów, przytłoczony nieubłaganym biegiem terminów i spiętrzonymi zaległościami, zmęczony, niedospany i z tymi batonikami z automatu… Te ostatnie dręczyły ją w szczególny sposób, nie mogła bowiem znieść myśli, że rujnuje sobie zdrowie.

Nazajutrz po jego drugim telefonie olśniła ją pewna myśl, którą z początku odrzucała, ale która wracała do niej tak natarczywie, że w końcu zaczęła traktować ją poważnie. Przyszło jej do głowy, że mogłaby zanieść im albo chociaż podać przez kogoś do tej ich kancelarii rzeczony ekwiwalent owych batoników, mianowicie domowe ciasto z owocami, którym mogliby pozapychać dziury energetyczne przynajmniej przez jeden wieczór. Przekazać taki drobny podarunek dla całego wymęczonego zespołu… Co by nie mówić, żadne komercyjne słodycze nie mogły się umywać do domowych formuł Wielkiej Triady. Na przykład do sernika z brzoskwiniami. A ten przepis miała przecież opanowany w stu procentach! Czy byłoby czymś złym, gdyby zaniosła im takie ciasto? Pablo dla niej zdobył w środku zimy niezapominajki… Dlaczego nie miałaby odwdzięczyć mu się w chwili, gdy akurat tak bardzo by się to przydało? Nie musi zresztą wcale tam do nich iść – wystarczy, że poprosi Majka, aby przekazał im ciasto z życzeniami smacznego od Lodzi Makówkówny.

Skutek powyższych rozważań zadziwił niepomiernie Wielką Triadę, która w środowy wieczór ze skonsternowaniem obserwowała kulinarne poczynania Lodzi. W wyniku jej kilkugodzinnej okupacji kuchni powstały trzy olbrzymie blachy sernika z brzoskwiniami, które budziły respekt nie tyle swym pięknym zapachem i smakiem (gdyż to w ich domu było oczywistym standardem), co ilością, którą śmiało można było uznać za imponującą.

– Lodziu, pyszny jest ten sernik – przyznała Mamusia, mierząc jej dzieło zaniepokojonym wzrokiem. – Ale chyba zrobiłaś tego trochę za dużo. Mareczku, jeszcze kawałek?

Tatuś chętnie pozwolił dołożyć sobie ciasta, uśmiechając się do Lodzi z uznaniem.

– Dziękuję – powiedział. – Jest wyśmienity. Wezmę sobie jutro kawałek do pracy, będę miał królewski deser.

– Tak, znakomite ciasto – pokiwała głową Babcia. – Ale tej ostatniej blachy mogłaś już nie piec, Lodzieńko, przecież nie damy rady przejeść aż tyle.

– Jedną blachę zabieram jutro ze sobą do szkoły – oznajmiła spokojnie Lodzia.

– Do szkoły? – zdziwiła się Mamusia. – A co to, macie jakąś zabawę? Przecież teraz Wielki Post…

– Nie chodzi o zabawę, mamo, wręcz przeciwnie – odpowiedziała z powagą. – To kwestia zdrowia. Bo widzicie… Kiedy się dużo pracuje i jest się zmęczonym, pojawia się w organizmie taka dziura energetyczna, chce się zjeść coś słodkiego, a wtedy pod ręką są tylko batoniki z automatu. To już lepiej mieć przy sobie dobre ciasto, zawsze trochę zdrowiej.

– Co za pomysł, żeby jeść batoniki z automatu! – wykrzyknęła ze zgorszeniem Ciotka. – Pewnie, że lepiej ciasto! Ale ty przecież, dziecino, sama tyle nie zjesz…

– No przecież nie będzie jadła sama, co ty opowiadasz, Lucy! – żachnęła się Babcia. – Z koleżankami sobie zjedzą! Rzeczywiście, jak już bierze ciasto, to wypada wszystkich poczęstować… Siedzą w tej szkole nie wiem do której, uczą się, że aż im głowy puchną, pewnie, że przyjemnie chociaż zjeść sobie kawałek dobrego ciasta. Bardzo rozsądny pomysł, Lodziu, tylko że rano będzie ci trochę niewygodnie w autobusie z taką blachą.

– Prawda, babciu – przyznała Lodzia. – Pokroję je w takim razie i przełożę do któregoś z tych plastikowych pudełek, które mamy w szafce w kuchni. Łatwiej mi będzie transportować.

Plan był prosty. Rano miała zabrać ciasto do szkoły i zostawić je przed lekcjami u zaprzyjaźnionego portiera, którego młodzież nieraz prosiła o przechowywanie różnych rzeczy na terenie szkoły. Po lekcjach zamierzała odebrać pakunek i zanieść go do Majka z prośbą o przekazanie Pablowi i Anicie w jej imieniu. Julka tego dnia miała wracać z fakultetów o godzinę później niż ona, więc akurat dobrze się składało, nikt nie będzie jej zadawał niewygodnych pytań…

Chęć sprawienia Pablowi tej małej niespodzianki była nie do odparcia. Co prawda zdawała sobie sprawę z tego, że zrobi w ten sposób krok w jego kierunku, że będzie to z jej strony sygnał zaangażowania, ale w gruncie rzeczy to był przecież tylko drobny gest, który w razie czego łatwo będzie zbagatelizować. Nie mogła w swym zakochanym sercu opanować pragnienia zrobienia czegoś dla niego, choćby to miało być coś niewielkiego. Nie widzieli się już dwa tygodnie. Długie dwa tygodnie, w trakcie których jej uczucia nabrały takiej mocy! Dwa tygodnie, podczas których on pracował ponad siły…

„Przecież to nie będzie nic takiego” – tłumaczyła sobie. – „W nic się nie angażuję, to tylko ciasto. Nawet nie będę tam do niego chodzić, przekażę mu to przez Majka, powiem, że dla całego zespołu. Mają teraz taki ciężki czas! Chyba nie robię nic niestosownego?”

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5)

Dalsze części:

Rozdział IX (7) (8) (9) (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)


Dodaj komentarz