Lodzia Makówkówna – Rozdział IX (cz. 9)

Tymczasem otworzyły się kolejne drzwi i do poczekalni szybkim krokiem wparował Piotrek, również ubrany w elegancki garnitur.

– O, świetnie, że tu jesteś! – zawołał na widok Pabla. – Mam do ciebie słówko, jest problem… A coś ty taki rozanielony? – zdziwił się.

Spojrzał na Lodzię, znowu na niego i uśmiechnął się z dyskretnym rozbawieniem.

– Lea, to jest Piotrek, nie zdążyliście się poznać u Majka – powiedział Pablo.

– W istocie, chyba się nie znamy – przyznał Piotrek, spoglądając na nią z zaciekawieniem.

W oczach Pabla rozbłysły szelmowskie ogniki.

– To jest Lea – oznajmił mu z powagą. – Moja prawie-narzeczona.

Lodzia drgnęła, czując, że na twarz wybiega jej rumieniec wstydu. Jej matrymonialny blef ze studniówki, pod który bandzior inteligentnie się podpiął, podstawiając samego siebie za Karola, był może i zabawny, ale takie żarty w obecności szefa kancelarii adwokackiej były mimo wszystko przesadą… Spojrzała na Pabla z wyrzutem.

– Prawie-narzeczona? – zdumiał się Piotrek. – A cóż to za formuła? Znowu coś wykreowałeś, komediancie? Piotrek, bardzo mi miło – wyciągnął z uśmiechem rękę do Lodzi. – Czekaj, stary… czy to nie jest przypadkiem ta słynna poskramiaczka niebezpiecznych bandziorów?

– Właśnie ona – uśmiechnął się Pablo.

– No to już wszystko rozumiem! – zaśmiał się Piotrek, patrząc na Lodzię z najwyższą sympatią. – Nie wygląda zbyt groźnie na pierwszy rzut oka, ale domyślam się, że to tylko pozory. Cieszę się, że cię widzę… jeszcze raz powtórz mi imię?

– Lodzia – odpowiedziała grzecznie.

Pablo pokręcił głową, zerkając na nią wesoło.

– Leokadia. Dla wszystkich Lodzia, a dla mnie Lea. Na wyłączność – wyjaśnił mu z dumą. – A teraz gadaj, potworze. O co chodzi?

– Weźmiesz dwa spotkania za Jacka? – zapytał przymilnie Piotrek. – Pojechał do domu, bo już ledwo żyje, musimy go awaryjnie zastąpić. Ile tam ci jeszcze zostało?

– Jeszcze jedno – odparł Pablo, nie odrywając uśmiechniętych oczu od dziewczyny, która wciąż patrzyła na niego ze śmiertelnym wyrzutem.

– Jacek miał jeszcze trzy, ja wezmę jedno i muszę potem lecieć do sądu złożyć pismo, dzisiaj ostatni dzwonek – tłumaczył Piotrek. – Anita już więcej nie upchnie, weźmiesz te dwa ostatnie? Ludzie czekają…

– Wezmę, mam inne wyjście? – westchnął Pablo, rzucając mu mordercze spojrzenie. – Tylko dajcie mi od razu jego papiery, ja nie mam zielonego pojęcia, co on tam prowadził.

– Jakieś dwie proste, jedna spadkowa, a druga sam nie wiem, jakaś cywilna… ale Jacek twierdzi, że klasyka bez wielkich komplikacji. To dopiero pierwsze spotkanie, trzeba tylko pogadać z klientem i przyjąć dokumenty. Umów go na przyszły tydzień, Jacek wróci, to już sobie dalej sam pociągnie… A co do tej spadkowej, to zaraz powiem pani Madzi, żeby doniosła ci akta, zerkniesz w wolnej chwili.

– W jakiej wolnej chwili? – Pablo spojrzał na niego z politowaniem. – Śnisz, szefuniu? Ja nie wiem, co to takiego… Przejrzę przy kliencie, trudno, zastępstwo to zastępstwo. Nie stresuj się, dam radę.

– Dzięki! – Piotrek klepnął go lekko po ramieniu i ukłonił się Lodzi. – Fajnie było cię poznać, Lodziu, jeszcze się niewątpliwie nieraz spotkamy. To na razie!

– Na razie – mruknął Pablo, nie zaszczycając go już najmniejszym spojrzeniem, i pochylił się mocniej ku dziewczynie.

Lodzia, która nie zdołała jeszcze dobrze się pozbierać po tej zwariowanej prezentacji, drżała teraz pod pełnym płomienia spojrzeniem jego oczu.

– Przyszłaś do mnie, Lea – mówił cichym, niskim głosem, niemal spalając ją wzrokiem na popiół. – Umiesz czytać w myślach, mała czarodziejko… Skąd wiedziałaś, że tak bardzo chciałem dzisiaj zobaczyć mojego kociaka? Powiedz mi, śliczna syrenko, jak się tego domyśliłaś?…

Jego aksamitnie zmysłowy ton zawibrował jej słodko w uszach i na wpół ją ogłuszył. Na kilka oszałamiających chwil zapomniała, że stoją na środku poczekalni kancelarii adwokackiej i że siedzący pod ścianą ludzie gapią się na nich z zaciekawieniem. Ogień w jego oczach zdawał się narastać… Cofnęła się lekko, niemal z przestrachem.

– Pablo, musisz już iść – powiedziała wymijająco, odwracając oczy i podając mu nieco drżącą rękę. – Tam ludzie na ciebie czekają… Zadzwoń, jak będziesz wolny, pogadamy na spokojnie.

Pablo ujął podaną mu dłoń i natychmiast podniósł ją do ust. Poczuła na niej miękki dotyk jego warg i zachwiała się przeszyta na wskroś elektryzującym dreszczem… Szybko wycofała rękę. Widząc na jej twarzy głębokie zmieszanie i niepokój, Pablo ochłonął nieco i wyprostował się.

– Dobrze, kochanie – powiedział znacznie spokojniejszym tonem. – Wracam do roboty, a wieczorem do ciebie zadzwonię. Poza limitem. Dziękuję ci za ciasto, gwiazdeczko.

Zgromadzeni w poczekalni interesanci, wśród których było wielu stałych klientów kancelarii, z rosnącym zaciekawieniem przyglądali się, jak elegancki i zawsze opanowany mecenas Lewicki, zamiast wracać do gabinetu na mocno już opóźnione spotkanie, wpatruje się płomiennym wzrokiem w oczy ślicznej, młodziutkiej dziewczyny z długim warkoczem, w rozpiętym zimowym płaszczu, w dżinsach i z wypchanym szkolnym plecakiem na plecach, jak mówi coś do niej żarliwie, a następnie schyla się szarmanckim gestem i namiętnie całuje jej dłoń. Obrazek był tak niecodzienny, a jednocześnie tak uroczy, że zwrócił uwagę wszystkich. Kilku stałych klientów wymieniło rozbawione spojrzenia.

– Trzymaj się, bandziorku – szepnęła z trudem Lodzia. – No… idź już.

Pablo skłonił jej się i poszedł w stronę swojego gabinetu, lecz zamykając za sobą drzwi, jeszcze raz spojrzał na nią tak, że ugięły się pod nią kolana. Wyszła odprowadzana zaciekawionymi spojrzeniami już nie tylko zebranych w poczekalni klientów, ale i siedzącej pod oknem starszej sekretarki.

Zeszła po schodach jak w transie, drżąc wciąż jeszcze z niepokoju i zmysłowej rozkoszy, jaką sprawił jej ów pocałunek złożony na jej dłoni. Buzował w nim taki namiętny ogień, że aż się przestraszyła… Nie spodziewała się tak emocjonalnej reakcji ze strony Pabla, choć przecież sama ją sprowokowała, przychodząc do kancelarii z niezapowiedzianą wizytą i własnoręcznie upieczonym ciastem.

„On doskonale wie, że przyszłam tam tylko po to, żeby go zobaczyć” – myślała z niepokojem. – „Świetnie to odczytał, szubrawiec, przecież zna się na tym… Ech, Lodziu, jak mogłaś tak głupio odkryć karty? Popełniłam błąd, sprowokowałam go, teraz będzie szedł za ciosem… Ależ ze mnie żałosna, zakochana idiotka! I czego ja się spodziewam? Przecież pan adwokat ma tylko jeden cel. Okręci mnie sobie wokół palca, pobawi się mną trochę, a potem grzecznie się pożegna, ukłoni się szarmancko i pójdzie sobie dalej. Na kolejne, jak to powiedział, poszukiwania… Nie, nie… nic z tego. Nie będę kolejną słodką ofiarą donżuana, nie upadnę tak nisko! Jak ja bym spojrzała w oczy mamie?… i tacie? A zwłaszcza mojemu Rycerzowi, którego kiedyś przecież spotkam… Nie, za nic w świecie! Muszę to jakoś przewalczyć! Mój Boże… tylko jak?”

Źródło: pixabay.com

Poprzednie części:

Prolog (1) (2) (3)

Rozdział I (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział II (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12)

Rozdział III (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział IV (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział V (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział VI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział VIII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11) (12) (13)

Rozdział IX (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8)

Dalsze części:

Rozdział IX (10)

Rozdział X (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10)

Rozdział XI (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9) (10) (11)

Rozdział XII (1) (2) (3) (4) (5) (6) (7) (8) (9)


Dodaj komentarz